Reklama

Żyć w prawdzie

Niedziela Ogólnopolska 12/2009, str. 12-13

Bożena Sztajner

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

W taką noc lepiej nie wyruszać w podróż. Zimna mgła łasi się do nóg, w powietrzu deszcz, nikłe światła latarń kołysze ze skrzypieniem pojawiający się znikąd wiatr. Stacje kolejowe, pociągi pachnące wilgocią i kurzem przyciągają ciemne typy i samotników szukających bratnich dusz.
Może zdarzyć się, że w takim przedziale znajdzie się ktoś drugi. Milczący, wpatrzony w ciemność za oknem, nieobecny. A może nagle się odezwie, zapyta o coś, zapragnie nawiązać rozmowę, skrócić czas dłużących się niemiłosiernie nocnych godzin, gdy zegarek po wielekroć i z uporem pokazuje tę samą godzinę.
Może nieznajomy zapragnie opowiedzieć swoje życie. Czasem tak bardzo chce się opowiedzieć na głos o tym, co spotkało nas w drodze. Wygadać się, wyrzucić z siebie przeszłość, obłaskawić ją słowem, gestem, ciszą ujętą w rytm oddechu. Dobrze jest wtedy znaleźć słuchacza niezadającego pytań. Kogoś trochę obojętnego, trochę zaciekawionego. Takiego jak ja.
Tamten człowiek tkwił w kącie wagonu, nieruchomy, otulony wełnianym płaszczem. W półmroku rozkołysanego wagonu wiedliśmy cichą, niespieszną rozmowę. Nieznajomy umiał już bagatelizować siebie, czyli nosił w sobie wystarczającą ilość doświadczeń, by wiedzieć, że dystans do życia jest najlepszym na nie sposobem. Coś go jednak męczyło. Ustawał w pół zdania, w pół słowa, w trakcie dopiero co rozpoczętej myśli. Zaczynał od nowa i znów milknął.
- Proszę mi wybaczyć to jąkanie - powiedział. - Nie wynika ono z nieśmiałości czy braku elokwencji. Raczej z niechlujstwa myśli. Może nawet z owej zadziwiającej metamorfozy, jaka odbywa się, zanim myśl powstała w głowie dotrze do uszu słuchacza. Mogę, oczywiście, kwestię tę wyłożyć prościej: Jestem nałogowym kłamcą.
Za oknem mignęły światła dużej stacji. Pociąg zazgrzytał przeciągle. Na korytarzu zaszurały ciężko buty nielicznych pasażerów.
- Jestem kłamcą. Czy pani wierzy, że można na kłamstwie budować życie? Prawda, że niedorzeczne, grzeszne i niemądre. Jak to się dziś mówi - bez perspektyw. Proszę mi jednak uwierzyć, że można kłamać latami. Można się w kłamstwie tak rozkochać, że świat podany „en naturel” przestaje smakować. Traci barwę, rytm, kolor. Szczególnie takie życie jak moje... Z piętnem tuzinkowości, szarości, nijakości. Niech panią nie zwiedzie mój miejski strój, ta nieco nonszalancka elegancja. Jestem synem chłopa, prostego człowieka z zapadłej wsi, który w grubych, zgrabiałych od ciężkiej roboty paluchach nie umiał utrzymać ołówka. Był twardym ojcem, twardym mężczyzną, z rodzaju tych, co niewiele mówią, a wiele robią. Gatunek na wymarciu, niestety...
Po wojnie trafiliśmy do małego miasteczka na Ziemiach Odzyskanych. Miasteczko miało wyłożony kocimi łbami rynek z fontanną, a wokół niego stały smukłe pastelowe kamienice, z gipsowymi sztukateriami odstrzeliwanymi przez radzieckich żołnierzy. Zamieszkaliśmy w murowanym domu ze starymi drzewami od frontu. Pamiętam, że w kuchni wisiały jeszcze makatki z niemieckimi napisami. A w stołowym, w kredensie, znalazłem albumy pełne pożółkłych zdjęć jakichś obcych ludzi. Byli szykownie ubrani, sztywni i oficjalni. Moja mama zakładała buty tylko do kościoła, nosiła się z wiejska i kupowała na jarmarkach chusty w kolorowe kwiaty. Gdy więc poszedłem do szkoły, a moi koledzy okazali się synami urzędników w przedwojennej Polsce, pokazałem im zdjęcia tych obcych ludzi z albumu. Nie pamiętam jak, ale ojciec dowiedział się o tym kłamstwie. Zbił mnie lejcami tak strasznie, że przez długi czas nie pokazywałem się w miasteczku. Bił bez słowa. Widocznie uznał, że jakikolwiek komentarz jest zbędny. We mnie jednak zalągł się już demon kłamstwa.
Przerywa i patrzy ponad moją głową z tym dziwnym półuśmiechem, przydającym jego twarzy rysu ironii. Układa drobne, niemal kobiece dłonie jak do modlitwy, opiera o nie brodę...
- Można podkolorować prawdę, można ją przemilczeć albo przeinaczyć. Można stwarzać zdarzenia, które nigdy nie miały szans na zaistnienie. Można fantazjować, bajać, przesadzać... Różne słowa, ten sam mechanizm działania... Kłamałem, by nie dostać lania od ojca i by matka nie płakała. Kłamałem, by zaimponować kolegom i by polubiły mnie dziewczęta. Kłamałem dla lepszego stopnia, lepszego traktowania przez nauczycieli, dla wygody, świętego spokoju, zabłyśnięcia w towarzystwie. Miałem naturalny talent - im mocniej bujałem, tym niewinniej wyglądałem. W którymś momencie człowiek przestaje być bezkarny. Nie ma kłamcy idealnego. Przecież prawda zawsze wychodzi na jaw. Tak się mawia. Więc jeśli tak, kłamstwo musi być w odwrocie. Nie może być sytuacji, gdy obie rzeczywistości trwają obok siebie na równych warunkach. Skończyłem liceum z internatem, na co moi rodzice łożyli w pocie czoła wiele lat. Byli dumni z syna prymusa, podczas gdy ja ledwie dawałem sobie radę. Na egzaminie na studia ściągałem i do dziś nie wiem, jakim cudem zostałem magistrem historii. Wtedy już nagminnie przedstawiałem się jako syn lekarza. Wymyśliłem sobie od początku do końca cały życiorys, włącznie z inteligenckim pochodzeniem dziadków. Dlatego nie mogłem zaprosić rodziców na ślub. Czy wie pani, jak na mnie wtedy popatrzyli? Nie, nie może pani wiedzieć...
Życie kłamcy otacza pajęczyna kłamstw tak drobnych, że niewidocznych gołym okiem. Czasem sieć jest tak gęsta, że człowiek gubi się w niej, nie odróżnia blagi od prawdy. Jak można tak żyć? Otóż nie można. Wielu ludzi usiłuje, męczy się latami, próbuje walczyć ze słabością. Przecież większość z nich jest wierząca. Klękając przy konfesjonale, szczerze przyrzekają, że nigdy więcej... I upadają w chwilę potem. Tak jak ja, po wielekroć. Aż człowiek zadaje sobie pytanie: W imię czego? Każde z tych kłamstw, proszę mi wierzyć, oblepia człowieka śliską mazią. Czujesz obrzydzenie do samego siebie. Ale kłamstwo jest jak narkotyk, jak nałogowe palenie papierosów. Musisz to rzucić, by zrozumieć, jak bardzo byłeś zniewolony. Reszta to pobożne życzenia.
Milczeliśmy oboje zapatrzeni w ciemność za szybą, szukając choćby śladu obecnego gdzieś tam świata.
- Mój najstarszy syn powiedział: „Nie jesteś dla mnie autorytetem w żadnej dziedzinie. Znam cię od urodzenia, a nie wiem, jak wygląda twoja prawdziwa twarz. Kim ty jesteś, żeby mówić mi, jak uczciwie żyć!”. Czy zabolało? Nie mógł trafić celniej. Pamiętam spojrzenie żony. Trwało ułamek sekundy, ale wystarczyło, bym dostrzegł, ile było w nim żalu, rozczarowania, goryczy. Ją przecież też oszukiwałem latami, aż dała spokój, machnęła na mnie ręką. Niektóre zdarzenia pamiętam. Rok po ślubie. Wyjazd na delegację. Pierwsza zdrada. Pierwsze zaparcie się w żywe oczy. Uwierzyła. Poród drugiego dziecka. Nie było mnie przy niej, gdy oboje ocierali się o śmierć. Balowałem z kolegami całą noc. Powiedziałem, że nie mogłem się dodzwonić do szpitala, że nie złapałem taksówki. Popatrzyła tylko, odwróciła głowę, chyba płakała. Dziesiątki podobnych drobiazgów... i jej walka, by dotrzeć do mnie, przemienić, nie stracić kontaktu. Zmarnowałem taką miłość...
Wreszcie choroba... Nikt mi nic nie powiedział. Może sądzili, że znów zawiodę. Spakowała się, stanęła w drzwiach. „Nie będzie mnie jakiś czas. Muszę iść do szpitala. - Coś poważnego? - zapytałem. - Nie wiem. Być może... - Pomóc ci w czymś? - Nie, dzieci wszystko załatwiły”. Miała nowotwór. Na szczęście niezłośliwy. Ale chwila, gdy pomyślałem, że mogę ją stracić i nigdy nie mieć szansy naprawienia szkód, otrzeźwiła mnie porządnie.
Jestem dojrzałym człowiekiem. Ludzi w moim wieku podobno nie da się odmienić. Los nas wyrzeźbił, ukształtował, nadał ostateczną formę dziełu. Powiem pani coś w sekrecie: Nie wierzę w to. Nie wierzę w nieodwołalne. Póki życia, póty nadziei, póty szans na naprawienie krzywd, na przemianę. Przecież daje się drugą szansę alkoholikom, narkomanom, przestępcom. Może i kłamcom? Jak pani sądzi?
Powiedziałam, że wierzę w istnienie drugiej szansy. Że nawet jeśli nie otrzymujemy jej od ludzi, daje ją nam Bóg. Jak by na to nie patrzeć, jest od czego zacząć.
- No, tak - powiedział. - Tylko obawiam się, że Bóg jest jednak bardziej miłosierny niż moja rodzina.
Zamyślił się. Okrył się szczelniej płaszczem, choć w przedziale gorąco. Pociąg to zwalniał biegu, to przyspieszał. Świt poszarzył niebo. Zapowiadał się chłodny, jesienny dzień. Nawrócony kłamca powiedział jeszcze jedno.
- Nawet pani nie wie, jak można stęsknić się za prawdą...

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2009-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Leon XIV apeluje o budowanie autentycznych relacji międzyludzkich

2026-01-24 13:14

[ TEMATY ]

media

Dzień Środków Społecznego Przekazu

Vatican Media

Naszym zadaniem jest budowanie autentycznych relacji - pisze Ojciec Święty w Orędziu na 60 Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Jego hasłem są słowa: „Chronić ludzkie głosy i twarze”. Będzie on obchodzony w Polsce w trzecią niedzielę września, 20 września. Papież zaznacza, iż strzeżenie ludzkich głosów i twarzy oznacza strzeżenie osoby, jej godności i jej powołania do spotkania.

Twarz i głos są cechami unikalnymi, wyróżniającymi każdej osoby - ukazują jej niepowtarzalną tożsamość i są elementem konstytutywnym każdego spotkania. Starożytni dobrze o tym wiedzieli. Tak więc, aby zdefiniować osobę ludzką, starożytni Grecy używali słowa „twarz” (prósopon), które etymologicznie wskazuje na to, co znajduje się przed wzrokiem, miejsce obecności i relacji. Łaciński termin persona (od per-sonare) zawiera natomiast w sobie dźwięk - nie jakikolwiek dźwięk, ale niepowtarzalny głos konkretnej osoby.
CZYTAJ DALEJ

Patron Dziennikarzy - św. Franciszek Salezy

Niedziela rzeszowska 5/2003

commons.wikimedia.org

Św. Franciszek Salezy

Św. Franciszek Salezy
24 stycznia dziennikarze czcili swojego patrona św. Franciszka Salezego, biskupa i doktora Kościoła. W tym roku, w naszej diecezji wspomnienie to miało szczególne znaczenie, ze względu na obchody 100- lecia pobytu w Jaśle, Sióstr Wizytek, zakonu kontemplacyjnego Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Zakon ten został założony właśnie przez tego Świętego. Na jubileusz ten nakłada się okrągła rocznica 400-lecia sakry biskupiej św. Franciszka Salezego. Akt ten miał miejsce 8 grudnia 1602 r. Jest więc okazja, by przypomnieć tą wspaniałą postać, polecając jego opiece wszystkich tych, którzy służą słowem pisanym, mówionym w radio i w telewizji. Św. Franciszek Salezy urodził się 23 sierpnia 1567 r. w rodzinnym zamku w Thorens, niedaleko Annecy we Francji. Ojciec planował dla syna wielką karierę. Zapewnił mu znakomite wykształcenie, najpierw w Annecy, potem w Paryżu i w Padwie. Po uzyskaniu na Uniwersytecie w Padwie doktoratu z zakresu prawa cywilnego i kanonicznego Franciszek powrócił do domu. Ojciec chciał, żeby został adwokatem i członkiem Senatu w Chambery. Upatrzył już nawet dla niego narzeczoną. Franciszek jednak, niemal wbrew ojcu, postanowił zostać kapłanem. Do swoich studiów prawniczych i literackich dołączył teologię. Kiedy otrzymał godność dziekana Kapituły Kanoników w Genewie, ojciec zgodził się z jego planami. Franciszek przyjął święcenia kapłańskie 18 grudnia 1593 r. Prawie rok później, 14 września 1594 r., biskup Genewy de Grenier wysłał go - młodego kapłana w okolice Chabalais. Ks. Franciszkowi towarzyszył jego krewny, kanonik Louis de Sales. Mieli oni tam, w okolicach jeziora Leman, odnowić wiarę katolicką. Obszar ten, bowiem został podbity w 1536 r. przez protestanckich Berneńczyków. Potem został zwrócony księciu Sabaudii. Pośród uprzedzeń, przeciwności i opozycji ks. Franciszek Salezy rozpoczął swą misję, która wytyczyła odtąd kierunek jego życia. Swoją modlitwą, pokutą, nauczaniem i pisarstwem potrafił on nawrócić do Kościoła katolickiego cały ten region. Swoją duchowość oparł na trzech znaczących pojęciach: "pobożność, miłość i miłosierdzie". Streszczają one całą rzeczywistość życia wewnętrznego, wyrażające: świętość, pobożność, pietyzm, miłość, doskonałość i doświadczenie Boga. 8 grudnia 1602 r. Franciszek Salezy otrzymał sakrę biskupią w Thorens. Przez następne 20 lat jako gorliwy pasterz dokładał wszelkich starań, aby odrodzić wiarę w Kościele w duchu reform Soboru Trydenckiego. Jego działalność sięgała poza Sabaudię. Był uznanym kaznodzieją w Paryżu, Chambéry i w Dijon. W tym ostatnim mieście, będącym stolicą Burgundii poznał baronową Joannę de Chantal, z którą 6 czerwca 1608 r. założył Zakon Nawiedzenia Maryi Panny. Zakon ten został zatwierdzony jako żyjący we wspólnocie, kontemplacyjny. Mogły do niego wstępować również wdowy, pragnące poświęcić się życiu zakonnemu, których nie mogły przyjmować inne zakony. Jako biskup, Franciszek Salezy troszczył się zarówno o bogatych, jak i o biednych. Ci ostatni mieli u niego szczególne względy. Franciszek głosił nie tylko kazania, ale prowadził także obfitą korespondencję. W 1608 r. napisał, z myślą o ludziach świeckich, dzieło Filotea - Wstęp do życia pobożnego. W 1616 r. napisał drugie dzieło - Traktat o miłości Bożej. To dzieło skierowane było przede wszystkim do zakonników i duchownych. Obydwie pozycje należą do klasyki duchowości. Franciszek Salezy zmarł 28 grudnia 1622 r. w Klasztorze Sióstr Wizytek w Lyonie. Proces beatyfikacyjny wszczęto w 1661 r., kanonizacja odbyła się 19 kwietnia 1665 r. Aktu tego dokonał papież Aleksander VII. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła 16 listopada 1877 r.
CZYTAJ DALEJ

Rozmowa z Ojcem: Trzecia niedziela zwykła

2026-01-24 10:24

[ TEMATY ]

abp Wacław Depo

Karol Porwich/Niedziela

Abp Wacław Depo

Abp Wacław Depo

Jak wygląda życie codzienne Kościoła, widziane z perspektywy metropolii, w której ważne miejsce ma Jasna Góra? Co w życiu człowieka wiary jest najważniejsze? Czy potrafimy zaufać Bogu i powierzyć Mu swoje życie? Na te i inne pytania w cyklicznej audycji "Rozmowy z Ojcem" odpowiada abp Wacław Depo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję