Reklama

Wiadomości

Sąd Najwyższy: lipcowe wybory prezydenckie są ważne

Wybory prezydenckie z lipca br. są ważne - orzekła w poniedziałek w pełnym składzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego.

"Sąd Najwyższy (...) stwierdza ważność wyboru Andrzeja Sebastiana Dudy na prezydenta RP dokonanego 12 lipca 2020 r." - głosi poniedziałkowa uchwała SN. Jak powiedziała w uzasadnieniu uchwały przewodnicząca składu Ewa Stefańska, sąd podejmując uchwałę "wziął pod uwagę wszystkie okoliczności, także te, które nie były przedmiotem protestu wyborczego".

Wcześniej - podczas posiedzenia Izby Kontroli Nadzwyczajnej - o stwierdzenie ważności wyborów prezydenckich wnosili przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej sędzia Sylwester Marciniak i zastępca prokuratora generalnego Robert Hernand.

Reklama

Po wyborach prezydenckich do Sądu Najwyższego wpłynęło łącznie 5 tys. 847 protestów wyborczych. Wpływ protestów do SN był kilkudziesięciokrotnie wyższy niż w przypadku poprzednich wyborów. Jedynie w 1995 r. do SN wniesiono więcej protestów przeciwko ważności wyborów. Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN zakończyła rozpatrywanie protestów w niedzielę. W przypadku 93 zarzuty w nich zawarte zostały uznane za zasadne w całości lub w części, ale bez wpływu na wynik wyborów. Większość protestów została jednak pozostawiona bez dalszego biegu.

O ważności wyboru prezydenta Sąd Najwyższy rozstrzyga w uchwale, którą należy podjąć w ciągu 21 dni od podania wyniku wyborów do publicznej wiadomości przez PKW. SN rozstrzyga o ważności wyboru prezydenta RP na podstawie opinii wydanych w wyniku rozpoznania protestów oraz sprawozdania z wyborów, przedstawionego przez PKW.

W tegorocznych wyborach prezydenckich Andrzej Duda uzyskał 51,03 proc. głosów, a Rafał Trzaskowski - 48,97 proc. Frekwencja wyborcza w II turze głosowania wyniosła 68,18 proc.(PAP)

Reklama

autor: Mateusz Mikowski, Sonia Otfinowska

mm/ sno/ aj/

2020-08-03 13:23

Ocena: +2 -3

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Trump się nie poddaje

2020-11-19 10:04

[ TEMATY ]

USA

wybory

Wikimedia Commons

Po skutecznej, obfitującej w liczne sukcesy gospodarcze oraz dyplomatyczne, pełnej spełnionych obietnic m.in. wobec Polski, swojej pierwszej kadencji prezydent Donald Trump miał realne szanse na reelekcję. Dzisiaj wśród wielu ekspertów panuje zgoda, że dopiero atak chińskiego koronawirusa storpedował nadzieje republikanów na utrzymanie Białego Domu.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jasno, że wybory prezydenckie anno domini 2020 w Stanach Zjednoczonych wygrał Joe Biden. Mimo, że główne media po drugiej stronie Atlantyku, nawet te konserwatywne, jak telewizja “Fox News”, ogłosiły demokratę ostatecznym zwycięzcą i tytułują go mianem “prezydent-elekt”, a światowi przywódcy zdążyli już pogratulować mu sukcesu, ten rozdział amerykańskiej historii wciąż nie został zamknięty. Człowiek, który napisał książkę pt. “Nigdy się nie poddawaj”, prezydent Donald Trump, pozostaje wierny swojej dewizie i ani myśli uznawać porażki. Jego prawnicy składają pozwy sądowe dotyczące nieprawidłowości wyborczych w kluczowych amerykańskich stanach, a sam prezydent deklaruje, że gdyby liczyć jedynie legalnie oddane głosy, to on byłby zwycięzcą. Republikanin zapewniał o tym nie tylko za pośrednictwem swojego konta na Twitterze, lecz również w trakcie konferencji prasowej w Biały Domu.

“Jeśli policzymy legalne głosy, z łatwością wygrywam. Jeśli liczymy głosy oddane nielegalnie i te nadesłane po czasie, to jest to próba odebrania nam zwycięstwa.” - oznajmił prezydent USA. Wystąpienie relacjonowane było na żywo przez wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne w Ameryce. Stacje CBS, ABC, CNBC, MSNBC oraz NBC zdecydowały się przerwać wystąpienie Trumpa argumentując to rzekomymi kłamstwami, jakie miały padać z jego ust. Po stronie prawicy wywołało to oburzenie oraz oskarżenia o stosowanie cenzury politycznej przez lewicowe media.

Spodziewane opóźnienie

Nie ulega wątpliwości, że tegoroczne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mają zdecydowanie historyczny charakter. Nie chodzi już tylko o walkę polityczną i spór o przywództwo nad krajem. Czy w dalszym ciągu będzie nim kierował Donald Trump, republikanin stojący na straży konserwatywnych wartości, czy może ster przejmie liberał Joe Biden i skrajna socjalistka Kamala Harris, a zatem tandem pod rządami którego Ameryka ostro skręci w lewo? Z uwagi na fakt, że wybory odbywały się w trakcie pandemii koronawirusa, Amerykanie pobili wszelkie rekordy w głosowaniu korespondencyjnym oraz tzw. “wczesnym głosowaniu” (“absentee ballots” - red.), które polega na otrzymaniu pakietu wyborczego pocztą i osobistym dostarczeniu go do urny jeszcze przed właściwym dniem wyborów.

Wiadomym było zatem, że czynniki te opóźnią poznanie oficjalnych wyników. Część stanów zezwala bowiem, by na spływające pocztą pakiety wyborcze oczekiwać jeszcze po oficjalnym zakończeniu głosowania.

Teraz w dodatku dochodzi kolejny czynnik opóźniający - pozwy sądowe dotyczące domniemanych nieprawidłowości wyborczych oraz wnioski o ponowne przeliczanie głosów. I tutaj właśnie docieramy do sedna sprawy, która nadaje tegorocznym wyborom prezydenckim za oceanem miano historycznych i bezprecedensowych. Dla wiary w amerykańską demokrację lepiej byłoby jednak, gdy wszystko zostało rozstrzygnięte w dniu 3 listopada, a spływające później głosy korespondencyjne nie miały już potencjału, by zmienić wynik elekcji. Wreszcie, gdyby nie pojawiły się kontrowersje związane z liczeniem głosów i innymi rzekomymi nieprawidłowościami wyborczymi. Niestety okazało się to być marzeniem ściętej głowy. Po drugiej stronie Atlantyku obserwujemy toczący się spór, w którym duża część konserwatystów, na czele ze swoim prezydentem, uważa, że partia demokratyczna i skorumpowani służący jej lokalni urzędnicy dosłownie okradli ich z wyborów prezydenckich.

Wygrać ze strachem

O historycznym charakterze tegorocznych wyborów prezydenckich za oceanem świadczy nader wszystko paraliżująca cały świat pandemia chińskiego koronawirusa SARS-CoV-2, która również na nich odcisnęła swoje piętno. Kryzys ten wpłynął przede wszystkim na osłabienie szans na reelekcję prezydenta Donalda Trumpa, który w normalnych warunkach byłby zapewne zdecydowanym faworytem wyścigu po Biały Dom. Przed pandemią prezydent Trump prowadził w sondażach, a jego sztandarowym przesłaniem była fenomenalna sytuacja gospodarcza, historycznie niski poziom bezrobocia oraz liczne zrealizowane obietnice wyborcze. Dobrą passę przerwał dopiero atak chińskiego wirusa, który nie tylko doprowadził do załamania gospodarki i dynamicznego wzrostu bezrobocia, ale przede wszystkim pozbawił życia ponad 249 tys. Amerykanów. To wówczas notowania prezydenta zaczęły spadać na korzyść jego demokratycznego konkurenta Joego Bidena.

Demokraci oskarżali prezydenta Trumpa o brak skutecznego planu walki z wirusem, o lekceważenie niebezpieczeństwa, szczególnie na początkowym etapie w lutym b.r., gdy prezydent ukrywał przed obywatelami powagę sytuacji i skalę zagrożenia, jakie stanowi pochodzący z Chin patogen. Republikański prezydent przyznał się do tego w rozmowie udzielonej znanemu i cenionemu dziennikarzowi Bobowi Woodwardowi. Taśmy z tego wywiadu obiegły amerykańskie media wywołując skandal i liczne głosy krytyki pod adresem gospodarza Białego Domu, który w tym samym czasie zapewniał Amerykanów, że wirus nie stanowi większego zagrożenia, niż zwykła grypa sezonowa i niedługo sam przeminie. Tymczasem na nagraniu słyszymy prezydenta przyznającego, że “to jest śmiertelna sprawa”, a sam koronawirus może być bardzo niebezpieczny nie tylko dla osób starszych, ale także młodych. O powadze sytuacji Trumpa informował szereg amerykańskich agencji federalnych. Sam prezydent tłumaczył się później, że nie chciał wywoływać paniki wśród społeczeństwa twierdząc, że prawdziwy przywódca powinien wykazywać się spokojem, a nie skupiać na straszeniu narodu i podgrzewaniu napiętej atmosfery strachu.

Wobec zarzutów o bezczynność republikański prezydent wielokrotnie podkreślał, że jako pierwszy liczący się światowy przywódca zdecydował się na bardzo radykalny krok polegający na zamknięciu ruchu z Chinami, a chwilę później również z Unią Europejską. Wówczas, jak podkreślał sam Trump oraz stający w jego obronie republikańscy stronnicy, działania prezydenta spotykały się z ostrą krytyką ze strony polityków partii demokratycznej oraz samego Joego Bidena, którzy decyzję o zamknięciu granic nazywali rasistowską i ksenofobiczną. Prezydent USA przekonuje, że podjęte przez jego administrację kroki pozwoliły uratować wiele ludzkich istnień, co byłoby niemożliwe, gdyby u władzy znajdowali się demokraci ograniczeni przez polityczną poprawnością, która nie pozwoliłaby im na tak radykalne działanie, jak zakaz wjazdu do USA dla przyjezdnych z Chin oraz Unii Europejskiej. Jako przykład zgubnej w obliczu pandemii politycznej poprawności, prezydent wskazywał również na działania spikerki Izby Reprezentantów, demokratki z Kalifornii Nancy Pelosi, która jeszcze pod koniec stycznia b.r. zachęcała Amerykanów, by udawali się do chińskiej dzielnicy Chinatown celebrować chiński nowy rok.

W trakcie dwóch debat ze swoim demokratycznym rywalem Joe Bidenem oraz podczas licznych spotkań z wyborcami, prezydent Donald Trump zwracał uwagę, że z uwagi na błędy w działaniu ówczesnej administracji USA, gdyby wirus tzw. Świńskiej Grypy A/H1N1 z 2009 roku okazał się być bardziej śmiercionośny, za administracji Obamy i Bidena życie mogłoby stracić dużo więcej Amerykanów, niż w trakcie tegorocznej pandemii.

Trump był przez ostatnie miesiące kampanii mocno atakowany ze strony demokratów, którzy próbowali obarczać go winą za wysoką liczbę zgonów na koronawirusa. Eksperci szacują, że do końca tego roku całkowita liczba ofiar choroby Covid-19 może w Ameryce wynieść ponad 400 tys. Prezydent USA odpierał te zarzuty, wskazując, że za pandemię winić należy przede wszystkim komunistyczny rząd Chin, który m.in. ukrywał przed światem informacje o wirusie, zwracając uwagę, że wirus sparaliżował cały świat i trudno zrzucać tutaj winę na administrację USA. To cyniczna gra demokratów obliczona na zyskanie przewagi w wyborach. Wykorzystując tragedię setek tysięcy obywateli USA, demokraci na czele z Joe Bidenem i Kamalą Harris próbowali ugrać polityczne korzyści i upatrywali w tym pretekstu do nagonki na prezydenta. Podczas ostatniej debaty prezydenckiej Trump powiedział, że gdyby nie działania podjęte przez Biały Dom, liczba zgonów mogłaby w Ameryce przekroczyć 2 miliony!

Za oceanem tematy kampanijne zostały w dużej mierze zdominowane przez pandemię koronawirusa i próbę odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie z tym historycznym kryzysem. Plany działania kandydatów były całkowcie od siebie różne. Joe Biden twierdził, że konieczne jest utrzymywanie lockdownu kraju, a ewentualne otwarcie biznesów musi być poprzedzone zapewnieniem im środków umożliwiających bezpieczne przeprowadzenie tego procesu. Natomiast prezydent Donald Trump uważał, że lekarstwo nie może być gorsze od samej choroby, a kraj musi jak najszybciej wrócić do normalności. Po wyleczeniu się z koronawirusa, Trump wezwał Amerykanów, by nie dali się przez niego zdominować. Zapewnił, że możliwy jest powrót do normalności, ponieważ dla zdecydowanej większości młodych ludzi wirus nie stanowi zagrożenia, wskazując że jedynie osoby starsze oraz obarczone chorobami współistniejącymi powinny unikać potencjalnej ekspozycji na wirusa. Joe Biden straszył natomiast Amerykanów sugerując, że oto nadchodzi mroczna zima, a ewentualna szczepionka pojawi się realnie dopiero w połowie przyszłego roku. Dzisiaj wiemy już, jak bardzo się wówczas mylił. Amerykańscy naukowcy opracowali już skuteczną szczepionkę, która zdaniem naczelnego amerykańskiego epidemiologa doktora Fauciego może trafić do obywateli USA już w kwietniu przyszłego roku.

Donald Trump wykazywał się całkowicie odmiennym od Bidena podejściem, a jego narrację charakteryzował typowy dla Amerykanów optymizm i nadzieja na lepsze jutro. Prezydent USA jeszcze przed wyborami zapewniał naród, że jest ogromna szansa, aby szczepionka pojawiła się jeszcze przed końcem roku. Wizja Bidena to perspektywa społeczeństwa sparaliżowanego strachem, postawionego przed koniecznością znoszenia trudów kolejnych lockdownów, które zrujnują i tak osłabioną już gospodarkę. W tym samym czasie Trump rozpościerał przed Amerykanami wizję świetlanej przyszłości, w której najwspanialszy naród na świecie, jak wierzą Amerykanie, nie da się złamać wirusowi i mimo pandemii będzie w stanie odbudowywać gospodarkę swojego kraju.

W zależności od tego, które podejście bardziej przekonałoby amerykańskich wyborców, zależały losy tegorocznych wyborów prezydenckich. Biorąc jednak pod uwagę to, jak wielu obywateli USA chciało powrotu do normalnego funkcjonowania, kandydat republikanów stał przed ogromną szansą, by na swoim optymizmie zbić potężny kapitał wyborczy. Dodajmy do tego fakt, że wbrew narracji lewicowych mediów za oceanem m.in. telewizji “CNN”, pandemia koronawirusa wcale nie była dla Amerykanów najważniejszym tematem kampanii. Z badań opinii publicznej wynikało, że uwagę wyborców w USA bardziej absorbuje kwestia gospodarki i bezpieczeństwa na ulicach amerykańskich miast. Covid-19 znalazł się dopiero na trzecim miejscu. Ataki kierowane wobec administracji Trumpa sugerujące jej odpowiedzialność za złą sytuację na polu walki z wirusem nie powinny zatem aż tak negatywnie odbić się na notowaniach urzędującego prezydenta. Mimo tego, wszystko wskazuje dzisiaj, że to demokrata Joe Biden zaskarbił sobie zaufanie większości obywateli. Cóż się zatem stało? Pandemia spowodowała gwałtowny wzrost bezrobocia, spadki na giełdach oraz problemy prywatnego biznesu, które często doprowadzały ostatecznie do upadku małych przedsiębiorstw, jak zwykle w szczególności ucierpieli tutaj najsłabsi - niewielkie rodzinne firmy. Wielu obywateli znajdując się w tragicznej sytuacji ekonomicznej, podświadomie obarczyło rząd amerykański winą za zaistniałą sytuację. To dobrze udokumentowany mechanizm socjologiczny, który jest kluczem do wytłumaczenia ewentualnej porażki wyborczej Donalda Trumpa. Dzisiaj jest to najbardziej prawdopodobny finał wyborów prezydenckich w USA, choć cały czas nie można na 100 proc. wykluczyć nagłego zwrotu akcji i zmiany wyniku na korzyść kandydata republikanów. Prawnicy Trumpa, którym przewodzi były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani, musieliby jednak udowodnić przed amerykańskimi sądami masowe nieprawidłowości i oszustwa wyborcze.

Wybory w pandemii

W obawie przed zakażeniem groźnym patogenem, wiele amerykańskich stanów poszerzyło swoim rezydentom możliwość zdalnego głosowania pocztowego, a miliony Amerykanów postanowiło z tej opcji skorzystać, bijąc wszelkie rekordy frekwencji w tzw. “wczesnym głosowaniu”. W ostatnich dniach października licznik wskazywał, że z takiej formy udziału w wyborach skorzystało ponad 61 milionów obywateli. Dla porównania, w analogicznym momencie kampanii w roku 2016 liczba ta wynosiła zaledwie nieco ponad 47 milionów głosów. Frekwencja dalej rosła jednak dynamicznie, bijąc tym większe rekordy, im bardziej zbliżyliśmy się do ostatecznego dnia wyborów prezydenckich. Tak oto, do końca października z opcji wczesnego głosowania, w dużej mierze zdominowanego przez głosowanie pocztowe, skorzystało ponad 87 milionów obywateli!

Przepisy umożliwiające oddanie głosu bez potrzeby osobistego stawiania się w lokalu wyborczym w dniu wyborów, różnią się w zależności od konkretnego stanu. Przykładowo, w Kalifornii, Delaware lub Illinois z uwagi na pandemię koronawirusa, lokalne władze stanowe zdecydowały się wysyłać pakiety wyborcze wszystkim zarejestrowanym wyborcom z góry. Wiele stanów zrezygnowało z dotychczas obowiązującego wymogu, by rezydenci chcący głosować pocztowo musieli przedstawić konkretny ku temu powód tzw. “excuse”.

Wirus a gospodarka

Informacja o pozytywnym wyniku testu na obecność koronawirusa u prezydenta Stanów Zjednoczonych, a chwilę później również ta o wystąpieniu u niego objawów choroby Covid-19 wywołała po drugiej stronie oceanu szok i całą listę pytań stawianych nie tylko przez polityków i dziennikarzy, ale również zwykłych obywateli przejętych losem gospodarza Białego Domu oraz kraju, któremu przewodzi. Kluczowa stała się odpowiedź na to, jak sytuacja kryzysowa z prezydentem w roli głównej wpłynie na jego wyborcze szanse oraz na gospodarkę USA. Ta ostatnia jest zależna m.in. od sytuacji na Wall Street, gdzie mieszczą się najważniejsze giełdy papierów wartościowych. Na akcje notowanych tam spółek ogromny wpływ mają czynniki psychologiczne - poczucie bezpieczeństwa i stabilności oraz ewentualny wybuch paniki wśród inwestorów spowodowanej np. szokującą informacją. Taką, jak choroba przywódcy największego światowego supermocarstwa. No i się zaczęło. Najpierw indeks Dow Jones - spadek o ponad 400 punktów, później NASDAQ i S&P 500 - w dół odpowiednio o 200 i 60 punktów. Dla amerykańskiej ekonomii, umęczonej ponad miarę przez szalejącą pandemię chińskiego koronawirusa oraz skutki wprowadzonego w jej następstwie lockdownu, był to kolejny cios.

Niespodziewana choroba

Pierwsze informacje o zakażeniu się przez prezydenta Trumpa chińskim koronawirusem SARS-CoV-2 pojawiły się dopiero w piątek 2 października, krótko przed godziną 1:00 nad ranem czasu amerykańskiego (Eastern Time - red.). Gospodarz Białego Domu ogłosił tę informację za pośrednictwem swojego konta na Twitterze.

“Dziś w nocy Pierwsza Dama i ja zostaliśmy pozytywnie przetestowani na obecność COVID-19. Natychmiast rozpoczniemy kwarantannę oraz proces dochodzenia do zdrowia. Przejdziemy przez to razem!” - napisał.

Choć dla milionów Amerykanów był środek nocy, post szybko stał się najpopularniejszym ze wszystkich, które do tej pory opublikował prezydent USA. Chociaż komunikaty, które z początku wystosował osobisty lekarz prezydenta Dr. Sean Conley, były optymistyczne wskazując, że jego pacjent ma tylko lekkie objawy choroby Covid-19, obawa o stan zdrowia polityka była całkowicie uzasadniona. Biorąc pod uwagę wiek Donalda Trumpa, który w czerwcu tego roku skończył 74 lata oraz jego lekką nadwagę, kwalifikował się on niestety do podwyższonej grupy ryzyka. Nadzieje na bezobjawowy przebieg choroby szybko rozwiały informacje o przewiezieniu prezydenta do szpitala oraz konieczności podania mu tlenu. Niepokój o stan zdrowia prezydenta nie trwał jednak długo. Już po kilku dniach Donald Trump majestatycznie powrócił do Białego Domu na pokładzie swojego helikoptera Marine One, ogłaszając Ameryce, że nie taki wirus straszny, jak go malują, bowiem w krótkim czasie pokonał chorobę i teraz czuje się wyjątkowo dobrze. Trump podkreślał, że zachował się jak przystało na prawdziwego przywódcę - zmierzył się z zagrożeniem i pokonał je. Gospodarz Białego Domu zapewnił Amerykanów, że ich kraj dysponuje nowoczesnymi, skutecznymi lekami, które sam przetestował na sobie, obiecując, że wszyscy chorzy na Covid-19 obywatele, w razie potrzeby, otrzymają dostęp do identycznej terapii. Prezydencki powrót do zdrowia szybko przełożył się na uspokojenie inwestorów i wzrosty na amerykańskich giełdach papierów wartościowych. Zaś sam kandydat republikanów powracając na kampanijną trasę zaczął odrabiać sondażowe straty wywołane jego chorobą i związaną z nią przerwą w odbywaniu wieców poparcia. Obecnie możliwości są dwie - albo prezydentowi nie udało się wystarczająco odrobić strat, albo też rację mają jego prawnicy sugerujący masowe nieprawidłowości i oszustwa wyborcze.

Zauważalne sukcesy

Pomimo przeciwności losu w postaci szalejącej w Ameryce pandemii koronawirusa, prezydent Donald Trump wciąż miał realne szanse na zwycięstwo w wyborach i zapewnienie sobie reelekcji na kolejne 4 lata. Według badania przeprowadzonego 20 października przez sondażownie “Rasmussen Reports” poparcie dla prezydenta wśród potencjalnych wyborców w tzw. wskaźniku “approval rating” wyniosło 49 proc. To aż o 2 punkty procentowe więcej, niż uzyskał prezydent Barack Obama w tym samym momencie swojej pierwszej kadencji na 2 tygodnie przed wyborami prezydenckimi, które ostatecznie wygrał. Korzystne dla prezydenta USA okazały się także wyniki badania opinii publicznej przeprowadzone 9 października przez instytut Gallupa. Według nich aż 56 proc. Amerykanów stwierdziło, że mają się lepiej za kadencji Donalda Trumpa, niż w tym samym okresie prezydentury Obamy 4 lata temu. To rekordowy wynik w historii badań sondażowni Gallupa!

Ameryka pozostaje ekstremalnie podzielona w kwestii wyniku wyborów prezydenckich oraz oceny praworządności całego procesu. Wśród republikanów aż 70 proc. uważa, że nie były one ani wolne, ani uczciwe, a 78 proc. z tej grupy wyraziło przekonanie, że masowe głosowanie pocztowe doprowadziło do nieprawidłowości i oszustw wyborczych na masową skalę. Prawie tyle samo respondentów stwierdziło, że doszło do manipulowania głosami oddanymi korespondencyjnie. Demokraci zarzucają natomiast prezydentowi Trumpowi oraz wspierającym go republikanom rzucanie fałszywych, niepopartych dowodami oskarżeń, które osłabiają wiarę w amerykańską demokrację. Tymczasem otoczenie prezydenta m.in. rzeczniczka prasowa Białego Domu Kayleigh McEnany, doradca kampanijny Corey Lewandowski, naczelni prawnicy Rudy Giuliani oraz Sidney Powell, a także sam zainteresowany, twierdzą zgodnie, że posiadają liczne dowody na masowe fałszerstwa wyborcze, które po przedstawieniu w amerykańskich sądach odwrócą wynik wyborów na korzyść prezydenta Donalda Trumpa.

Ameryka jest dzisiaj podzielona jak nigdy dotąd w swojej najnowszej historii. Jej dwa zwaśnione plemiona republikanów i demokratów wstrzymują oddech i czekają na rozwój wypadków. Dopiero przyszłość przyniesie nam ostateczne rozstrzygnięcie prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnych i nieprzewidywalnych wyborów prezydenckich we współczesnej historii tego kraju. Do tego czasu pozostaje nam jedynie powtarzać krótką, lecz niezwykle popularną w USA modlitwę - Boże, błogosław Ameryce!

Archiwum prywatne

Tomasz Winiarski

Tomasz Winiarski
CZYTAJ DALEJ

Abp Szal: Nie szukajmy powodów, by nie uczestniczyć w Mszy świętej

2020-11-30 08:20

[ TEMATY ]

Eucharystia

abp Adam Szal

ks. Paweł Kłys

Nie szukajmy zatem błahych powodów, wymówek, które pozbawiają nas udziału w niedzielnej Mszy świętej – apeluje abp Adam Szal w liście pasterskim na Adwent. Metropolita przemyski zwraca też uwagę, że niedziela jest dniem radości, odpoczynku oraz wspólnoty z rodziną i najbliższymi. Zaznacza, że nie powinniśmy jednak poprzestawać na przeżywaniu niedzieli wyłącznie jako czasu odpoczynku i rekreacji.

Abp Szal przypomina, że wraz z pierwszą niedzielą Adwentu rozpoczynamy nowy rok duszpasterski, który będzie przeżywany pod hasłem: „Zgromadzeni na świętej wieczerzy”. W archidiecezji przemyskiej będzie mu patronował św. Józef Sebastian Pelczar znany z umiłowania do adoracji Najświętszego Sakramentu i Eucharystii.

Metropolita Przemyski zwraca uwagę, że Msza św. wymaga odpowiedniego przygotowania, które powinno się rozpocząć już w domu. Należy zadbać o skupienie, odpowiedni ubiór i wzbudzenie intencji modlitewnej. Zachęca, by do kościoła przyjść wcześniej i jakiś czas spędzić na adoracji w ciszy.

Hierarcha przypomina nauczanie św. Józefa Pelczara, który pisał, że „Stół Pański jest ciągle zastawiony, a słudzy Pańscy zapraszają ustawicznie na biesiadę... Jezus chce być pokarmem...”.

„Nie szukajmy zatem błahych powodów, wymówek, które pozbawiają nas udziału w niedzielnej Mszy świętej. Oczywiście zdarzają się sytuacje, które uniemożliwiają uczestnictwo w Eucharystii. Pamiętajmy jednak, że transmisja jest zawsze jedynie namiastką naszego przeżywania niedzielnej Mszy świętej – wskazuje abp Szal.

„Jeśli przychodzi nam uczestniczyć w liturgii duchowo za pomocą transmisji radiowej, telewizyjnej lub internetowej, postarajmy się przeżywać ją w skupieniu, wzbudzając w sobie pragnienie przyjęcia Chrystusa w Komunii świętej duchowej. Kiedy to tylko możliwe, trzeba jednak powrócić do Eucharystii z oczyszczonym sercem, z odnowionym zadziwieniem, z mocniejszym pragnieniem, by spotkać Pana, trwać przy Nim i przyjąć Go, aby zanieść Go braciom, dając świadectwo życia wypełnionego wiarą, miłością i nadzieją” – pisze metropolita przemyski.

Abp Szal zachęca świeckich, aby również włączali się do celebracji Mszy świętej przez czytanie Słowa Bożego, modlitwę wiernych oraz służbę przy ołtarzu, zarówno ministrantów i lektorów, jak i osób starszych.

Metropolita przemyski zwraca też uwagę, że niedziela jest dniem radości, odpoczynku oraz wspólnoty z rodziną i najbliższymi. Zaznacza, że nie powinniśmy jednak poprzestawać na przeżywaniu niedzieli wyłącznie jako czasu odpoczynku i rekreacji. „Uczeń Chrystusa, dążący do dojrzałości wiary, powinien promieniować oraz dzielić się radością i nadzieją z innymi członkami rodziny, sąsiedztwa czy wspólnoty parafialnej, nawet w najtrudniejszych okolicznościach życia. (…) Jako apostołowie Jezusa, zasiewajmy optymizm, wyrastający z ufności w Bożą Opatrzność, zażegnujmy spory rodzinne i sąsiedzkie. Dbajmy, aby w sercach i na twarzach otaczających nas osób pojawiał się uśmiech, będący owocem chrześcijańskiej radości i nadziei” – wskazuje abp Szal.

Ordynariusz archidiecezji przemyski wskazuje, że niedziela powinna pomagać zdystansować się od codziennych zajęć i trosk, przypomnieć sobie o właściwej hierarchii wartości, a także zaangażować się w dzieła miłosierdzia, charytatywne i apostolskie.

„Oby nie było wśród nas bliźnich, którzy w tych trudnych czasach chorób, w zbliżających się dniach świątecznych, czuliby się niezauważeni, samotni, pozbawieni dobrego słowa, obecności bliźniego, odwiedzin, czy konkretnej pomocy” – apeluje abp Szal.

Metropolita przemyski zwraca też uwagę na szczególne wyzwanie dla duszpasterzy i wiernych, jakim jest obecnie dostęp do Słowa Bożego i sakramentów, zwłaszcza pokuty i Eucharystii. Niektóre spotkania formacyjne odbywają się z wykorzystaniem transmisji radiowych i internetowych. „Przyjmujcie ze zrozumieniem proponowane przez Waszych duszpasterzy inicjatywy i formy oraz chętnie odpowiadajcie na nie swoim zaangażowaniem. Włączajcie w nie także Wasze dzieci” – zachęca abp Szal.

CZYTAJ DALEJ

Konstantynopol: delegacja watykańska weźmie udział w uroczystości św. Andrzeja

2020-11-30 10:23

[ TEMATY ]

Św. Andrzej Apostoł

Konstantynopol

TER

Św. Andrzej, patron kościoła

Św. Andrzej, patron kościoła

Delegacja Stolicy Apostolskiej, pod przewodnictwem kardynała Kurta Kocha, kierującego Papieską Radą ds. Popierania Jedności Chrześcijan, składa wizytę w siedzibie Patriarchatu Ekumenicznego w dzielnicy Fanar w Stambule – podaje portal il sismografo.

Wczoraj jej członkowie (obok kardynała Kocha także sekretarz tej dykasterii, bp Briana Farrell oraz podsekretarz ks. prał. Andrea Palmieri) zostali przyjęci przez Patriarchę Bartłomieja I. Dzisiaj zostanie jemu przekazane przesłanie, jakie Ojciec Święty wysyła co roku w uroczystość św. Andrzeja, Patrona Patriarchatu Konstantynopolitańskiego.

Tradycja wysyłania przez papieża oficjalnej delegacji Kościoła katolickiego do Stambułu okazji święta św. Andrzeja (zwanego przez prawosławnych Pierwszym Powołanym) sięga r. 1969. Dwa lata wcześniej delegacja Patriarchatu Konstantynopola wzięła udział w obchodach święta patronalnego Kościoła w Rzymie – uroczystości św. Piotra i Pawła 29 czerwca. Od tamtego czasu wymiana delegacji odbywa się regularnie niemal co roku, przy czym kilkakrotnie na ich czele stali zwierzchnicy obu Kościołów: Jan Paweł II odwiedził Stambuł 30 listopada 1979 r., Benedykt XVI był tam w tym samym czasie w 2006 r. zaś Franciszek w 2014. Natomiast do Rzymu przybywali od 1967 r. patriarchowie konstantynopolscy: Atenagoras, Dmitrios i Bartłomiej.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję