Reklama

Opowieści (43)

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Zima prawie zawsze była długa i ciężka zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt. W tym roku wyjątkowo dawała się wszystkim we znaki. Na początku sypnęło śniegiem, ucieszyły się dzieci, bo z mokrego śniegu łatwo wykonać bałwana albo rzucać śnieżnymi kulami. Ucieszyli się też rolnicy. Oni dobrze wiedzieli, że będzie bardzo dobrze dla zasiewów, jeśli pokryje je odpowiednio gruba warstwa białego puchu, który utuli wszystko niby matka swe dziecko w łóżeczku. Zaraz po opadach śniegu chwycił umiarkowany mróz, tak było do Bożego Narodzenia. Stara Wolanka już na kilka dni wcześniej zapowiadała gwałtowną zmianę pogody, gdy - jak mówiła - "mocno łupało ją w lewej nodze". Takie łupanie to niezawodny znak pogorszenia się warunków atmosferycznych. Młodzi żartowali z kobiety, zachęcając ją, aby wynajęła się do Polskiego Radia jako przepowiadacz pogody. Starsi jednak nie lekceważyli tych przepowiedni, bo sami odczuwali podobne łamanie w kościach, po którym następowały mrozy, zawieje albo deszcze. Dobrzyk zawsze obserwował księżyc, z jego położenia oraz koloru także potrafił przewidzieć zmianę pogody, szczególnie wtedy, gdy miała się popsuć. Ludzie bacznie obserwowali przyrodę, która w jakiś tajemniczy sposób wyczuwała, jaka będzie zima i potrafiła się do nadchodzących warunków przygotować. Obser-

wowano pod koniec lata ptaki. Wczesny odlot bocianów był pierwszym sygnałem ciężkiej zimy. Następny sygnał dawały zwykłe polne myszy, które pojawiały się w domostwach, gdy na polu jeszcze stały dziesiątki ze zbożem. W późniejszych latach także zachowanie się stonki dostarczało dowodów na to, że zima blisko. Stonka, jakby czując nadchodzące zimno, uciekała z pól jeszcze pełnych ziemniaków i zakopywała się głęboko w ziemi. Przyroda dostarcza bardzo wielu takich wskazówek. Trzeba ją tylko było bacznie obserwować, czasem porobić notatki i przygotować się do tego, co ma nadejść.

Rzeczywiście w okresie "ruskiej kolędy" zaczęło sypać śniegiem. Padało przez kilka dni i nocy bez przerwy. Dawno już ludzie nie widzieli takich ilości śnieżnego puchu. Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczęło wiać. Silny wicher łamał gałęzie drzew, zrywał słomiane strzechacze z dachów i porywał wielkie ilości śniegu z pól, niosąc je na drogi, podwórza i w wiele innych miejsc. Świat wyglądał bardzo groźnie, ponieważ w biały dzień prawie nic nie dało się zobaczyć. Wszędzie był tylko śnieżny puch wciskający się nawet do mieszkań, jeśli nie uszczelniono dobrze okien. Nie tylko bez przerwy wiało, ale wicher wydawał jakieś dziwne odgłosy, jakby ktoś cicho płakał. Najbardziej jęczało w kominach. Starzy ludzie mówili, że to dusze czyśćcowe przybyły do swych rodzin, prosząc o modlitwę. Babcie w takich okolicznościach brały do ręki różaniec i siadając pod piecem, półgłosem go odmawiały w intencji potrzebujących pomocy dusz. Wtedy wycie w kominie jakby trochę przycichało. Jeszcze groźniejsze wydawało się trzeszczenie drewnianego domu. Obawiano się, że wichura zerwie dach albo zniszczy dom, który rzeczywiście czasem cały drgał, a na ścianach poruszały się wiszące obrazy. Na niektóre podwórka naniosło tyle śniegu, że nie można było wydostać się z domu. Kopano więc tunele do obory i stodoły, aby dojść do zwierząt i zrobić obrządki. Dom Dobrzyków był prawie zupełnie przykryty olbrzymią zaspą. Piotrek wciągał sanki na dach i spod komina zjeżdżał po śnieżnym nasypie aż na odległe łąki. Jeszcze nie ustały wichry, a tu przyszedł siarczysty mróz. Teraz nie było żartów. Jeśli ktoś nie zabezpieczył domu słomianą zagatą, to nie był w stanie ogrzać mieszkania. Okna zakrywano na noc dużą słomianą matą, zostawiając tylko niewielką szparkę, aby było widać, co dzieje się na zewnątrz. W oborach też ziąb, zamarzała woda i jedzenie dla świń, składające się najczęściej z ziemniaków, otrąb i mleka. Konia i krowy nakrywano starymi kocami lub paltami, wnoszono też dużo słomy, aby zwierzęta mogły się jakoś schronić przed zimnem. Mniejsze zwierzęta zabierano do mieszkania, ponieważ nie miały szansy na przetrwanie w zwykłej oborze. Dobrze, że nie brakowało nikomu opału. Spalano w piecach miejscowy twardy, czarny torf, dający dość dużo ciepła. Opał ten gromadzono przez całe lato. Taka zima to bardzo ciężki okres dla ludzi i zwierząt, ale ludzie byli przyzwyczajeni do takich trudnych warunków i zimna, które bywało już w przeszłości. Każda rodzina miała odpowiednie zapasy żywności, takiej jak: mąka, ziemniaki, warzywa, słonina i inne. Chleb wypiekano we własnych piecach i z własnej mąki. Dla zwierząt także zgromadzono odpowiednie zapasy. Każda rodzina posiadała też własne leki, takie jak: kwiat lipowy i korzenie malin od przeziębienia, a miętę, piołun i tysiącznik od bólu brzucha. Ponadto były jeszcze bańki do stawiania w razie mocnego zaziębienia, pijawki od wysokiego ciśnienia i różne ziołowe nalewki. Lekarza wzywano tylko w bardzo ciężkich sytuacjach, a do szpitala posyłano "tylko na umarcie", czyli na śmierć. Podczas takiej srogiej zimy były problemy z dojazdem do miasteczka do kościoła czy po zakupy. Jeszcze większy problem był z pogrzebaniem zmarłego. Gdy umarła stara Wyzaczka, to jej syn z trudnością wydostał się ze swego obejścia, aby powiadomić sąsiadów i prosić o pomoc w zorganizowaniu pogrzebu. Po gotową trumnę trzeba było jechać aż do powiatu, a to stawało się niewykonalne w takich warunkach. Dobrze, że w wiosce było kilku stolarzy. Do nich należało wykonanie skromnej drewnianej trumny, najczęściej niczym nie przyozdobionej. Kobiety szyły niewielką poduszeczkę, którą koniecznie należało wypchać wiórkami z heblowanych desek użytych do wykonania trumny.

Poduszeczkę tę włożono pod głowę zmarłej i po modlitwach zabito wieko gwoździami, włożono trumnę na sanie i wieziono do kościoła. Z wielkim trudem i z przygodami udało się dojechać do świątyni. Na pogrzeb przybyło tylko kilka osób - najbliższa niezbyt liczna rodzina i sąsiedzi. Największym problemem było dotarcie na cmentarz znacznie oddalony od miasteczka, który został całkowicie zawiany śniegiem. Rosły tam drzewa i krzewy, które zatrzymywały śnieg do tego stopnia, że utworzyła się jakby jakaś dziwna wyspa. Nawet księża nie wyprowadzali zmarłych na cmentarz, tylko całą liturgię odprawiano najpierw w kościele, a potem przed bramą. Dalej sanie z kilkoma osobami próbowały przedostać się na miejsce wiecznego spoczynku. Na początku wszystko szło dobrze, lecz w pewnym momencie trumna zsunęła się z pojazdu i zaczęła spadać w dół. Wszyscy zamarli. Nagle trumna otworzyła się, wyrzucając sztywne zwłoki zmarłej, które znalazły jakiś punkt zaczepienia i stanęły w pozycji pionowej, a trumna już pusta zsuwała się dalej. Ktoś przeraźliwe krzyknął, że nieboszczka ożyła. Rzeczywiście wyglądało to, jakby zmarła poruszała się i chciała uciec z cmentarza. Skończyło się na tym, że nieboszczka ciągle stała, a kobiety biorące udział w pogrzebie leżały na śniegu. Trzeba było je ocucić, ponieważ pomdlały ze strachu.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2002-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Leon XIV powraca do publicznego obmywania stóp w Wielki Czwartek. Zmiana stylu w stosunku do praktyki Franciszka

2026-01-17 11:33

[ TEMATY ]

Wielki Czwartek

Papież Leon XIV

Karol Porwich/Niedziela

Papież Leon XIV w Wielki Czwartek, 2 kwietnia będzie sprawował Liturgię Wieczerzy Pańskiej w bazylice św. Jana na Lateranie i tam obmyje stopy wiernym - podaje portal infovaticana powołując się na Prefekturę Domu Papieskiego.

Informacja ta oznacza zmianę stylu w stosunku do praktyki Franciszka, który przez lata obmywał stopy w miejscach cierpienia - zwłaszcza w więzieniach lub ośrodkach dla uchodźców czy też domach starców - jako gest duszpasterski i symboliczny w samym sercu Wielkiego Tygodnia.
CZYTAJ DALEJ

20. rocznica śmierci księdza Jana Twardowskiego. Poeta, serdeczny, ujmujący człowiek, wybitny kaznodzieja

2026-01-18 07:20

[ TEMATY ]

ks. Jan Twardowski

YouTube.com

Ks. Jan Twardowski

Ks. Jan Twardowski

18 stycznia 2026 r przypada 20. rocznica śmierci księdza Jana Twardowskiego. Poeta, serdeczny, ujmujący człowiek był wybitnym kaznodzieją, na którego kazania do kościoła wizytek w Warszawie przychodziły tłumy. - W życiu - mówił ks. Twardowski - najważniejsze jest samo życie. A zaraz potem miłość.

„Udało się, jakoś wyskoczyło mi z głowy to zdanie” - mówił ks. Jan i zagadkowo się uśmiechając dodawał: „Spotykam je w nekrologach. Często bez mojego nazwiska, ale i tak się cieszę, bo najważniejsze jest to, co napisałem, a nie, że to ja napisałem. Trzeba się pospieszyć z kochaniem innych nie tylko dlatego, że grozi nam rozstanie z kimś bliskim z powodu śmierci, lecz dlatego, że ludzie odchodzą od siebie, gdy życie jest w pełnym biegu. Zmieniają partnerów, opuszczają rodziny, skazują bliskich na samotność. Być może dochodzi do tych rozstań, bo właśnie spóźniliśmy się z okazaniem uczuć, nie dość kochaliśmy, nie daliśmy odczuć bliskiej osobie, że jest wyjątkowa”.
CZYTAJ DALEJ

Kolędowanie niosące pomoc

2026-01-18 20:53

ks. Łukasz Romańczuk

Chór "Vox Apostoli"

Chór Vox Apostoli

Chór “Vox Apostoli” z parafii św. Jana Apostoła we Wrocławiu - Zakrzowie oraz Orkiestra Kameralna MuzyKolektywni pod batutą Filipa Kozłowskiego zaprosił na koncert kolęd, który miał charakter charytatywny. Najpierw można było wysłuchać kolęd i pastorałek w wersji wokalnej i instrumentalnej. Po zakończonym koncercie można było wesprzeć swoją parafiankę - 12-letnią Tosię, która zmaga się z ciężką chorobą.

Utwory miały oryginalną aranżację, w tym także jazzowych, specjalnie przygotowanych na ten koncert. Pierwszym z utworów, który można było usłyszeć, to znana kolęda: “Wśród nocnej ciszy”. W dalszej części były to: “Pojedziemy saniami” - utwór Alicji Majewskiej, Andrzeja Zauchy i Haliny Frąckowiak opowiadający o świątecznych przygodach, świątecznym klimacie, gdzie pada śnieg, a świat staje się bardzo piękny. W aranżacji jazzowej była m.in. kolęda: “Gdy śliczna Panna”. Nie zabrakło także takich kolęd jak: “Gdy się Chrystus rodzi”, “Pójdźmy wszyscy do stajenki”;“Mizerna cicha”; “Narodził się Jezus Chrystus”; “Bóg się rodzi” - Mogliśmy wysłuchać kolędy, które mają bardzo głęboką treść teologiczną i pięknymi wartościami napełniają nasze serca - mówił ks. Wiesław Karaś, proboszcz parafii, dodając: -Koncert dał nam dużo duchowej radości. Dziękuję, że przyszliście na ten koncert, aby wysłuchać tych pięknych utworów i wesprzeć 12-letnią Tosię.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję