Reklama

Benedykt XVI

Abp Gänswein: Benedykt XVI czuje się dobrze

"Dzięki Bogu wszyscy dobrze sobie radzimy w klasztorze Mater Ecclesiae, szczególnie papież-senior Benedykt XVI" - zapewnił abp Georg Gänswein, prywatny sekretarz Benedykta XVI. Zaznaczył, że w obecnej sytuacji panowania pandemii koronawirusa papież-senior nie przyjmuje żadnych gości.

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

Grzegorz Gałązka

„Żyjemy jak w surowej klauzurze” - powiedział abp Gänswein niemieckiej agencji prasowej DPA i dodał: „Nie ma żadnych wizyt i nie składamy żadnych wizyt. Jak wszyscy wiedzą, rządzą teraz odpowiednie wymagania, które nie pozwalają na to, i których oczywiście przestrzegamy”.

Od siedmiu lat, po ustąpieniu z papieskiego urzędu, Benedykt XVI mieszka w klasztorze Mater Ecclesiae w Ogrodach Watykańskich.

Reklama

Papież-Bawarczyk będzie obchodził 16 kwietnia swoje 93. urodziny. Abp Gänswein powiedział, że nie planuje się żadnych „delegacji ani tym podobnych ”. „Będzie to spokojny dzień bez żadnych uroczystości. Mamy nadzieję i modlimy się, aby przytłaczająca pandemia wkrótce została przezwyciężona” - powiedział prefekt Domu Papieskiego.

2020-04-02 10:26

Ocena: +3 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

List Benedykta XVI na 100. rocznicę urodzin św. Jana Pawła II

2020-05-20 11:37

Niedziela Ogólnopolska 21/2020, str. 6-9

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

list

©Wydawnictwo Biały Kruk

W Janie Pawle II uwidoczniły się nam wszystkim moc i dobroć Boga. W czasie, kiedy Kościół na nowo cierpi z powodu naporu zła, jest on dla nas oznaką nadziei i otuchy – podkreśla papież emeryt Benedykt XVI w swoim przesłaniu z okazji 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II.

18 maja upłynie 100 lat od urodzin papieża Jana Pawła II w małym polskim mieście Wadowice. Polska, którą trzy sąsiednie mocarstwa – Prusy, Rosja i Austria – podzieliły między siebie i okupowały przez ponad sto lat, po I wojnie światowej odzyskała niepodległość. Było to wydarzenie budzące wielkie nadzieje, ale domagające się także wielkich wysiłków, ponieważ organizujące się na nowo państwo ciągle odczuwało nacisk obydwu mocarstw – Niemiec i Rosji. W tej sytuacji opresji, ale przede wszystkim nadziei, wzrastał młody Karol Wojtyła, który niestety bardzo wcześnie stracił swą matkę, brata, a na koniec także ojca, któremu zawdzięczał swoją głęboką i gorącą pobożność. Młodego Karola pociągały szczególnie literatura i teatr, dlatego po uzyskaniu matury zaczął najpierw studiować te dwa przedmioty.

„Aby uchronić się przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec, jesienią roku 1940 zaczął pracę jako robotnik fizyczny w kamieniołomie, związanym z fabryką chemiczną Solvay” (por. Jan Paweł II, Dar i tajemnica, s. 12). „Jesienią roku 1942 podjął ostateczną decyzję wstąpienia do krakowskiego Seminarium Duchownego, które arcybiskup Krakowa Sapieha potajemnie zorganizował w swej rezydencji. Już jako fabryczny pracownik rozpoczął z pomocą starych książek studiowanie teologii, tak że 1 listopada 1946 mógł otrzymać święcenia kapłańskie” (por. tamże, s. 15). Teologii uczył się jednak nie tylko z książek, ale także poprzez doświadczenie konkretnej ciężkiej sytuacji, w której znajdował się on sam i jego kraj. Jest to poniekąd charakterystyczne dla całego jego życia i działalności. Studiuje książki, ale zawarte w nich pytania stają się treścią, którą przeżywa i której dogłębnie doświadcza. Tak też dla niego jako młodego biskupa – od 1958 r. biskupa pomocniczego, a od 1964 r. arcybiskupa Krakowa – Sobór Watykański II stanowi szkołę całego jego życia i pracy. Pojawiające się doniosłe pytania, przede wszystkim wiążące się z tzw. Schematem XIII – późniejszą konstytucją Gaudium et spes – były jego osobistymi pytaniami.

Wypracowane na soborze odpowiedzi wskazały mu drogę jego pracy jako biskupa, a później jako papieża.

Gdy kard. Wojtyła 16 października 1978 r. został obrany Następcą św. Piotra, Kościół znajdował się w dramatycznej sytuacji. Obrady soborowe przedstawiano na forum publicznym jako spieranie się o samą wiarę, która w ten sposób wydawała się pozbawiona swego charakteru nieomylnej i nienaruszalnej pewności. Dla przykładu – pewien bawarski proboszcz sytuację tę scharakteryzował w następujących słowach: „Na koniec wpadliśmy w błędną wiarę”. To poczucie, że nic już nie jest pewne, że wszystko można kwestionować, podsycał jeszcze sposób przeprowadzania reformy liturgii. Na koniec wydawało się, że także w liturgii można wszystko tworzyć samemu. Paweł VI energicznie i zdecydowanie doprowadził do końca sobór, jednak po jego zakończeniu stawał przed coraz trudniejszymi problemami, które na koniec postawiły pod znakiem zapytania sam Kościół. Socjologowie porównywali w tamtym czasie sytuację Kościoła z sytuacją Związku Sowieckiego pod rządami Gorbaczowa, w którym w procesie poszukiwania niezbędnych reform rozpadł się na koniec cały potężny wizerunek państwa sowieckiego.

Tak więc na nowego papieża czekało w istocie zadanie po ludzku niemal niewykonalne. Już na pierwszy rzut oka okazało się jednak, że Jan Paweł II budził nowe zachwycenie się Chrystusem i Jego Kościołem. Najpierw jego słowa na rozpoczęcie pontyfikatu, zawołanie: „Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!”. Ten ton charakteryzował zresztą cały jego pontyfikat i uczynił go wyzwalającym odnowicielem Kościoła. Stało się tak dlatego, że nowy papież pochodził z kraju, w którym recepcja soboru była pozytywna. Decydujące było nie powątpiewanie we wszystko, lecz radosna odnowa wszystkiego.

W 104 wielkich podróżach duszpasterskich papież przemierzył cały świat i wszędzie głosił Ewangelię jako radosną nowinę, wyjaśniając w ten sposób także swój obowiązek opowiadania się za dobrem, za Chrystusem.

W 14 encyklikach na nowy sposób ukazywał wiarę Kościoła i jego ludzkie nauczanie. Nieuniknione więc było to, że wywołał sprzeciw w Kościołach Zachodu, które były przepełnione wątpliwościami.

Dzisiaj istotne wydaje mi się wskazywanie na właściwe centrum, z perspektywy którego należy odczytywać przesłanie zawarte w jego różnych tekstach. Centrum to sugestywnie odsłoniła nam wszystkim godzina jego śmierci. Papież Jan Paweł II zmarł w pierwszych godzinach ustanowionego przez niego święta Miłosierdzia Bożego. Pozwólcie mi najpierw dołączyć tutaj małą osobistą uwagę, która ukazuje nam coś ważnego dla zrozumienia istoty i postępowania tego papieża. Jan Paweł II był od początku pod dużym wrażeniem orędzia krakowskiej zakonnicy Faustyny Kowalskiej, która przedstawiała miłosierdzie Boże jako istotne centrum całej chrześcijańskiej wiary i pragnęła ustanowienia jego święta. Po konsultacjach papież przewidział na nie Białą Niedzielę. W sprawie stosowności tej daty, przed podjęciem ostatecznej decyzji, poprosił jednak o opinię Kongregację Nauki Wiary. Daliśmy odpowiedź negatywną, ponieważ uważaliśmy, że takiej wielkiej, starej i pełnej treści daty jak Biała Niedziela nie należy obciążać nowymi ideami. Dla Ojca Świętego przyjęcie naszego „nie” z pewnością nie było łatwe. On jednak zrobił to z całą pokorą i przyjął również nasze drugie „nie”. Na koniec sformułował propozycję, która Białej Niedzieli pozostawia jej historyczne znaczenie, ale w jej pierwotną treść wprowadza miłosierdzie Boże. Często zdarzały się takie przypadki, w których wywierała na mnie wrażenie pokora wielkiego papieża, rezygnującego ze swych ulubionych idei, gdy nie było na nie zgody urzędowych organów, o którą zgodnie z klasycznym porządkiem należało je prosić.

Gdy Jan Paweł II wydał ostatnie tchnienie na tym świecie, było akurat po pierwszych Nieszporach Święta Miłosierdzia Bożego. Rozjaśniło to godzinę jego śmierci: światło miłosierdzia Bożego rozbłysło nad jego konaniem jako krzepiące orędzie. W swojej ostatniej książce Pamięć i tożsamość, która ukazała się prawie w przeddzień jego śmierci, papież raz jeszcze pokrótce przedstawił orędzie Bożego Miłosierdzia. Wskazuje w niej, że s. Faustyna zmarła jeszcze przed okropieństwem II wojny światowej, ale przekazała już odpowiedź Pana na te potworności. „Zło nie odnosi ostatecznego zwycięstwa! Tajemnica paschalna potwierdza, że ostatecznie zwycięskie jest dobro; że życie odnosi zwycięstwo nad śmiercią; że nad nienawiścią tryumfuje miłość” (s. 62).

Papieżowi przez całe życie chodziło o to, aby obiektywne centrum wiary chrześcijańskiej – naukę o zbawieniu – subiektywnie przyjąć za swoje i uzdalniać innych do jego przyjęcia. Dzięki zmartwychwstałemu Chrystusowi miłosierdzie Boże jest przeznaczone dla każdego. Mimo iż to centrum chrześcijańskiej egzystencji jest nam darowane tylko w wierze, ma ono jednocześnie znaczenie filozoficzne, bo skoro miłosierdzie Boże nie jest faktem, to musimy radzić sobie z takim światem, w którym ostateczna przeciwwaga dobra wobec zła nie jest rozpoznawalna. Ostatecznie poza tym obiektywnym historycznym znaczeniem każdy musi wiedzieć, że miłosierdzie Boże okaże się na koniec silniejsze od naszej słabości. W tym miejscu należy odnajdywać wewnętrzną jedność orędzia Jana Pawła II i zasadnicze intencje papieża Franciszka: wbrew spotykanej niekiedy opinii Jan Paweł II nie jest moralnym rygorystą. Ukazując istotne znaczenie miłosierdzia Bożego, daje on nam możność przyjęcia stawianych ludziom moralnych wymogów, mimo że człowiek nigdy nie zdoła im w pełni sprostać. Nasze moralne wysiłki podejmujemy w świetle Bożego miłosierdzia, które dla naszej słabości okazuje się uzdrawiającą mocą.

Gdy papież Jan Paweł II umierał, plac św. Piotra był pełen ludzi, przede wszystkim młodych, którzy chcieli po raz ostatni spotkać się ze swym papieżem. Nigdy nie zapomnę chwili, w której abp Sandri podał wiadomość o odejściu papieża. Nie zapomnę przede wszystkim chwili, w której wielki dzwon św. Piotra ogłosił tę wiadomość. W dniu pogrzebu Ojca Świętego można było zobaczyć mnóstwo plakatów z napisem „Santo subito”. Było to wołanie, które płynęło ze spotkania z Janem Pawłem II ze wszystkich stron. I nie tylko na placu św. Piotra, ale w różnych kręgach intelektualistów dyskutowano nad nadaniem Janowi Pawłowi II tytułu „Wielki”.

Słowo „święty” wskazuje na sferę Bożą, a słowo „wielki” na wymiar ludzki. Zgodnie z zasadami Kościoła świętość ocenia się na podstawie dwóch kryteriów: heroiczności cnót i cudu. Obydwa te kryteria są ściśle ze sobą związane. Pojęcie „cnoty heroicznej” oznacza bowiem nie jakiś sukces olimpijski, ale fakt, że w danym człowieku i przez niego widoczne jest to, co nie ma źródła w nim samym, lecz jest tym, co działanie Boga ukazuje w nim i przez niego. Chodzi tu nie o moralne współzawodnictwo, lecz o rezygnację z własnej wielkości. Chodzi o to, że człowiek pozwala Bogu działać w sobie i w ten sposób uwidaczniać przez siebie działanie i moc Boga.

To samo odnosi się do kryterium cudu. Również tutaj nie chodzi o to, że dzieje się coś sensacyjnego, lecz o to, że uzdrawiająca dobroć Boga staje się widoczna w sposób przekraczający ludzkie możliwości. Święty to człowiek otwarty, którego przenika Bóg. To ktoś otwarty na Boga, to człowiek przeniknięty Bogiem. Świętym jest ten, kto nie koncentruje uwagi na sobie, ale sprawia, że widzimy i rozpoznajemy Boga. Celem procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego jest właśnie zbadanie tego zgodnie z normami prawa. W odniesieniu do Jana Pawła II obydwa te procesy zostały przeprowadzone ściśle według obowiązujących reguł. Stoi on więc teraz przed nami jako ojciec ukazujący nam miłosierdzie i dobroć Boga.

Trudniejsze jest poprawne zdefiniowanie pojęcia „wielki”. W ciągu prawie dwutysiącletniej historii papiestwa tytuł „Wielki” przyjął się tylko w odniesieniu do dwóch papieży: do Leona I (440-461) i do Grzegorza I (590 – 604). Słowo „wielki” ma u obydwu wydźwięk polityczny, ale w tym sensie, że dzięki sukcesom politycznym ukazuje się coś z tajemnicy samego Boga. Leon Wielki w rozmowie z wodzem Hunów Attylą przekonał go do oszczędzenia Rzymu, miasta apostołów Piotra i Pawła. Bez broni, bez władzy wojskowej czy politycznej, mocą swego przekonania do wiary zdołał straszliwego tyrana namówić do oszczędzenia Rzymu. W walce ducha z władzą duch okazał się silniejszy. Grzegorz I nie odniósł żadnego podobnie spektakularnego sukcesu, ale mimo to potrafił kilka razy ocalić Rzym przed Longobardami – również on, przeciwstawiając władzy ducha, odnosił zwycięstwo ducha.

Gdy zestawiamy historię tych dwóch papieży z historią Jana Pawła II, podobieństwo jest niezaprzeczalne. Także Jan Paweł II nie dysponował żadną siłą militarną ani władzą polityczną. W lutym 1945 r., gdy naradzano się nad przyszłym kształtem Europy i Niemiec, ktoś zwrócił uwagę, że trzeba też uwzględnić opinię papieża. Stalin zapytał wtedy: „Ile dywizji ma papież?”. Oczywiście, nie miał żadnej. Ale moc wiary okazała się siłą, która na koniec – w 1989 r. wytrąciła z równowagi sowiecki system siły i umożliwiła nowy początek. Nie ulega wątpliwości, że wiara papieża stanowiła istotny element w przełamaniu sił. I z pewnością także tutaj widoczna jest owa wielkość, która ujawniła się w przypadku Leona I i Grzegorza I.

Pytanie, czy w tym przypadku przydomek „wielki” przyjmie się czy nie, pozostawmy otwarte. Prawdą jest, że w Janie Pawle II uwidoczniły się nam wszystkim moc i dobroć Boga. W czasie, kiedy Kościół na nowo cierpi z powodu naporu zła, jest on dla nas oznaką nadziei i otuchy.

Drogi Święty Janie Pawle II, módl się za nami!

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki: Świat potrzebuje mocnych świadków wiary

2020-06-03 11:42

[ TEMATY ]

bł. Jerzy Popiełuszko

kard. Kaziemierz Nycz

bł. ks. Jerzy Popiełuszko

kard. Nycz

Archiwum

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy – mówi kard. Kazimierz Nycz w rozmowie z KAI z okazji 10-lecia beatyfikacji ks. Popiełuszki. Metropolita warszawski dodaje, że „ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc”.

Marcin Przeciszewski, KAI: W sobotę 6 czerwca minie 10 lat od beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Jak Ksiądz Kardynał wspomina ten czas?

Kard. Kazimierz Nycz: Kilkanaście miesięcy przedtem zakończył się proces beatyfikacyjny księdza Jerzego. A skoro nie wymagał on cudu, to został sfinalizowany w momencie, kiedy zostało uznane jego męczeństwo. Przygotowania do beatyfikacji w Warszawie nie nastręczały wielkich trudności. Popularność ks. Jerzego Popiełuszki była ogromna - co było widać chociażby po ilości pielgrzymów przybywających do grobu męczennika w żoliborskim sanktuarium. Wiedziałem, że będą obecni na beatyfikacji ludzie z całej Polski, ci którzy przez prawie 30 lat przyjeżdżali do jego grobu. I tak się stało.

Mam w pamięci też inny kontekst tej beatyfikacji. Kilka miesięcy wcześniej 10 kwietnia 2010 r. miała miejsce katastrofa smoleńska. Plac Piłsudskiego, gdzie odbywały się uroczystości beatyfikacyjne ks. Jerzego, był tym samym miejscem, gdzie niewiele wcześniej sprawowana była Msza św. przy 96 trumnach ofiar smoleńskich. Tworzyło to szczególną atmosferę, która nadała większą głębię i powagę beatyfikacji męczennika. Owocem beatyfikacji, tak silnie przeżytej przez wiernych ze wszystkich stron Polski był rosnący kult nowego męczennika – w bardzo wielu miejscach, także za granicą.

Dziesięciolecie tej beatyfikacji, 6 czerwca obchodzimy też w szczególnym kontekście, jakim jest obecna epidemia. Nie są to oczywiście wydarzenia porównywalne. Ale z racji cierpienia i narastającego niepokoju, jesteśmy w momencie, który w jakimś sensie jest porównywalny z tamtym czasem.

Ważnym akcentem, który miał nastąpić dokładnie w 10-rocznicę beatyfikacji ks. Jerzego, jest beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego. Niestety jednak okazało się to niemożliwe.

KAI: Jednym ze współczesnych fenomenów – o którym Ksiądz Kardynał zresztą już wspomniał - jest kult bł. Jerzego Popiełuszki. Kult ten wciąż się rozwija i to nie tylko w Polsce. Jego relikwie wystawione są w 990 kościołach w Polsce oraz 448 za granicą - w 61 krajach świata. Od chwili beatyfikacji ks. Jerzego do żoliborskiego sanktuarium wpłynęło ok. 100 świadectw szczególnych łask doznanych za jego pośrednictwem. Jak można zinterpretować ten fenomen?

- Wbrew wszystkiemu, co możemy powiedzieć o współczesnym świecie czy o dzisiejszym człowieku, widoczne jest zapotrzebowanie na wyraźnych, mocnych świadków Ewangelii. A do takich należą męczennicy. Takim świadkiem wiary był też ks. Jerzy Popiełuszko, ze względu na to wszystko, co czynił, zwłaszcza w ostatnich pięciu latach życia. Zbiegły się one z okresem „Solidarności”, a jeszcze bardziej z okresem stanu wojennego.

Dzięki temu ks. Popiełuszko stał się człowiekiem znanym w Polsce i na świecie jako kapelan robotników i „Solidarności”, zwłaszcza w okresie prześladowań w stanie wojennym. Zresztą „Solidarność” uważa go za swego patrona. Wtedy gromadził robotników a także inne grupy społeczne i środowiska wokół Mszy za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. I to spowodowało decyzję SB, która zakończyła się śmiercią męczeńską. Ks. Jerzy został zamordowany, gdyż komuniści chcieli się pozbyć tego świadka, chcieli pozbyć się księdza, który był niewygodny. Zbrodnia ta przed społeczeństwem była powoli odsłaniana przez komunę, na tyle ile ludziom udało się tę prawdę wydrzeć władzy. Początkowo wszystko chciano ukryć i zatrzeć ślady.

KAI: Dlaczego komuniści tak się go bali?

- Bali się go nie tylko dlatego, że był związany z „Solidarnością” czy mówił krytyczne wobec władzy kazania, bo takich księży było wielu. Ale zamordowano go dlatego, że mówił w taki właśnie sposób, będąc dla wszystkich świadkiem i wiary i świadkiem prawdy. U ludzi było wielkie zapotrzebowanie na takie świadectwo, będące wyznaniem wiary, ale i obroną godności człowieka. A prawda, która „w oczy kole” była dla władzy bardzo niewygodna. I to stało się głównym powodem męczeństwa.

Można zadać pytanie, co było niezwykłego w nauczaniu ks. Popiełuszki, że spotykało się ono z takim odzewem? Właściwie niewiele mówił od siebie, propagował nauczanie Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Aplikował to, co mówili ci dwaj wielcy Polacy XX wieku. Świadectwo ks. Jerzego realizowało się w wielu wymiarach: w obronie godności człowieka i ludzi, z którymi się spotykał, w przeciwstawianiu się wszelkiemu rodzajowi zemsty i – co najważniejsze – w praktycznym wcielaniu w życie ewangelicznej zasady: "Nie daj się zwyciężyć złu, zło dobrem zwyciężaj! Ks. Popiełuszko pokazywał, że prawdę należy głosić zawsze z miłością. W jego słowach nie było nic, co by się kłóciło z zasadą miłości. I w tym była jego moc.

Było to świadectwo, które stopniowo narastało, a jego zwieńczeniem było oddanie życia. A wszystko, co jest radykalnym świadectwem chrześcijańskim, ma charakter uniwersalny i może służyć za przykład do naśladowania, także w odmiennych warunkach, jakie mamy dziś.

KAI: A jakie było osobiste doświadczenie Księdza Kardynała, jeśli chodzi o kontakty z ks. Popiełuszką?

- Bezpośrednio słyszałem go tylko raz. Było to w Krakowie Mistrzejowicach, w parafii św. Maksymiliana, kiedy został tam zaproszony przez słynnego ks. Kazimierza Jancarza. Jako młody ksiądz miałem tam wykłady z katechetyki i zostałem na Mszę św., podczas której ks. Popiełuszko miał mówić kazanie. Pierwsza rzecz jaka mnie zaskoczyła - a było tam kilkudziesięciu księży w koncelebrze - to trudność jaką miałem, by dojrzeć w wśród nich naszego gościa. Szukałem oczyma ks. Jerzego, którego znałem już z Wolnej Europy, a wyobrażałem go sobie jako jakiegoś mocarza. Tymczasem zobaczyłem prostego, szczuplutkiego księdza, urzekającego swą nieśmiałością. Mogłoby się wydawać, że to nie ten Popiełuszko, którego komuniści uważali za niebezpiecznego wroga ustroju, który tak ostro atakuje ich z ambony. A tymczasem jego kazanie było bardzo proste, nadzwyczaj spokojne, składające się właściwie z mądrze dobranych cytatów z kard. Wyszyńskiego i Jana Pawła II oraz cytatów z dokumentów społecznych Kościoła. Zdumiewające było, jak bardzo ludzie pragnęli takiego właśnie prostego, stonowanego słowa, które ukazywało samą istotę Ewangelii.

Dlatego później, w procesie beatyfikacyjnym, nie było jakiegoś większego problemu z udowodnieniem, że było to męczeństwo za wiarę, męczeństwo w obronie godności człowieka, męczeństwo w imię prawdy, którą głosił, a nie zabójstwo z powodów politycznych, którego nie należy kwalifikować jako „męczeństwo za wiarę”.

KAI: Aczkolwiek wiemy, że w Kongregacji ds. Kanonizacyjnych były dyskusje na ten temat…

- Owszem, dyskusja była z dwóch powodów. Niektórzy chcieli z niego zrobić działacza politycznego czy wręcz rewolucjonistę, który poniósł śmierć w imię walki. Ale to zupełnie do ks. Jerzego nie pasowało. Argumenty te szybko zostały oddalone.

KAI: W 10. rocznicę beatyfikacji warto zadać pytanie, czego dziś patronem winien być ks. Jerzy Popiełuszko. Czy możemy go nazwać „Patronem polskiej wolności”, o którą się upominał, w której odzyskanie tak się angażował?

- Na pewno jest patronem polskiej wolności, ale powinniśmy unikać pewnych uproszczeń. Nie umniejszając w niczym jego zasług, trzeba przypomnieć, że takich ludzi, którzy cierpieli czy nawet oddali życie dla odzyskania wolności w Polsce i w Europie środkowo-wschodniej, było wielu. Dlatego, kiedy w Muzeum Jana Pawła II i kard. Wyszyńskiego odsłanialiśmy niedawno mały fragment Muru Berlińskiego, to podkreśliłem, że ten mur stał się pewnym symbolem kończącym proces, który się rozpoczął znacznie wcześniej, a uczestniczyło w nim bardzo wielu ludzi. Wśród nich kard. Stefan Wyszyński, Jan Paweł II, wielu zamęczonych kapłanów i świeckich – nie tylko z Polski ale całego naszego regionu Europy. W procesie, który doprowadził do odzyskania wolności uczestniczył także prezydent Ronald Reagan i na swój sposób nawet Michaił Gorbaczow. Ten ostatni w tym kontekście został wymieniony przez Benedykta XVI w jego liście na 100-lecie urodzin św. Jana Pawła II. W tym szeregu trzeba dojrzeć także bardzo wielu polskich duchownych, a wśród nich najbardziej znanym był ks. Jerzy Popiełuszko. I jeśli spojrzymy na niego w tym szerokim kontekście, to na pewno możemy go nazwać jednym z patronów naszej wolności.

KAI: Ks. Kardynał powiedział kiedyś, że „męczennicy są Kościołowi potrzebni, gdyż są świadkami, że miłość jest mocniejsza niż nienawiść. Bardzo nam tego dzisiaj potrzeba: w relacjach z ludźmi, ale także w wymiarze społecznym i narodowym”. Proszę o komentarz do tych słów, w kontekście dzisiejszej Polski. Jak dziś winniśmy budować tę „solidarność”, za którą oddał życie ks. Jerzy?

- Były takie próby, żeby oficjalnie ogłosić ks. Popiełuszkę patronem NSZZ „Solidarność”. Jestem przekonany, że jest on patronem uniwersalnym, dla nas wszystkich, trudno więc by był patronem jakiegoś partykularnego środowiska. Ks. Jerzy miał w sobie zdolność łączenia ludzi i łączenia różnych środowisk. Powinien być patronem tej solidarności przez małe „s”. Solidarności, tak jak ją definiował Jan Paweł II, przypominając, że „nie może być walka silniejsza od solidarności” oraz wyjaśniając, że „solidarność — to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie”. Mówił o tym w Gdańsku na Zaspie podczas pielgrzymki z 1987 r.

Tej solidarności przez małe „s” bardzo potrzebujemy dziś w Polsce. I to nie tylko w czasie pandemii, choć pandemia pewne rzeczy odsłoniła. Odsłoniła potrzebę solidarności międzysąsiedzkiej, solidarności z górnikami, czy między ludźmi a lekarzami, której czasem brakuje. Potrzeba solidarności w rodzinach, gdyż wspólne przebywanie przez 3 miesiące, z dziećmi czy z osobami starszymi od rana do wieczora, nie zawsze było łatwe i pokazało często jak płytkie są nasze międzyludzkie relacje.

KAI: Jedną z najbardziej charakterystycznych cech ks. Jerzego była odwaga. Dziś totalitaryzmu już nie ma. Jak ta cnota winna być realizowana dziś, w przestrzeni społeczeństwa demokratycznego i pluralistycznego?

- Z pewnością ks. Jerzy jest patronem głoszenia i bronienia trudnej prawdy. Choć dziś nie trzeba oddawać życia, to głoszenie prawdy, wciąż wymaga dużej odwagi. Ludziom często brakuje odwagi, by nie ulec żadnej poprawności: kulturowej, politycznej czy środowiskowej. Odwagi potrzeba by powiedzieć to, co się powinno powiedzieć w zgodzie z sumieniem. A dotyczy to każdego człowieka, nas wszystkich, a też i Kościoła.

KAI: Tajemnicą życia tego kapłana była rzadka u duchownych otwartość na ludzi zagubionych, poszukujących czy niewierzących. Oni wszyscy do niego lgnęli, a podejmując z nim współpracę, nierzadko się nawracali. Czy można o ks. Jerzym mówić jako o prekursorze nowej ewangelizacji?

- Jeśli ludzie dostrzegą w kapłanie mądre otwarcie na to, co Pan Jezus mówi w słowach: „Posyłam Was, idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody!”, które się powtarza przy każdych święceniach kapłańskich, jeśli ludzie odkryją to otwarcie i dobroć księdza, to będą do niego przychodzić.

Kiedy zobaczą kapłana, który nie zaczyna on od etykietowania kogokolwiek czy od dzielenia na dobrych i złych, tylko każdego jest gotów wysłuchać i pomóc, to będzie się on cieszyć szacunkiem. I bł. ks. Popiełuszko był takim właśnie księdzem. Można o nim powiedzieć, że swą postawą, swoim sposobem działania, jakby trochę wyprzedzał papieża Franciszka.

KAI: Widać to było wyraźnie, że wokół kościoła św. Stanisława gromadzili się ludzie dosłownie ze wszystkich środowisk, a nie tylko robotnicy czy działacze podziemnej Solidarności.

- Tak, w tym miejscu ks. Popiełuszko doskonale się odnalazł. Jako duszpasterz robotników i warszawskiej inteligencji skupionej wokół kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu okazał się osobowością tak niezwykłą, że wkrótce stał się żywym znakiem nadziei dla milionów, spragnionych wówczas prawdy, wolności, moralnej jasności oraz zwyczajnego szacunku dla człowieka.

KAI: Kapłani czy kurialiści często nie cenili go, uważali, że wcale nie jest wybitny a robi z siebie gwiazdę, itd.

- To jest obecne w każdym środowisku, kapłańskim może też. Wchodzi tu w grę zazdrość, niechęć dlatego, że ktoś jest popularny. W takiej sytuacji łatwo jest wylać przysłowiowe „dziecko z kąpielą”. Jego życie w diecezji, we własnym kapłańskim środowisku, bynajmniej nie było usłane różami.

KAI: A jak Ksiądz Kardynał postrzega postawę kard. Józefa Glempa wobec ks. Jerzego?

- Miałem dziesiątki rozmów z Księdzem Prymasem o ks. Jerzym, zarówno przed, w trakcie jak i po beatyfikacji. Podziwiałem Prymasa za to, że jego pogląd na ks. Popiełuszkę ewoluował. Początkowo mocno ulegał jego krytykom, obecnym z Kurii, ale to się zmieniło. Nie mam żadnych wątpliwości, że kard. Glemp faktycznie chciał go chronić, a próba posłania ks. Jerzego na studia do Rzymu nie była próbą pozbycia się problemu. Bo rzeczywiście ks. Jerzy stwarzał – jeśli tak można powiedzieć - problemy, które rzutowały na rozmowy z ówczesnymi władzami. Ale ze strony kard. Glempa nie był to motyw, by się go pozbyć i zmusić do wyjazdu za granicę. Prymas doceniał to, co ks. Jerzy robił i starał się go w tym wspierać, jednocześnie zdając sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Opowiadam się za tezą, że Prymas chciał go bronić, proponując wyjazd na studia. Tak się czasem robi, dla czyjegoś dobra. A faktycznie śmierć mu groziła. A był to casus niektórych świeckich, którzy ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, czy innych kapłanów, którzy zostali w tych latach zamordowani. Nie były to żarty, ale poważne zagrożenie, które prymas Glemp doskonale wyczuwał. Chciał więc coś zrobić, żeby go ochronić.

Ale nie było to proste, gdyż ks. Jerzy zdecydowany by iść na całość i nie myślał zrezygnować. Stanowczo więc odmówił wyjazdu. Podobną determinację ks. Jerzy wykazywał nie tylko w tym przypadku. Nie posłuchał nawet w przeddzień wyjazdu do Bydgoszczy, który zakończył się porwaniem, kiedy przyjaciele ostrzegali go przez niebezpieczeństwem. Przez całe lata ta cała sprawa dla prymasa Glempa była bolesna i wracał do niej. Mówił o tym już na pogrzebie ks. Jerzego. O swoich wyrzutach sumienia w związku z tym , że nie udało się uratować ks. Jerzego mówił w trakcie słynnego rachunku sumienia, jakiego dokonał na Placu teatralnym w Warszawie w 2000 r. Mówił też o tym wypowiadając się do filmu o Księdzu Jerzym.

KAI: A co z procesem kanonizacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki, który rozpoczął się w 2013 r. we Francji w oparciu o domniemany cud? W 2015 roku zakończył się etap diecezjalny w diecezji Créteil, a sprawa została przekazana do Kongregacji. Co się z nią tam dzieje? W jaki sposób Archidiecezja Warszawska uczestniczy w jego przebiegu?

- Proces diecezjalny rzeczywiście zakończył się we Francji i dotyczył osoby z chorobą nowotworową, rzekomo uzdrowionej w 2013 r. za wstawiennictwem błogosławionego Jerzego. Materiały procesu zostały posłane do rzymskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Tam lekarze powołani przez Kongregację oceniają wstępnie wartość przedstawionego materiału diecezjalnego. Po pozytywnej ocenie rusza proces cudu. Problem w tym, że na styku pięciu lat zmarł mężczyzna, którego dotyczył proces. I tu jest problem. A skoro uzdrowienie dotyczyło choroby nowotworowej, to w takich wypadkach żelazną regułą Stolicy Apostolskiej jest karencja trwająca co najmniej pięć lat i dopiero po jej upływie można mówić o pewnym, a nie domniemanym uzdrowieniu. Zostawiam to Panu Bogu i samemu błogosławionemu.

KAI: W najbliższą niedzielę 7 czerwca miała się odbyć beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego, ale przeszkodziła jej pandemia. Na jak długo została odłożona?

- Nie ogłaszam na razie terminu, żeby nie mącić ludziom w głowach, gdyż może nastąpić nawrót pandemii. Nie chcę, aby kolejne przenosiny terminu dewaluowały znaczenie tej uroczystości. Powtórzyć mogę to, co powiedziałem w katedrze z okazji 39. rocznicy śmierci Prymasa Wyszyńskiego i w tym jest zawarte moje życzenie. Powiedziałem, że chciałbym abyśmy za rok, czyli w 2021 r. znaleźli się u grobu Prymasa i mogli powiedzieć: „Błogosławiony kardynale Stefanie”.

Wierzę, że ta pandemia ustąpi, i że w najdalszej perspektywie może być to rok oczekiwania. Wedle tego najdalszego z możliwych scenariusza beatyfikacja odbyłaby się w okolicy 40. rocznicy śmierci i 120 rocznicy urodzin Prymasa. Te dwie rocznice dają nam czas na poważne duchowe i merytoryczne przygotowania.

Nie mam też żadnych wątpliwości, że ludzie chcą masowo przyjechać na tę beatyfikację. Potwierdziły to sondaże, jakie jeszcze przed wybuchem epidemii przeprowadziliśmy w wielu diecezjach. Jestem pewien, że kiedy będzie możliwe duże zgromadzenie z tej okazji na Placu Piłsudskiego w Warszawie, to przybędą ludzie z całej Polski. A beatyfikacja powinna odbyć się w tym miejscu, a nie żadnym innym czy w jakiejś świątyni, gdyż tam miała miejsce msza z Janem Pawłem II podczas jego pierwszej pielgrzymki a później pogrzeb kard. Wyszyńskiego. Wciąż mamy to w oczach. Nawet pomijając argument, że kard. Wyszyński zasługuje na taką uroczystość, to nie chcę, abyśmy wszystko sprowadzali do wirtualnej rzeczywistości. Temu jestem zdecydowanie przeciwny.

Jeśli zorganizowanie beatyfikacji w takim kształcie na Placu Piłsudskiego okaże się możliwe wczesną jesienią, to się nie zawaham. Ale jeśli nie będzie to możliwe, wówczas beatyfikacja odbędzie się wiosną. Ale na razie podawać terminu nie chcę. Były próby pewnego nacisku na mnie, abym urządził beatyfikację w katedrze czy świątyni Bożej Opatrzności wraz z transmisją, ale jestem temu przeciwny. Nie wyobrażam sobie beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia przy kilkudziesięciu czy nawet kilkuset osobach. Beatyfikacja winna być okazją do masowej manifestacji wiary, na czym kard, Wyszyńskiemu zawsze bardzo zależało. Tak powinno być i ufajmy, że tak będzie.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Prof. dr hab. Anna Wypych-Gawrońska wybrana na funkcję rektora UJD

2020-06-03 20:00

[ TEMATY ]

Częstochowa

UJD

Anna Wypych‑Gawrońska

Biuro Promocji UJD

Dotychczasowa rektor Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza w Częstochowie prof. dr hab. Anna Wypych-Gawrońska została wybrana ponowie na funkcję rektora tej uczelni, na kolejną kadencję w latach 2020-2024 (pierwsza kadencja upływa w okresie 2016-2020).

Jak poinformował „Niedzielę” Marek Makowski z Biura Promocji Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza w Częstochowie wyboru dokonała społeczność uniwersytetu. 3 czerwca o wyborze prof. dr hab. Anny Wypych-Gawrońskiej zdecydowało Uczelniane Kolegium Elektorów (grono 113 Elektorów).

Prof. dr hab. Anna Wypych-Gawrońska reprezentuje dziedzinę nauk humanistycznych, dyscyplinę literaturoznawstwo. Doktoryzowała się i habilitowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tytuł profesora nauk humanistycznych otrzymała w 2018 r. Specjalizuje się w historii teatru i dramatu. Prowadzi badania interdyscyplinarne z zakresu nauk o literaturze, nauk o kulturze i nauk o sztuce. Zrealizowała trzy projekty naukowe finansowane w drodze konkursowej, dwa Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego („Literatura w operze. Adaptacje dramatyczno-muzyczne utworów literackich w Polsce do roku 1918” - projekt w ramach dyscypliny nauk o literaturze oraz „Warszawski teatr operowy i operetkowy w latach 1880-1915” - projekt w ramach dyscypliny nauk o sztuce) oraz jeden Narodowego Centrum Nauki („Muzyka w polskim teatrze dramatycznym do 1918 roku” - projekt w zakresie teatrologii i sztuk performatywnych). Jest członkiem kilku towarzystw naukowych. Prowadzi współpracę z polskimi i zagranicznymi instytucjami nauki i kultury. Jest autorką monografii, redaktorką prac wieloautorskich oraz autorką publikacji w monografiach i artykułów w czasopismach polskich i zagranicznych, a także biogramów w Polskim Słowniku Biograficznym. Brała udział w kilkudziesięciu konferencjach naukowych w Polsce i za granicą. Za książkę „Lwowski teatr operowy i operetkowy w latach 1872-1918” otrzymała nagrodę „Teatralna Książka Roku 1999” przyznaną przez Sekcję Krytyków Teatralnych Polskiego Ośrodka Międzynarodowego Instytutu Teatralnego. W 2006 objęła funkcję zastępcy dyrektora ds. nauki Instytutu Filologii Polskiej, w kadencji 2008-2012 była prodziekanem ds. nauki Wydziału Filologiczno-Historycznego, w kadencji 2012-2016 była prorektorem ds. rozwoju, a w 2016 została rektorem Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie - od 2018 roku Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza w Częstochowie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję