Reklama

Polska

25. rocznica podpisania Konkordatu

Dokładnie 25 lat temu - 28 lipca 1993 r. - podpisano Konkordat między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską. Dokument sygnował Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych polskiego rządu i abp. Józef Kowalczyk, nuncjusz apostolski w Polsce. Konkorsat reguluje w formie umowy międzynarodowej relacje między państwem a Kościołem w Polsce w oparciu o zasadę wzajemnej niezależności i autonomii, wynikającej z doktryny Soboru Watykańskiego II oraz rozwiązań przyjętych w świecie demokratycznym. Polski konkordat był pierwszą umową państwa postkomunistycznego ze Stolicą Apostolską.

[ TEMATY ]

Polska

Watykan

Polska

konkordat

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Polski konkordat jest jednym najnowocześniejszych z obecnie istniejących, a jego naczelnymi zasadami są ochrona wolności religijnej i wzajemna autonomia państwa i Kościoła. Rozwiązania w nim przyjęte są zgodne ze standardami współczesnych państw demokratycznych. Rzeczpospolita Polska podpisując Konkordat powróciła do grona liczących się demokracji - szanujących wolność religijną - i starających się tak ułożyć relacje z Kościołem, aby gwarantowały one pokój społeczny i stwarzały możliwość współdziałania państwa i Kościoła dla dobra ogółu obywateli.

Niezależność i autonomia

Podstawową zasadą, na której opierają się te relacje (państwa i Kościoła), jest zasada "niezależności i autonomii" każdego z tych podmiotów w swojej dziedzinie. Zarówno państwo polskie jak i Kościół zobowiązują się w Konkordacie do "pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego". Kościół zatem szanuje prerogatywy i zakres kompetencji państwa a jednocześnie nie wymaga odeń zgody na pełnienie swej misji.

Reklama

W ramach realizacji zasady wolności religijnej i autonomii Kościoła, Konkordat uznaje osobowość prawną struktur Kościoła katolickiego, respektując prawo kierowania się przez Kościół swym wewnętrznym prawem kanonicznym. Przyznaje też Kościołowi prawo do obsadzania wszystkich urzędów kościelnych, poczynając od biskupów bez uprzedniej zgody władzy świeckiej. Można powiedzieć, że tworzy rzeczywistość, w której suwerenny Kościół pełni swą misję w suwerennym państwie.

Umowa polskiego państwa ze Stolicą Apostolską gwarantuje Kościołowi swobodę w organizacji kultu publicznego jak również nienaruszalność cmentarzy katolickich i prawo do organizacji opieki duszpasterskiej w szpitalach, zakładach opieki społecznej, więzieniach oraz istnienie duszpasterstwa wojskowego (ordynariat polowy).

Wprowadza uznawanie skutków cywilnych małżeństwa sakramentalnego – tzw. małżeństwa konkordatowe.

Reklama

Uznając prawo rodziców do wychowywania dzieci gwarantuje naukę religii (na zasadzie dobrowolności) w szkołach i przedszkolach prowadzonych przez administrację państwową i samorządową, jak i prawo do prowadzenia przez Kościół własnych szkół, w tym wyższych. Gwarantuje Kościołowi posiadanie własnych środków przekazu jak i emitowanie swych programów w publicznej radiofonii i telewizji.

Umowa korzystna dla państwa

Konkordat jest także korzystny dla państwa, gdyż mimo przyznania Kościołowi prawa do kierowania się prawem kanonicznym, Kościół zobowiązuje się do poszanowania prawa polskiego. W związku z tym poszczególne artykuły Konkordatu w większości wypadków zawierają odniesienia do prawa polskiego . A dotyczy to wszelkich działań Kościoła, poczynając od sprawowania kultu w miejscach publicznych, a kończąc na działalności gospodarczej. A jeśli wymaga tego ochrona zdrowia, życia lub mienia, władza publiczna ma prawo do podjęcia niezbędnych działań na terenie należącym do Kościoła, bez konieczności powiadamiania o tym władzy kościelnej.

Konkordat stanowi ponadto, że wszyscy biskupi sprawujący jurysdykcję na terenie Rzeczypospolitej Polskiej (poza legatem papieskim) będą obywatelami polskimi a żaden biskup należący do Konferencji Episkopatu Polski nie będzie jednocześnie członkiem innej konferencji biskupiej. Żadna też część terytorium polskiego nie będzie włączona do diecezji lub prowincji kościelnej mającej stolicę poza granicami Polski. Żadna też diecezja leżąca na terenie innego państwa nie będzie podlegać jurysdykcji jakiejkolwiek polskiej metropolii kościelnej.

Szanując zagwarantowaną w Konkordacie autonomię państwa, Kościół i jego urzędowi przedstawiciele (duchowieństwo) nie pretendują do udziału we władzach świeckich, rezygnując np. z biernego prawa wyborczego, nie biorą też udziału w działalności politycznej.

Szczególną wartością polskiego Konkordatu jest to, że nie tylko nie narusza on zasady równouprawnienia Kościołów i innych związków wyznaniowych, ale stwarza dla demokratycznego państwa zobowiązanie do rozszerzenia na inne Kościoły gwarancji jakie zostały przyznane Kościołowi katolickiemu. Zostało to uczynione w formie specjalnych ustaw, które w ślad za Konkordatem z Kościołem katolickim, przyznawały analogiczne uprawnienia innych związkom wyznaniowym.

Historia starań o konkordat

Zerwanie konkordatu zawartego przez Stolicę Apostolską z II Rzecząpospolitą w 1925 r. - co nastąpiło 12 września 1945 r., spowodowało, że przestały istnieć kontakty pomiędzy Watykanem a przedstawicielami Polski komunistycznej. Brak nuncjusza apostolskiego w Warszawie spowodował przyznanie specjalnych pełnomocnictw przez Stolicę Apostolską kolejnym Prymasom Polski: Augustowi Hlondowi oraz Stefanowi Wyszyńskiemu.

Uprawnienia te wzmocniły ich pozycję w Episkopacie, co ułatwiło wewnętrzną konsolidację Kościoła w Polsce wobec zewnętrznego zagrożenia. Dzięki temu prymas Wyszyński mógł stać tak istotnym autorytetem i samodzielnie kreować linię Kościoła wobec władz komunistycznych. Wyrazem tego było m. in. zawarcie porozumienia z rządem 14 kwietnia 1950 r., bez wcześniejszych konsultacji na ten temat z Watykanem. Znaczenie tego porozumienia sprowadzało się do tego, że – zawierając formalne gwarancje swobód dla Kościoła - opóźniło ono o kilka lat frontalny atak, jaki komuniści przeprowadzali na Kościół w tzw. demoludach. Linia przyjęta przez prymasa Wyszyńskiego – niezależnie od początkowego zdziwienia ze strony Watykanu, zyskała jednak później akceptację papieża Piusa XII.

Pierwsze kontakty na linii Stolica Apostolska – PRL nastąpiły wraz z pontyfikatem Jana XXIII. Wówczas na uroczystości watykańskie zaczęto zapraszać ambasadorów PRL akredytowanych przy państwie włoskim. Nieoficjalna wizyta w Watykanie Jerzego Zawieyskiego w 1962 r., członka Rady Państwa PRL, stworzyła okazję do zgłoszenia przezeń w Sejmie PRL propozycji nawiązania stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską.

Za początek "dialogu" Stolicy Apostolskiej z rządem PRL można uznać spotkanie głównego architekta watykańskiej „ostpolityk” abp. Agostino Casarolego z ambasadorem PRL przy Kwirynale Adamem Wilmanem w kwietniu 1965 r. Władze polskie dążyły wówczas do nawiązania relacji z Watykanem z pominięciem prymasa Wyszyńskiego. W ślad za tym (od listopada 1966 r.) rozpoczęły się dość częste wizyty w Polsce abp. Agostino Casarolego. Jednakże nie przyniosły one spodziewanych przez komunistów rezultatów, gdyż Casaroli spotykał się jednocześnie z kard. Wyszyńskim, respektując jego stanowisko.

Polityka ta ułatwiła jednak regulację sytuacji Kościoła na ziemiach poniemieckich. W maju 1967 r. Paweł VI podniósł cztery administratury apostolskie na ziemiach zachodnich i północnych do rangi osobnych jednostek administracyjnych, co później umożliwiło erygowanie tam stałych diecezji po podpisaniu przez PRL układu z RFN i jego ratyfikacji w 1972 r.

Ekipie Edwarda Gierka - realizującej zasadę „odwilży” w stosunkach z Kościołem - zależało na doprowadzeniu do ustanowienia relacji dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską. Po wizycie abp. Casaroliego w Polsce w lutym 1974 r. ustanowiono zespół ds. stałych wzajemnych roboczych kontaktów, któremu od strony watykańskiej przewodniczył abp Luigi Poggi, a szefem delegacji polskiej byli Kazimierz Szablewski a następnie Jerzy Kuberski. Poggi przyjeżdżając do Polski zabiegał o uznanie osobowości publiczno-prawnej Kościoła katolickiego w Polsce, na co jednak władze się nie zgadzały. Niezależnie od tego Stolica Apostolska dążyła do ustanowienia swego stałego przedstawiciela w Polsce. Prymas Polski oceniał to krytycznie, podobnie jak podpisanie przez Stolicę Apostolską w 1975 r. aktu końcowego OBWE w Helsinkach. Argumentował, że państwa wcielone do ZSRR (Estonia, Łotwa, Litwa, Białoruś i Ukraina) poczuły się przez to opuszczone przez Watykan.

Po spotkaniu Edwarda Gierka z papieżem Pawłem VI w grudniu 1977 r. oraz kolejnych wizytach abp. Poggiego w Polsce, Stolica Apostolska uznała, że jest gotowa do podpisania układu z PRL, mimo, że przeciwny był temu prymas Wyszyński. Prymas argumentował, że warunkiem musi być rozwiązanie zasadniczych problemów na linii Kościół-państwo w Polsce, a jeśli tego nie będzie, to relacje z Watykanem mieć będą jedynie fasadowy charakter, w praktyce legitymujący antykościelne działania komunistów. Śmierć Pawła VI w sierpniu 1978 r. oraz wybór Jana Pawła II oznaczały zmianę linii Watykanu i definitywnie przekreśliły definitywnie nadzieje władz na porozumienie ze Stolicą Apostolską ponad głowami polskiego Episkopatu.

Zwrot w polityce wschodniej Watykanu

Pielgrzymka Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979 r. oraz poparcie udzielone przez Episkopat powstającej „Solidarności” pokazały, że Kościół w Polsce jest na tyle istotnym podmiotem w życiu publicznym, że władze muszą podjąć z nim bezpośredni dialog.

Do prac nad uregulowaniem relacji PRL - Stolica Apostolska powrócono na początku 1981 r. w okresie "Solidarności". W ślad za reaktywowaniem we wrześniu 1980 r. działania Komisji Wspólnej rządu i Episkopatu, 10 stycznia 1981 r. został powołany Zespół Roboczy ds. legislacyjnych, który miał przygotować projekty odpowiednich aktów prawnych. Przewodniczyli mu do strony kościelnej ks. Alojzy Orszulik a od państwowej min. Adam Łopatka, szef Urzędu ds. Wyznań.

Prace zespołu nie zostały przerwane po wprowadzeniu stanu wojennego. Podjęto pracę nad dwoma dokumentami: Deklaracją, która miała być rodzajem porozumienia pomiędzy rządem a Konferencją Episkopatu oraz nad projektem ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Projekt deklaracji był gotowy w końcu 1983 r. Składała się ona z 78 artykułów, w których Kościół uznawał m. in. świeckość państwa, a państwo akceptowało fakt, że Kościół rządzi się swym własnym prawem. Projekt dokumentu przyznawał także Stolicy Apostolskiej wyłączne prawo do mianowania biskupów, po uprzedniej konsultacji z rządem PRL. Określał też warunki pracy kapelanów w wojsku, itp. Taki kształt deklaracji - mimo uzgodnienia na forum zespołu - nie znalazł jednak akceptacji najwyższych władz państwa.

Ten fakt, jak i zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 r., spowodowały impas w relacjach Kościoła z rządem PRL. Do rozmów powrócono w 1986 r. Wówczas strona rządowa wystąpiła z propozycją nawiązania pełnych stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską. 13 stycznia 1987 r. wizytę w Watykanie złożył gen. Wojciech Jaruzelski, a po pielgrzymce Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1987 r., rozpoczęły się regularne negocjacje na temat nawiązania stosunków dyplomatycznych oraz uregulowania relacji między państwem a Kościołem w Polsce.

Konferencja Episkopatu Polski - w porozumieniu ze Stolicą Apostolską - zaproponowała wówczas regulację na dwóch płaszczyznach. Relacje PRL - Stolica Apostolska miałaby regulować specjalna konwencja polsko-watykańska, a stosunki miedzy państwem i kościołem w Polsce - odrębna ustawa.

W październiku 1987 r. powołano wspólny zespół redakcyjny. Jako pierwszy uzgodniono w marcu 1989 r. projekt ustaw. Ostatecznym efektem tych prac było przyjęcie przez Sejm 17 maja 1989 r. trzech ustaw uznających prawny status Kościoła i gwarantujący mu możliwości pełnienia swej misji. Były to ustawy o stosunkach państwo-Kościół, ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz ustawa o ubezpieczeniu duchownych.

Wcześniej, w maju 1988 r. zostały zakończone prace Komisji Mieszanej nad konwencją ze Stolicą Apostolską. Projekt dokumentu został przekazany do Watykanu. Jednakże Stolica Apostolska - biorąc pod uwagę m. in. rozmowy okrągłego stołu otwierające nowe perspektywy - zrezygnowała z dążenia do szybkiego podpisania konwencji z władzami PRL, nie chcąc w ten sposób wiązać sobie rąk. Jan Paweł II w liście do prymasa Glempa z kwietnia 1989 r. wyraził wolę, aby ostateczne zakończenie prac nad konwencją poprzedził przyjazd nuncjusza apostolskiego do Warszawy.

W wolnej Polsce

26 sierpnia 1989 r. Jan Paweł II mianował nuncjuszem w Polsce ks. Józefa Kowalczyka. Przybył on na stałe do Warszawy 23 listopada 1989 r. Z kolei prezydent Jaruzelski mianował ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej Jerzego Kuberskiego, który wkrótce został zastąpiony przez prof. Henryka Kupiszewskiego.

Nuncjusz Kowalczyk podjął prace nad przygotowaniem przyszłego konkordatu między Polską a Stolicą Apostolską. 25 października 1991 r. przesłał Krzysztofowi Skubiszewskiemu, ministrowi spraw zagranicznych, projekt w językach polskim i włoskim, zaznaczając, że czyni to z upoważnienia Stolicy Apostolskiej. Przekazany ministrowi spraw zagranicznych projekt konwencji (konkordatu) obejmował preambułę i 26 artykułów. Zarazem nuncjusz, mający kierować dalszymi pracami ze strony Stolicy Apostolskiej, podał skład osób, które go będą wspierać w negocjacjach. Byli to: abp Jerzy Stroba, abp Bronisław Dąbrowski, bp Alojzy Orszulik, ks. Tadeusz Pawluk, ks. Tadeusz Pieronek, ks. Wojciech Góralski i ks. Edward Sztafrowski.

Upadek rządu Tadeusza Mazowieckiego, a następnie krótkie okresy rządów Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, odwlekły prace nad tekstem konkordatu. Do włączenia się strony państwowej w tę sprawę doszło po objęciu funkcji premiera przez Hannę Suchocką. 24 marca 1993 r. min. Skubiszewski zaproponował rozpoczęcie rozmów ze Stolicą Apostolską celem uzgodnienia ostatecznego tekstu układu. W tym celu załączył projekt proponowany przez stronę polską. Zarazem poinformował, że będzie przewodniczył delegacji polskiej. W jej skład weszli także Jan Maria Rokita, Zdobysław Flisowski, Jadwiga Skórzewska i Marek Pernal. Projekt polski w dużej mierze był zgodny z wersją zaproponowaną przez stronę watykańską. Różnice polegały na zaproponowaniu m. in. ustanowienia komisji parytetowej dla przygotowania norm związanych z finansami instytucji i dóbr kościelnych, artykułu poświęconego ochronie dóbr kultury o znaczeniu ogólnonarodowym znajdujących się w rękach Kościoła, opieki duszpasterskiej nad mniejszościami narodowymi oraz zapisu o dobrowolności w uczęszczaniu na religię w szkole.

Bezpośrednie negocjacje obu komisji trwały od 3 kwietnia do 29 czerwca 1993 r., a ich owocem był ostateczny tekst umowy między Polską a Stolicą Apostolską. 8 lipca tekst został zaaprobowany przez Jana Pawła II.

Podpisanie Konkordatu

Konkordat został uroczyście podpisany 28 lipca 1993 r. w Urzędzie Rady Ministrów. Sygnatariuszami byli abp Józef Kowalczyk ze strony Stolicy Apostolskiej i min. Krzysztof Skubiszewski w imieniu rządu polskiego.

Niestety zbiegło się to z rychłym upadkiem rządów „solidarnościowych”. Wybory we wrześniu 1993 r. wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Unii Pracy, co otworzyło pięcioletni okres jałowych dyskusji uniemożliwiających ratyfikację umowy ze Stolicą Apostolską.

5-letnia obstrukcja polskiej lewicy

Sytuacja miała charakter paradoksalny, gdyż poszczególne rządy - kierowane przez premierów Waldemara Pawlaka z PSL, Józefa Oleksego z SLD i Włodzimierza Cimoszewicza z SLD - opowiadały się zasadniczo za ratyfikacją Konkordatu, natomiast była ona blokowana przez posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Unii Pracy na terenie Parlamentu. Obecni tam przedstawiciele polskiej lewicy, kierując się ugruntowanymi antykościelnymi stereotypami myślenia, nie byli w stanie zrozumieć ani przyjąć do wiadomości rozwiązań na linii państwo-Kościół obowiązujących w demokratycznych krajach Europy.

Niezależnie od postawy wielu polityków swoich partii, rząd o lewicowej większości przyjął jednomyślnie projekt ustawy o ratyfikacji konkordatu 8 marca 1994 r. i przesłał go do Sejmu. Jednak podczas debaty sejmowej na przełomie czerwca i lipca przepadł on za sprawą posłów SLD i UP, pomimo wygłoszonej na forum Sejmu pozytywnej rekomendacji ministra spraw zagranicznych Andrzeja Olechowskiego. Większość sejmowa postanowiła wówczas powołać tzw. Komisję Nadzwyczajną, która miała zbadać w terminie do 31 grudnia 1995 r. zgodność Konkordatu zarówno z obowiązującą konstytucją jak i przyszłą po jej ewentualnym uchwaleniu.

Krytyka Konkordatu przez lewicę szła w następujących kierunkach. Powtarzano tezę, że ratyfikacja jest niemożliwa, skoro konkordat ustawia relację państwo-Kościół na zasadzie "niezależności i autonomii", a ówczesna konstytucja mówi o "oddzieleniu". Jako rzekomo niezgodne z polskim prawem uznawano paragrafy mówiące o cywilno-prawnym znaczeniu małżeństwa kościelnego (co miało prowadzić do bigamii), nauczaniu religii w państwowych szkołach i przedszkolach (co miało naruszać prawa dzieci i świeckość państwa), zarządzie przez Kościół cmentarzami katolickimi (co miało prowadzić do odmowy pochówku niewierzącym) i finansowaniu przez państwo 2 wyższych uczelni katolickich (co miało być niezgodne ze świeckością państwa). Mówiono też, że wprowadzenie Konkordatu pociągnie za sobą olbrzymie i nieprzewidywalne koszty. Wysuwano więc postulat renegocjacji Konkordatu.

Ze strony Konferencji Episkopatu Polski bezzasadność krytyki ze strony lewicy wykazywał nieustanie ówczesny jej sekretarz generalny bp Tadeusz Pieronek, który jednocześnie prowadził rozmowy ze stroną rządową oraz kolejnymi prezydentami: Lechem Wałęsą oraz Aleksandrem Kwaśniewskim. Obaj sprawujący wówczas władzę prezydenci – niezależnie od istniejących między nimi różnic politycznych i światopoglądowych - podobnie jak rząd opowiadali się za ratyfikacją Konkordatu. Wałęsa decyzje Sejmu zaskarżył nawet do Trybunału Konstytucyjnego. Charakterystyczne jest, że Kwaśniewski w okresie swej kampanii wyborczej ostro krytykował Konkordat, chcąc zdobyć glosy lewicy, natomiast po wyborze na prezydenta zmienił stanowisko, licząc na zdobycie szerszego poparcia oraz nie chcąc się kompromitować na płaszczyźnie międzynarodowej.

Sejmowa Komisja Nadzwyczajna we wrześniu 1994 r. uznała, że co prawda ratyfikacja umowy ze Stolicą Apostolską „byłaby możliwa przed uchwaleniem nowej konstytucji, jeśli dokonane zostałyby niezbędne zmiany w prawie polskim, a rząd i Stolica Apostolska wymieniłyby listy intencyjne, w których dokonano by interpretacji zapisów traktatu budzących wątpliwości”. W odpowiedzi na to szef MSZ Andrzej Olechowski wykazał posłom, że „ratyfikacja umowy ze Stolicą Apostolską nie niesie żadnych problemów dla państwa polskiego”, a nuncjusz Kowalczyk oświadczył, że Stolica Apostolska nie zgodzi się na renegocjację umowy oraz nie będzie sporządzać żadnych dodatkowych wyjaśnień bądź uzupełnień zapisów konkordatowych. Abp Kowalczyk tak samo zresztą jak prymas Glemp w swych kolejnych wypowiedziach zwracali uwagę, że polski Parlament nie przyjmując Konkordatu powoduje pogłębiający się stan kompromitacji Rzeczypospolitej Polskiej na płaszczyźnie międzynarodowej.

Warto zauważyć, że kolejni szefowie polskiej dyplomacji: Władysław Bartoszewski oraz Dariusz Rosati, rozumiejąc ten problem zajmowali także jednoznacznie pozytywne stanowisko co do ratyfikacji konkordatu i wyrażali je wielokrotnie wobec Sejmu.

Nowym pomysłem sejmowej Komisji Nadzwyczajnej był postulat przyjęcia – jeszcze przed ratyfikacją Konkordatu - kilku ustaw „okołokonkordatowych”, które miałyby dokonać korekt prawa polskiego w nawiązaniu do rzekomych wymagań umowy ze Stolicą Apostolską. Jednak ustawy te nigdy nie zostały przygotowane, gdyż niemożliwym z punktu widzenia prawa było przyjęcie ustaw do nieobowiązującego (nie ratyfikowanego) Konkordatu.

Wydawało się, że impas wokół ratyfikacji Konkordatu zostanie przełamany po przyjęciu projektu nowej konstytucji przez Zgromadzenie Narodowe 22 marca 1997 r. Minister w Kancelarii Prezydenta Krzysztof Janik oświadczył wtedy, że Aleksander Kwaśniewski chciałby, aby Parlament jak najszybciej ratyfikował traktat ze Stolicą Apostolską. Wówczas powstał pomył opracowania przez stronę polską specjalnej deklaracji, akceptowanej przez Stolicą Apostolską, która miałaby wyjaśniać istniejące wątpliwości, a zostałaby dołączona do ratyfikowanego dokumentu.

Przy okazji wizyty prezydenta A. Kwaśniewskiego w Rzymie i audiencji u Ojca Świętego 7 kwietnia 1997 r. pojawiły się oficjalne wypowiedzi na temat przygotowanego i uzgodnionego ze Stolicą Apostolską tekstu deklaracji. Na posiedzeniu 15 kwietnia 1997 r. Rada Ministrów RP jednogłośnie przyjęła "Deklarację w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów Konkordatu między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską, podpisanego dnia 28 lipca 1993 roku". Wyjaśniano w niej sprawy zupełnie banalne, ale konieczne być może do przekonania posłów lewicy, m. in., że nienaruszalność cmentarzy katolickich nie oznacza odmowy pochowku tam osób niewierzących, że nauczanie religii w szkołach będzie odbywać się na zasadzie dobrowolnej i z poszanowaniem zasady tolerancji, a korzystanie z posługi duszpasterskiej w zakładach penitencjarnych ma charakter nie obowiązkowy oraz, że ślub „konkordatowy” będzie zawierany tylko jeśli zechcą tego sami zainteresowani.

Dodatkowo, w maju 1997 r. rząd przekazał do Sejmu projekty ustaw „okołokonkordatowych”, które miały dostosować niektóre polskie ustawy do zapisów Konkordatu. Jednak burzliwa dyskusja nad nimi oraz nadchodzące wakacje uniemożliwiły ich przyjęcie. Sytuację zmieniły radykalnie dopiero wybory parlamentarne z września 1997 r.

Ratyfikacja Konkordatu

Ratyfikacja Konkordatu stała się możliwa dopiero wraz z nową kompozycją Parlamentu, kiedy większość uzyskały partie „solidarnościowe”: AWS i Unia Wolności. Umowa ze Stolicą Apostolską została przyjęta przez Sejm 8 stycznia 1998 r., przez Senat 22 stycznia i podpisana przez prezydenta w 2 dni później. Ratyfikacja Konkordatu nastąpiła 23 lutego 1998 r. Ze trony Stolicy Apostolskiej dokonał jej Jan Paweł II a ze strony Rzeczypospolitej Polskiej prezydent Kwaśniewski.

25 marca nastąpiła w Watykanie uroczysta wymiana dokumentów ratyfikacyjnych przez premiera Jerzego Buzka i Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej kard. Angelo Sodano.

2018-07-28 06:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Konkordat jest gwarantem wolności

[ TEMATY ]

historia

konkordat

Marian Florek/ TV Niedziela

Mija 95 lat od podpisania konkordatu pomiędzy Stolicą Apostolską a II Rzecząpospolitą Polską. Stało się to dokładnie 10 lutego 1925 r. Dokonali tego kardynał Pietro Gasparri w imieniu papieża Piusa XI oraz Władysław Skrzyński i Stanisław Grabski jako przedstawiciele prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego. Z tej okazji „Niedziela” przeprowadziła rozmowę telefoniczną z ks. prof. dr hab. Józefem Krukowskim, pierwszym dziekanem reaktywowanego Wydziału Prawa Kanonicznego i Świeckiego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim - specjalistą z zakresu kanonicznego prawa małżeńskiego, stosunków Państwo-Kościół, prawa konkordatowego i prawa wyznaniowego, wieloletniego wykładowcy KUL i UKSW.

Prezentujemy zapis audio rozmowy i skrótowe omówienie najważniejszych problemów poruszanych przez uczonego w kontekście również czasów współczesnych.

Konkordat w Polsce budzi emocje. Jego przeciwnicy liczą na to, że kiedy zostanie wypowiedziany to wtedy będzie można łatwiej przeprowadzić liberalizację kraju, w którym mocna pozycja Kościoła katolickiego stanowi główną przeszkodę dla budowniczych nowego wspaniałego świata bez Pana Boga. Kiedy jednak odrzucimy ideologiczne zacietrzewienie to okazuje się, że ta międzynarodowa umowa zapewnia Kościołowi, a jednocześnie i państwu, stabilizację.

-Konkord jest to najlepszy z możliwych instrument regulacji stosunków między dwoma podmiotami: danym państwem a Stolicą Apostolską jako przedstawicielem Kościoła Katolickiego w danym kraju a jednocześnie suwerennym podmiotem stosunków międzynarodowych, podobnie jak każde inne państwo - potwierdza w rozmowie z „Niedzielą” ks. prof. dr hab.Józef Krukowski, specjalista m.in. od prawa konkordatowego.

95 lat temu, 10 lutego 1925 r., został podpisany konkordat, który regulował stosunki pomiędzy Stolicą Apostolską a odrodzoną po latach zaborów Polską.

Było to doniosły akt dla narodu polskiego, którego zdecydowana większość należała do Kościoła katolickiego. W tym czasie, kiedy Rosja chciała Polaków zrusyfikować, Prusy - zgermanizować i osłabić na rzecz protestantów, a Austria - chociaż katolicka - chciała podporządkować Kościół swoim politycznym interesom. Kościół wykonał gigantyczną pracę na rzecz zachowania przez polski naród tożsamości kulturowej, religijnej i w znacznym stopniu przyczynił się do jej wolności. Jego rola była więc nie do przecenienia. I mówiąc kolokwialnie – ten konkordat się Kościolowi w Polsce i Polakom należał. Kiedy więc zbliżał się moment ostatecznego odzyskania niepodległości Stolica Apostolska wysłała do Polski swojego przedstawiciela ks. Achille Rattiego, który po uformowaniu się polskiego rządu wystąpił z wnioskiem uregulowania stosunków Kościół – państwo w formie konkordatu. Większość polityków sprzyjała tej propozycji, dlatego w Konstytucji marcowej z 1921 r. umieszczono zapis, zabezpieczający w przyszłości podpisanie stosownej umowy.

Trzeba nadmienić, iż respektowanie przez wspólnotę międzynarodową podmiotowości prawnej Kościoła jest zwyczajem sięgającym czasów średniowiecza.

Należy również pamiętać, że społeczeństwo II Rzeczypospolitej było pluralistyczne. Działało wiele partii politycznych o różnych założeniach ideologicznych, oraz istniały mniejszości narodowe, religijne. Dlatego też w ustawie zasadniczej zapisano, że prawa innych wyznań zostaną równiez zabezpieczone, ale na mocy ustaw czy też dekretów jak było to w przypadku religii mojżeszowej. Mimo tego znalazły się siły przeciwne umowie. Przeciwko konkordatowi opowiedziały się nie tylko ugrupowania lewicowe, ale też mniejszości narodowościowe. Mimo pewnych kontrowersji konkordat spełnił swoją stabilizacyjną rolę w ówczesnej skomplikowanej sytuacji.

Po II wojnie światowej konkordat został zerwany jednostronnie 12 wrześni 1945 r. przez przywieziony z Moskwy komunistyczny Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Dokonało się to z pogwałceniem wymogów prawa międzynarodowego. Stolica Apostolska nie została nawet powiadomiona o tym fakcie i jego przyczynach. Tylko w prasie codziennej napisano, że podczas okupacji Polski przez nazistowskie Niemcy, Watykan naruszył podstawy konkordatu.

Nowa umowa konkordatowa została zawarta już w innej Polsce 28 lipca 1993 r. a ratyfikowana 23 lutego 1998 r., kiedy rządy (o ironio!) sprawowali postkomuniści.

Mimo nowej sytuacji zarzuty wobec konkordatu nie zmieniły swojego charakteru. Ponownie insynuowano, że umowa z Watykanem będzie źródłem dyskryminacji religijnej. Z tymi pomówieniami walczył m.in. ks. Józef Krukowski, który tłumaczył nawet zwykłym ludziom na czym polega umowa konkordatowa i dlaczego jest potrzebna.

Konkordat funkcjonuje już prawie 30 lat. Był wykorzystywany wielokrotnie w walce politycznej i podlegał manipulacjom.

Wydaje się, że obecnie jest przedmiotem sporu, który daleko wykracza poza dotychczasowe podnoszone zarzuty; sporu o znaczeniu fundamentalnym. Traktat lizboński reformujący Unię Europejską z 13 grudnia 2007 r. szanuje autonomię państw członkowskich również w prawach do decydowania o formach relacji państwo – Kościół.

-Niemniej są w łonie Unii Europejskiej zideologizowane grupy, dominujące wręcz, które w sposób pozatraktatowy starają się wpływać, przez odpowiednie grupy krajowe, żeby kontestować postanowienia konkordatowe. Ale jest on potrzebny całemu społeczeństwu, nie tylko Kościołowi i katolikom, ponieważ gwarancje jakie zostały w nim zapisane są gwarancjami wolnościowymi - mówił w rozmowie z “Niedzielą” ks. Józef Krukowski. - Dlatego należy ubolewać, że są tacy dziennikarze, publicyści, którzy tego nie rozumieją albo umyślnie próbują wprowadzić społeczeństwo w błąd. Konkordat jest dla ludzi wierzących gwarancją bezpieczeństwa. Trudniej go zmienić lub odrzucić. Z ustawami jest łatwiej to uczynić. Nie można zatem dać posłuchu krytykom konkordatu, bo ich głównym celem jest destabilizacja sytuacji politycznej i kulturowej społeczeństwa polskiego. Wydaje się, że społeczeństwo polskie jest już na tyle dojrzałe, że i z tym problemem sobie poradzi- podsumował swoją wypowiedź ks. Józef Krukowski.

Dla osób pragnących pogłębić wiedzę na temat konkordatu polecamy publikację zatytułowaną „Polskie Konkordaty. Historia i teraźniejszość”, pod redakcją ks. prof. Józefa Krukowskiego, wydanej przez Towarzystwo Naukowe KUL.

CZYTAJ DALEJ

Prezydent zdecydował o powołaniu Małgorzaty Manowskiej na Pierwszego Prezesa SN

2020-05-25 12:01

[ TEMATY ]

Sąd Najwyższy

PAP

Prezydent Andrzej Duda zdecydował o powołaniu Małgorzaty Manowskiej na Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, a Michała Laskowskiego na Prezesa SN kierującego pracą Izby Karnej - poinformował w poniedziałek rzecznik prezydent Błażej Spychalski.

Przeczytaj także: Małgorzata Manowska - I prezes Sądu Najwyższego (sylwetka)

Na Twitterze Spychalski napisał, że prezydent zdecydował o powołaniu Małgorzaty Manowskiej wybierając spośród pięciorga kandydatów, wśród których znaleźli się również: Włodzimierz Wróbel, Tomasz Demendecki, Leszek Bosek oraz Joanna Misztal-Konecka; kandydatury te przedstawiło Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego.

Z kolei o powołaniu Michała Laskowskiego prezydent zdecydował wybierając spośród trzech kandydatów wśród których znaleźli się też sędziowie Jerzy Grubba i Jarosław Matras.

CZYTAJ DALEJ

Przywyknięcie do podziału to wielki grzech chrześcijan - wywiad z ks. prof. Wacławem Hryniewiczem

2020-05-26 14:03

[ TEMATY ]

KUL

PAP

"Przywykliśmy do sytuacji podziału w chrześcijaństwie i to jest być może jednym z największych naszych grzechów" - przestrzegał ks. prof. Wacław Hryniewicz. W rozmowie z KAI podkreślił, że "jeżeli przywykniemy do podziału to będziemy żyć w izolacji i samozadowoleniu", a "wizja chrześcijaństwa będzie jeszcze bardziej skomplikowana". Wybitny teolog, ekumenista, znawca teologii prawosławnej, współtwórca Instytutu Ekumenicznego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II zmarł dziś w wieku 83 lat.

Przypominamy obszerne fragmenty wywiadu dla KAI jakiego Ksiądz Profesor udzielił w grudniu 2005 r., w którym stara się przede wszytstkim odpowiedzieć na pytania związane z ekumenią i dialogiem rzymskokatolicko-prawosławnym w 40 lat po zakończeniu II Soboru Watykańskiego.

Krzysztof Tomasik (KAI): Posłużę się tytułem rozdziału jednej z ostatnich książek Księdza Profesora: Dokąd zmierzasz, ekumenio, w 40 lat po zakończeniu Soboru Watykańskiego II? Co można uznać za sukcesy dialogu ekumenicznego, co za jego porażki i jakie wyzwania przed nim stoją?

Ks. prof. Wacław Hryniewicz: Często zadaję sobie to pytanie: "Dokąd zmierzasz, ekumenio?". Przed 40 laty zapoczątkowany został na Soborze Watykańskim II, po latach oporu i niechęci, odważny proces otwarcia się Kościoła rzymskokatolickiego na ekumenizm. Nie trzeba traktować soborowego dekretu o ekumenizmie jako ostatniego słowa ze strony naszego Kościoła. Są w nim zagadnienia, które domagają się dalszych ustaleń i pogłębień.

KAI: Jakie na przykład?

- Jednym z takich zagadnień jest przyznanie w dekrecie chrześcijanom innych wyznań jedynie "elementów bądź dóbr, dzięki którym razem wziętym sam Kościół się buduje". W Kościele rzymskokatolickim wciąż funkcjonuje przekonanie, że w nim zawarta jest cała "pełnia łaski i prawdy" oraz "pełnia zbawczych środków", podczas gdy u innych chrześcijan są tylko owe "elementy". Sformułowania te zdradzają urzeczowione rozumienie prawdy. Tymczasem Prawda ma charakter personalistyczny. Dla chrześcijanina jest nią przede wszystkim Chrystus. On sam powiedział: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem" (J 14,6). Dekret o ekumenizmie wprowadza pojęcie "hierarchii prawd". Wskazuje ono, że w nauce katolickiej istnieje pewien porządek prawd z racji ich powiązania z samymi podstawami wiary chrześcijańskiej. Nie można wszystkiego stawiać na tym samym poziomie. Nie wszystko jest równie ważne pod względem treści. Idea hierarchii prawd odwodzi wzrok Kościoła od niego samego i kieruje na podstawowe prawdy chrześcijaństwa: o Trójcy Świętej, o Chrystusie, o wejściu Boga w dzieje, o Duchu Świętym, który dzieje ludzkości prowadzi do ostatecznego spełnienia. To są najważniejsze sprawy, które nadają oblicze chrześcijaństwu. W dekrecie sprawa "hierarchii prawd" została wspomniana niejako mimochodem, ale jest to bardzo ważna idea, którą w swoim czasie określono nawet jako rewolucyjną. Trzeba wyciągać z niej dalsze konsekwencje.

Najważniejszym osiągnięciem Soboru Watykańskiego II w sprawie ekumenizmu jest zmiana nastawienia do innych Kościołów. Dzięki temu możemy mówić o zapoczątkowanej wówczas w naszym Kościele erze dialogu.

KAI: Tych dialogów jest tak dużo, że można się w nich pogubić. Podpisano wiele dokumentów. Jak ogarnąć ich treść i wcielić ją w życie?

- Nieraz z pewną dozą ironii mówi się, że w ten sposób powstaje "papierowa ekumenia". Dzisiaj niektórzy już krytycznie patrzą na to mnożenie uzgodnionych dokumentów, które później nie znajdują rezonansu w życiu Kościołów. Zwraca się uwagę na to, że trzeba dążyć do jedności w "pojednanej różnorodności". Jak jednak pojednać przeciwieństwa w doktrynie? Czy muszą one wzajemnie się wykluczać? Jedno przeciwieństwo może zawierać głęboką intuicję, odmienną od tej, która jest w drugim przeciwieństwie. Dlatego mówi się coraz częściej o "zróżnicowanym konsensusie".

Nadal borykamy się z określeniem samej wizji jedności do jakiej mają dążyć chrześcijanie. Po 40 latach możemy jednak zobaczyć, że dużo rzeczy zostało osiągniętych w teologicznym podejściu do spraw ekumenizmu, a także w zmianie mentalności Kościołów. Proces ten nie odbywa się bez oporów pewnych środowisk, które wszędzie dostrzegają zagrożenie dla własnej tożsamości wyznaniowej. Bronią tej tożsamości tak, że staje się ona wręcz pewnego rodzaju idolem. To z kolei uniemożliwia rzeczywisty postęp w dialogu.

KAI: Kościół katolicki stosunkowo późno włączył się w dialog ekumeniczny...

- Inne Kościoły uczyniły to ponad pół wieku wcześniej. Ruch ekumeniczny narodził się, tam, gdzie doszło do największego rozbicia - wśród Kościołów protestanckich. Później włączyły się do niego Kościoły prawosławne, a katolicy na końcu. Trzeba było nadrabiać zaległości. Obecnie tempo życia jest tak zawrotnie szybkie, że i w ekumenii musimy za nim nadążać. Pojawiają się problemy natury etycznej, takie np. jak legalizacja i błogosławienie par homoseksualnych, fakt wyświęcenia biskupa anglikańskiego o orientacji homoseksualnej. Wiele napięć stwarzają także święcenia kapłańskie kobiet.

KAI: Czy sprawy te jeszcze bardziej nie wyhamują dialogu ekumenicznego, a nawet go nie zawieszą?

- Praktyka wyświęcania (ordynacji) kobiet szeroko rozpowszechniła się w Kościołach protestanckich. Od pewnego czasu podobnie postępują Kościół anglikański oraz niektóre Kościoły starokatolickie. W obliczu stanowczych oświadczeń, że Kościół rzymskokatolicki i Kościół prawosławny nigdy tego nie uczynią, sprawa ta na pewno stanowi poważną trudność w dialogu ekumenicznym. W tym przypadku odwołam się ponownie do wspomnianej już idei hierarchii prawd. Święcenie kobiet to nie koniec świata! To tylko koniec pewnej tradycji w chrześcijaństwie. Jeżeli sprawa pochodzi od Boga to nie pomogą nawet największe sprzeciwy. Mądry uczony żydowski, Gamaliel z Dziejów Apostolskich radził: "Jeżeli bowiem jest to wymysł czy dzieło czysto ludzkie, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście pochodzi od Boga, nie zdołacie ich zniszczyć. Może się przy tym okazać, że walczycie z Bogiem" (Dz 5,38-39).

KAI: A jeśli walczymy z Bogiem?

- Tradycja chrześcijańska ma w sobie wymiar ciągłości, ale ma także momenty zerwania ciągłości i odejścia od wiekowych doktryn czy praktyk. Nie wszystko w chrześcijaństwie jest ewangeliczne. Dzięki ekumenii możemy spojrzeć na dzieje chrześcijaństwa bardziej krytycznie, spokojnie i z większą życzliwością dla siebie nawzajem. Wszystkie sporne sprawy trzeba rozważać w duchu cierpliwego i wytrwałego dialogu, a nie konfrontacji. Problemów na pewno nam nie zabraknie, a wielka idea "hierarchii prawd" pomoże nam zachować równowagę. Jeśli pytamy: "Dokąd zmierzasz, ekumenio?" to odpowiadam: "Zmierza ona w dobrym kierunku". Natomiast pytany, "Czy kiedyś osiągnie swój cel? - odpowiadam: Ważne jest samo dążenie do pojednania i zgody. W ekumenicznej encyklice "Ut unum sint" Jan Paweł II także pyta: "Quanta est nobis via?" - Jak długa przed nami droga?

KAI: Dla większości ludzi spory pomiędzy Kościołami są niezrozumiałe, tym bardziej dla młodych pokoleń. Dlaczego jest tyle Kościołów chrześcijańskich, skoro wszyscy wierzą w jednego Boga?

- Pytania dzieci są nieraz bardzo kłopotliwe. Przywykliśmy do sytuacji podziału w chrześcijaństwie i to jest być może jednym z największych naszych grzechów. Z drugiej strony mamy też i takie przekonania, że podziały wcale nie są aż tak szkodliwe. Kościoły dopracowały się pewnego bogactwa dzięki temu, że każdy na swój sposób odczytywał Ewangelię. Zadomowienie się w podziale świadczy natomiast o tym, że nasza ludzka selektywność poznawcza nie pozwala na całościowy ogląd chrześcijaństwa. Nie chcemy nawet wiedzieć, jak ktoś inny przeżywa swoją wiarę, nadzieję i przygodę z Bogiem; jak ktoś inny potrafi inaczej kształtować swoją modlitwę, liturgię i obcowanie z Pismem Świętym. Jeżeli przywykniemy do podziału to będziemy żyć w izolacji i samozadowoleniu. Wizja chrześcijaństwa będzie jeszcze bardziej skomplikowana, jeśli dołączymy do tego wzajemne pretensje dwóch najstarszych Kościołów chrześcijańskich: rzymskokatolickiego i prawosławnego, które uważają, że każdy z nich jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusa.

KAI: Czy nadal mamy do czynienia z ekumenią powrotu do jedynego konkretnego Kościoła?

- Na szczęście zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma dzisiaj ekumenii powrotu do jakiegoś konkretnego Kościoła, od którego inni odeszli. Przy tym poglądzie obstaje jeszcze chyba tylko oficjalna doktryna prawosławia. Wracam do pytania: "Dlaczego mamy tyle Kościołów?". Ludzie wierzący bronili swojego rozumienia prawd wiary i swojej wizji Kościoła. Wcześnie przyjęto strategię wyłączania heretyków ze wspólnoty wierzących. Nie tolerowano tych, którzy głosili błędne poglądy. Potępiano ich na każdym z wczesnych soborów. Dzisiaj, po kilkunastu stuleciach, dialog z tzw. Kościołami przedchalcedońskimi, które nie przyjęły orzeczeń Soboru Chalcedońskiego (451) pokazuje, że choć różniliśmy się w terminologii i sposobie wyrażania prawd, to różnice nie są w rzeczy samej tak wielkie, jak to zakładano. To są dziejowe nieporozumienia.

Przy podziałach w Kościele dużą rolę odgrywały także ludzkie ambicje. Przypominano o tym 7 grudnia br. w 40 rocznicę zakończenia Soboru Watykańskiego II (1965) i usunięcia z pamięci Kościoła ekskomunik z 1054 roku. Anatemy kardynała Humberta i patriarchy Michała Cerulariusza rzucone zostały pod wpływem osobistych ambicji, bezpodstawnych oskarżeń i odniesień do spraw zgoła drugorzędnych. Obydwie strony zdradzały wiele ignorancji, niekonsekwencji i wzajemnej niechęci.

KAI: I ludzkie ułomności...

- Nie tylko. Podział jest na ogół procesem długotrwałym. Wynika ze wzajemnego niezrozumienia i wyobcowania. Jeśli popatrzymy na dzieje Reformacji, dostrzeżemy pragnienie wewnętrznej odnowy Kościoła i obrony ducha Ewangelii. Nie była to niestety epoka dialogu. Logika potępień wyznaczyła nowy bieg wydarzeń, które prowadziły siłą rzeczy do powstania odrębnych Kościołów.

Wielu ludzi nie rozumie procesu rozbicia chrześcijaństwa i sensu podziałów. Skoro wierzycie w jednego Boga, to dlaczego wciąż tak się kłócicie? Plemię chrześcijan jest kłótliwe, to prawda! Konsekwencją jest dawanie światu antyświadectwa i zgorszenie. Ciągle się nam o tym przypomina, a sytuacja podziałów trwa nadal. Ludzie poszukujący, zwłaszcza młodzi, zniechęcają się i oddalają od chrześcijaństwa. Inni wędrują z jednego Kościoła do drugiego. Jeśli ktoś znajduje sens bycia w innym Kościele to przecież nie staje się ateistą. Nadal wierzy w tego samego Boga i Jezusa Chrystusa. Nie można go traktować jako zdrajcy. Bądźmy bardziej konsekwentni! Jeśli ktoś przychodzi do nas z innego Kościoła, to cieszymy się i nie widzimy w tym żadnej zdrady. Wręcz przeciwnie, traktujemy to jako wydarzenie nawrócenia i dojścia do prawdy.

Często Kościoły traktują ludzi jak swoją własność. Kościół nie jest po to, aby rekrutować jak największą liczbę wiernych dla samego siebie, lecz żeby pokazywać ludziom Dobrą Nowinę. Niech zobaczą Chrystusowe przesłanie w całym jego uniwersalizmie! O tym mówi soborowa Konstytucja dogmatyczna o Kościele "Lumen Gentium". "Światłością narodów" jest Chrystus. To On ma zajaśnieć w Kościele. To On jest najważniejszą Osobą, ku której Kościół ma prowadzić wierzących. Ludzie należą do Boga. Nie są kościelnym folwarkiem.

KAI: Mamy wiele przykładów wspólnot, w których pokolenia katolików, protestantów i prawosławnych żyją razem, zawierają małżeństwa, tworzą jedną rodzinę, Można z tego wysnuć wniosek, że brak jedności Kościołów w dużym stopniu jest problemem hierarchii...

- Sąd historii i samego Boga w największym stopniu będzie dotyczył ludzi najbardziej odpowiedzialnych za Kościół. Tak bywało, że najwyższe instancje przyczyniały się najbardziej do utwierdzania podziałów. Wrogość była ludziom wszczepiana odgórnie. Niektórzy potrafili opierać się jej dzięki zdrowemu instynktowi chrześcijańskiemu. Widać to do dzisiaj w różnych środowiskach czy parafiach, gdzie żyją obok siebie ludzie różnych wyznań. Potrafią wspólnie czcić Boga bez względu na to, według jakiego kalendarza, czy rytu dane święto jest obchodzone.

KAI: Jak zatem wychowywać młodych ludzi do ekumenizmu? Tym bardziej, że większość dokumentów na ten temat jest napisana, mówiąc delikatnie, niestrawnym językiem.

- Dokumenty ekumeniczne są rzeczywiście napisane dosyć hermetycznym językiem kompromisu, trudnym w odbiorze. Każde zdanie jest cedzone i wielokrotnie poprawiane. Przez 25 lat pracując w różnych gremiach ekumenicznych wiem od podszewki, jak tego rodzaju dokumenty powstają. Często była mowa o tym, aby te teksty pisać zgoła innym językiem, bardziej przystępnym i zrozumiałym. Nie wiem doprawdy, kto miałby to robić i jak je przekładać na język czytelny, zwłaszcza dla młodych.

Same dokumenty nie nauczą młodych ludzi ekumenicznej postawy. Najważniejsze jest nasze wzajemne świadectwo. Młodzi ludzie muszą widzieć, że na pojednaniu Kościołów zależy ich duszpasterzom. Jeżeli hierarcha pokaże, że sprawa ekumenii w jego diecezji jest traktowana poważnie i życzliwie, to za nim pójdą inni: duchowieństwo i wierni. W naszym kraju ekumenia nie zeszła jeszcze na poziom parafii. Jest to dla polskiego Kościoła wciąż wielkie zadanie. Musimy dorastać do słów Jana Pawła II, który w swojej encyklice "Ut unum sint" pisał o ekumenii jako "jednym z priorytetów duszpasterskich Kościoła" oraz "imperatywie chrześcijańskiego sumienia". Czy duchowni w Polsce znają treść tej encykliki? Ilu księży naprawdę ją przestudiowało i wzięło sobie do serca? Ilu dzieliło się i nadal dzieli treściami ekumenicznymi z młodymi ludźmi? Mam nadzieję, że młodzi ludzie będą w przyszłości w większym stopniu przyczyniać się do pogłębiania ducha ekumenii także i w naszym kraju.

KAI: Co zatem robić, aby przekonać młodych ludzi do ekumenii?

- Dzięki ekumenii nasze chrześcijaństwo może być pełniejsze. Nie staję się uboższym katolikiem przez to, że otwieram się na ludzi innego wyznania, że potrafię przyjąć i asymilować wartości, którymi ktoś inny żyje bardziej intensywnie w swojej relacji do Boga i ludzi. Dzięki ekumenii wzbogacam się wewnętrzne. Ważne jest świadectwo naszego życia. Wtedy młodym ludziom będzie łatwiej przekonać się do ekumenii. Popatrzą innym okiem na trudne dzieło pojednania Kościołów. Nie będzie to indoktrynacja, lecz siła zwyczajnego promieniowania postawy otwartości i wrażliwości na innych. Człowiek zapala się od człowieka tak, jak zapala się światło świecy od świecy w Noc Paschalną. Bogu dzięki, że obecnie w chrześcijaństwie bardziej akcentuje się wartość osobistego świadectwa niż samą rolę nauczania. W dobie dewaluacji słowa pisanego i mówionego, także magisterium Kościoła powinno uważniej słuchać ludzi i od nich się uczyć.

Każdy z nas jest tylko uczniem. Kościół to najlepsze miejsce, aby powiedzieć młodym ludziom, że wszyscy jesteśmy uczniami Chrystusa. Niech dorosłym nie wydaje się, że wszystko zrobili i są chrześcijanami w stu procentach. Przez całe życie człowiek jest tylko uczniem próbującym realizować wskazania Ewangelii. Kategoria bycia uczniem obowiązuje w chrześcijaństwie wszystkich, także papieża, biskupów, duchowieństwo. W wychowywaniu młodych ludzi do ekumenii powinna ona stać się bardziej nośna i w dobrym sensie tego słowa zaraźliwa.

KAI: Wydaje się to szczególnie ważne w świecie zsekularyzowanej kultury...

- Tym bardziej, gdy coraz częściej mamy do czynienia z sekularyzmem wojującym, który widzi szkodliwość religii. Często nie bez winy nas, ludzi religijnych, nie bez winy chrześcijan.

KAI: Wiele z konfliktów wyznaniowych w tych krajach ma charakter polityczny? Jak zatem oddzielić zdrowe ziarno ekumeniczne od politycznych plew?

- Jest to wielowiekowy problem. Co było przyczyną największego konfliktu między Wschodem a Zachodem - polityka! W roku 1204 krzyżowcy zdobyli i barbarzyńsko złupili Konstantynopol. Niesłusznie łączymy datę schizmy ze wspomnianym wcześniej rokiem 1054. Jest to przede wszystkim data symboliczna O wiele gorsze dla wzajemnych relacji były późniejsze wydarzenia. Po wyjściu Kościoła greckokatolickiego z katakumb, zwłaszcza na Ukrainie i w Rumunii, doszło do wielu konfliktów. Chodziło m.in. o odzyskanie przejętych przez Kościół prawosławny - po przymusowej likwidacji unii przez Stalina w 1946 i 1948 r. - cerkwi i majętności kościelnych. Gdyby oba Kościoły były wolne od politycznych uwikłań i narodowych ambicji, to może łatwiej byłoby rozwiązać problemy natury kościelnej.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia doszły, jak wiadomo, ze strony prawosławia pod adresem Kościoła katolickiego oskarżenia o propagowanie uniatyzmu i prozelityzmu. Ten trudny okres wyhamował i doprowadził do zastoju oficjalny dialog katolicko-prawosławny. W 1993 roku w Balamand (Liban) uzgodniony został dokument o uniatyzmie jako metodzie jednoczenia Kościołów, która powinna zostać odrzucona i należeć do przeszłości. Dokument ten wzbudził wiele kontrowersji zarówno wśród grekokatolików jak i prawosławnych. Potem przez 7 lat nic się nie działo. W 2000 r. w Baltimore (USA) spotkanie Międzynarodowej Komisji Mieszanej zostało ponownie zdominowane przez problem uniatyzmu. (...)

KAI: Największy konflikt w kontekście uniatyzmu wybuchł wokół Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Jak go rozwiązać? Czy w ogóle możliwe jest jego rozwiązanie, kiedy wiadomo, że katolickie Kościoły wschodnie są żywymi, prężnie działającymi wspólnotami?

- Jest to bardzo delikatny i złożony problem. Kluczowym stwierdzeniem dokumentu z Balamand jest to, że unie częściowe (unia brzeska, użhorodzka i inne) nie rozwiązały problemu. Wręcz przeciwnie, zantagonizowały jeszcze bardziej katolików i prawosławnych. Stały się przyczyną cierpienia milionów ludzi. Jedności nie można poszukiwać na drodze tak pojętego uniatyzmu. Same nazwy historyczne, którymi posługiwano się w minionych wiekach, takie jak "unici" i "dyzunici" są dzisiaj odczytywana przez grekokatolików jako obraźliwe. Sam doświadczyłem na sobie konsekwencji mówienia o tych sprawach... Musimy uczyć się mówić tak, aby nie urażać niczyjej godności i wrażliwości. Kościoły greckokatolickie są wspólnotami żywymi, które działają od wielu stuleci i noszą na sobie głębokie piętno męczeństwa. Dokument z Balamand wyraźnie uznaje, że mają one prawo do istnienia.

Jesteśmy nadal świadkami dramatycznej sytuacji ekumenicznej w relacjach z prawosławiem. Z jego strony pojawiają się wciąż zarzuty, że potwierdzenie prawa grekokatolików do istnienia jest odczytywane jako pretekst, czy wręcz zachęta do umacniania aktywności tych Kościołów. Dotyczy to zwłaszcza domagania się przez nie większych praw do samodzielności, a w tym m. in. do utworzenia patriarchatu przez największy Ukraiński Kościół Greckokatolicki. Prawosławni odczytują te dążenia jako zagrożenie. W ich oczach grekokatolicy chcą uchodzić za autentycznych przedstawicieli tradycji wschodniej, reprezentowanej w ciągu wieków przez Kościół prawosławny. W duchu eklezjologii "Kościołów siostrzanych" (znamy po 2000 roku oficjalne zastrzeżenia co do tej terminologii!) trzeba spojrzeć na te sprawy w innym duchu.

KAI: Ksiądz Profesor uważa, że najważniejszą kwestią w relacjach katolicko-prawosławnych jest problem papieskiego prymatu...

- W dialogu z prawosławiem problem tzw. unii nie będzie rozwiązany bez uporania się najpierw z zagadnieniem papieskiego prymatu. Początki unii trzeba rozumieć na tle eklezjologii, która uczyła, że bez jedności z papieżem nie ma prawdziwego Kościoła; prawdziwym i jedynym Kościołem Jezusa Chrystusa jest Kościół rzymskokatolicki i poza tym Kościołem nie ma zbawienia. Znane są soteriologiczne motywacje inicjatorów unii. Niektórzy z nich nawet w swoim testamencie przed śmiercią oświadczali, że dążyli do unii z Rzymem, bo poza nim, poza jednością z papieżem, nie ma zbawienia. Dzisiaj patrzymy na te sprawy w świetle pełniejszej eklezjologii. Widzimy, że najważniejszy w Kościele jest związek z Ewangelią, z Jezusem Chrystusem. To On jest Głową Kościoła i Dawcą zbawienia. Nie można odmawiać miana prawdziwego Kościoła tym, którzy nie mają więzi kanonicznej z papieżem. W oficjalnych dokumentach rzymskokatolickich prawosławie oceniane jest o wiele bardziej życzliwe niż Kościoły protestanckie, które określa się mianem wspólnot kościelnych.

Soborowy Dekret o ekumenizmie "Unitatis redintegratio" mówi w tytule jednego z podrozdziałów o "Kościołach i wspólnotach kościelnych odłączonych na Zachodzie". Problem prymatu należy powiązać z zagadnieniem unii częściowych i spojrzeć na nie bezstronnie z perspektywy historycznej. Trzeba zobaczyć motywację i oczekiwania tych ludzi, którzy odważyli się na ten krok. Prawosławni proszący o jedność z papieżem byli traktowani w Rzymie jako przychodzący niemalże z próżni eklezjologicznej. Według ówczesnych kryteriów byli schizmatykami i musieli składać potrydenckie wyznanie wiary katolickiej. Trzeba w dialogu wspólnie spojrzeć na historyczne i teologiczne przesłanki powstania unii i powiązać je z wizją Kościoła pod przewodnictwem papieża. Problemu uniatyzmu nie da się rozwiązać w oderwaniu od kwestii prymatu. Nie wiadomo jeszcze jak problem ten zostanie rozwiązany. Rozwiązania trzeba szukać w cierpliwym dialogu.

KAI: Jedną z największych przeszkód w porozumieniu z prawosławiem, szczególnie rosyjskim jest problem prozelityzmu. Ma on głębokie historyczne korzenie.

- Kwestii prozelityzmu nie można rozpatrywać w oderwaniu od historii wzajemnych stosunków, zwłaszcza w XX wieku, po rewolucji bolszewickiej. Do czasu Soboru Watykańskiego II w Kościele rzymskokatolickim podtrzymywano iluzję nawrócenia wszystkich chrześcijan odłączonych, w tym także prawosławnych. Oficjalna doktryna głosiła, że katolicyzm jest jedyną prawdziwą religią Jezusa Chrystusa, jedynym prawdziwym Kościołem, wyposażonym we wszystkie środki zbawienia. Kiedy w Rosji zaczęły się szerzyć nastroje rewolucyjne to od razu gorliwi misjonarze katoliccy zaczęli podejmować wyzwanie nawrócenia prawosławnych Rosjan. Już wcześniej założyciel asumpcjonistów, E. D`Alzon w 1870 roku oskarżał Polaków o to, że stoją na przeszkodzie wielkiemu dziełu nawrócenia Rosji na katolicyzm, wykorzystując sprawy wiary do obrony polskości. Inny asumpcjonista francuski w tym czasie pisał: "Rewolucja otworzy Kościołowi bramy Rosji. Rosyjski kolos dostaje konwulsji. Trzeba być gotowym. Na polu wymiecionym przez rewolucyjne burze postawimy prawdziwy krzyż".

Wiek XX odziedziczył te iluzje nawrócenia Rosji na katolicyzm. Także inna wybitna postać, lwowski metropolita Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, Andrzej Szeptycki, nie krył przekonania, że nie może być mowy o prawdziwym Kościele bez jedności z biskupem Rzymu. Uważał, że jego obowiązkiem jest przygotowywanie sposobów nawracania prawosławnych na katolicyzm. Zachęcał go do tego, jak sam przyznał, papież Pius X. Kiedy w 1921 roku ubiegłego stulecia zapanował w Rosji głód, to władze sowieckie same sugerowały Watykanowi, że niosąc pomoc głodującym można będzie wysłać katolickich misjonarzy, byleby nie pochodzili z krajów wrogich sowieckiemu reżimowi, co oznaczało wykluczenie Polaków. Zapewniano, że bolszewicy bardziej ufają katolikom niż prawosławnym, którzy myślą o przywróceniu carskich porządków. Misjonarzom obiecywano swobodę w moralnym i religijnym wychowywaniu wierzących. Rezydujący w Rzymie przedstawiciel księży werbistów Karl Friedrich pisał 21 grudnia 1921 roku do przełożonego generalnego w Niemczech: "Powszechnie sądzi się w poinformowanych kręgach, iż wkrótce wybije godzina łaski dla Rosji. Niektórzy chcą wręcz nakłonić do wiary, że nastąpi coś w rodzaju masowej konwersji do Kościoła katolickiego". Podobne działania podejmował bp Michel d`Herbigny, który założył Collegium Russicum w Rzymie jako ośrodek misyjny dla nawracania Rosjan.

KAI: Prawosławni Rosjanie nie zapomnieli nam tych "inicjatyw"...

- Nie zapomnieli i wskazują na te świadectwa. Oprócz obciążeń historycznych kwestia prozelityzmu jest sprawą lękową. Jest to lęk przed Kościołem rzymskokatolickim, przed silniejszym, który w krajach Zachodu nie przeszedł przez piekło reżimu stalinowskiego w ciągu 70 lat wojującego ateizmu w takiej mierze jak to miało miejsce w Rosji. Rosyjski Kościół Prawosławny (nie tylko zresztą on) wyszedł z tego okresu straszliwie osłabiony. A my oczekujemy teraz od niego, aby był podobny do wysportowanego i świetnie przygotowanego zawodnika, który nie obawia się konkurencji. Trzeba mieć więcej empatii dla drugiej strony, umieć postawić siebie na miejscu drugiego. Jest to niezbędny warunek dialogu. Wielu prawosławnych nie dowierza ekumenicznym deklaracjom Kościoła rzymskokatolickiego. Przyczyniły się do tego całe wieki eklezjologii nawracania. W reakcji obronnej strona prawosławna często podkreślała, że Kościół katolicki jest heretycki.

KAI: Jednak były wyjątki w naszym Kościele, ludzie, którzy relacje katolicko-prawosławne widzieli inaczej...

- Stale wracam do osoby mądrego, francuskiego jezuity, ks. Filipa de Régis (1897-1955). W 1992 r. opublikowano jego niezwykły duchowy testament o szczególnej aktualności ekumenicznej, wyraźnie kontrastujący z duchem prozelityzmu biskupa d`Herbigny`ego. Francuski jezuita tuż przed śmiercią w 1954 r. przewidział misyjną nadgorliwość katolików, protestantów i innych grup chrześcijan, kiedy nadejdzie godzina wolności dla Rosji. Obawiał się, że przyniesie to niepowetowane szkody dla pojednania Kościoła katolickiego i prawosławnego. Ks. de Régis był szanowany przez prawosławnych i grekokatolików. Powtarzał, że powinniśmy być "bardziej chrześcijanami niż katolikami", w przeciwnym razie będą wciąż mnożyły się konflikty. (...)

KAI: Czym wzajemnie możemy się obdarzać, prawosławni i katolicy? Czego oczekiwaliby od nas prawosławni, a co my powinniśmy od nich czerpać?

- Jest to odwieczna kwestia ekumenii, czego chrześcijanie mogą się nawzajem od siebie uczyć. Sądzę, że samo zwracanie uwagi na piękno liturgii i śpiewu nie wystarcza. Potrzebna jest całościowa wizja synodalności Kościoła. Sami teologowie prawosławni przyznają, że zasada synodalności nie zawsze jest w pełni realizowana także w Kościele prawosławnym. Świadczą o tym choćby pojawiające się od czasu do czasu antagonizmy pomiędzy poszczególnymi. Kościołami autokefalicznymi. Wszyscy nie dorastamy do pewnych ideałów eklezjalnych, które sobie stawiamy przed oczy. Możemy się wiele uczyć patrząc na doświadczenie wieków i świadectwa tych, którzy dochodzili do prawdy nie poprzez decyzję jednego, ale wszystkich najbardziej odpowiedzialnych za sprawy Kościoła. Taki jest sens greckiego słowa "sýnodos" - wspólna droga. Logika prawosławnej synodalności powinna przenikać się z bardziej centralistyczną logiką eklezjologii rzymskokatolickiej i ją korygować. Wtedy może narodzi się kiedyś nowa jakość myślenia eklezjologicznego, inspirowanego zasadą wzajemnego przenikania się świadomości (perichóresis).

Niedościgłym wzorem jest w tym względzie chrześcijańska nauka o Trójcy Świętej i wzajemnych relacjach Osób Boskich. Nie bez powodu dokumenty pierwszego dziesięciolecia dialogu katolicko-prawosławnego często nawiązują do tajemnicy jedności i pełnej wzajemności Osób Boskich.

Innym darem dla nas może być misteryjno-mistyczne bogactwo Kościoła prawosławnego. To, że Wschód lepiej potrafi "zagubić się w Bogu" może być lekarstwem na aktywizm Zachodu. Pomaga odzyskać zdolność do kontemplacji, milczenia i wewnętrznego uciszenia, które wykreślamy coraz bardziej z naszego życia. Przenikanie się naszych tradycji oraz wzajemne obdarowywanie jest przyszłością chrześcijaństwa. Bez tego nie powstanie pełniejsza synteza wiary. Trzeba uczyć się trudnej umiejętności wzajemnego zrozumienia i zaufania. Proces żywej wymiany nie może być tylko odgórnie nakazany. Musi także rodzić się oddolnie pośród ludzi wierzących. Wzajemne obdarowywanie się jest pięknym świadectwem uniwersalizmu Ewangelii. Warto przypomnieć, że pomimo długiego procesu wzajemnego wyobcowania dopiero w wieku XVIII utrwaliły się dwa odrębne bloki konfesyjne, katolicki i prawosławny. Łacinnicy podważyli ważność sakramentów sprawowanych przez chrześcijan wschodnich nie będących w jedności z papieżem. Rzymska Kongregacja Krzewienia Wiary zakazała w 1729 r. wiernym uczestnictwa w sakramentach Kościoła prawosławnego. W odpowiedzi patriarchowie wschodni uznali w 1755 r., że chrzest w Kościele łacińskim jest nieważny, a katolików należy traktować jak pogan.

Ekumenia uczy, że jesteśmy zdani jedni na drugich, że stanowimy uczącą się wspólnotę Kościołów - "a learning community of Churches". Jeżeli będziemy mieli pokorę bycia uczniami Chrystusa, to i Kościoły będą bardziej potrafiły uczyć się od siebie nawzajem.

KAI: Co ksiądz profesor sądzi o apelu biskupa Hilariona z Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego wygłoszonym podczas VI Zjazdu Gnieźnieńskiego w tym roku o utworzenie przymierza katolicko-prawosławnego?

- Bp Hilarion mówił o potrzebie takiego europejskiego przymierza, które umożliwiłoby "wspólną walkę z sekularyzmem, liberalizmem i relatywizmem". Proponował, abyśmy mówili do światowej społeczności "jednym głosem". Przymierze to miałoby mobilizować nasze Kościoły do wspólnego działania. Osobiście wolę posługiwać się terminologią bardziej pozytywną: nie słowami "wspólna walka", lecz "wspólne świadectwo". Niech przymierze katolicko-prawosławne stanie się miejscem wspólnego świadczenia o nowości Ewangelii i zmartwychwstania Chrystusa, któremu wciąż poświęcamy za mało uwagi. Kryzys wiary w zmartwychwstanie dotyka dziś wiele kręgów chrześcijańskich. Przymierze takie powinno by pokazywać, jak wielką wartością jest Ewangelia. Jesteśmy wciąż na początku realizacji jej wskazań. Przypominał o tym w Rosji ks. Aleksandr Mień, we Francji kard. Jean-Marie Lustiger, a u nas ks. Józef Tischner. Patrząc na dzieje chrześcijaństwa trzeba mieć odwagę przyznać się do popełnionych błędów. Ewangelia była źródłem i takich wartości, które musiały wyemigrować na obrzeża chrześcijaństwa, aby później pojawić się w pewnych ruchach świeckich i wrócić do nas inną drogą, w postaci praw człowieka, zasad równości, wolności sumienia. Jeśli w ogóle powstanie, przymierze katolicko-prawosławne powinno koncentrować się na spokojnym prezentowaniu piękna Ewangelii, które promieniuje od wewnątrz. Nie można koncentrować się na wspólnych potępieniach wojującego sekularyzmu. Chrystus nie potępiał ludzi błądzących. Potrafił ich rozumieć i cieszył się z nawrócenia człowieka.

KAI: Tym bardziej, że Chrystus nie przyszedł do chrześcijan, lecz do wszystkich: Żydów, pogan, Rzymian....

- Chrystus przyszedł do wszystkich. Jego Ewangelia jest dla wszystkich ludzi. W chrześcijaństwie żyje niezwykły duch uniwersalizmu, którego wciąż nie jesteśmy w stanie zgłębić i wyrazić w życiu. Jeżeli przymierze katolików i prawosławnych będzie polegało na wspólnym świadectwie i stopniowo przystąpią do tej inicjatywy także inni chrześcijanie, to i wtedy nie łudźmy się. Ten wspólny głos może być przez długi okres czasu tylko głosem wołającego na pustyni. Nie zatarła się jeszcze pamięć o dziejach chrześcijaństwa, niekiedy pełnych cierpienia, krwi i przemocy, inspirowanych niejednokrotnie przez błędne doktryny teologiczne. Chrześcijańskie Kościoły muszą najpierw odmienić swoje własne oblicze, pojednać się ze sobą, obdarzyć wzajemnym uznaniem, prawdziwie okazać miłość i przyjaźń do ludzi. Niech świat zobaczy spokojne, promieniujące dobrocią, mądre oblicze chrześcijaństwa!

KAI: Najważniejszym zdaniem teologii Księdza Profesora są słowa "Bóg jest Miłością". Jak Ksiądz Profesor rozwinąłby to zdanie w kontekście ekumenicznym?

- Słowa "Bóg jest Miłością" skłaniają do refleksji, jaką wizję Boga głosiliśmy w ciągu wieków. To dwukrotnie powtórzone zdanie św. Jana (1 J 4,8.16), szczególnie czczonego w tradycji Kościoła wschodniego brzmi jak ogromne wezwanie do podniesienia oczu i zdania sobie sprawy, jaki jest naprawdę Bóg chrześcijan, jak nas traktuje, jak potrafi leczyć, jakim jest pedagogiem. Jeżeli jest Miłością, to jest najlepszym Ojcem i najlepszym lekarzem. Usiłuję w swojej wizji Boga być konsekwentny. Idę linią nadziei i głoszę to pomimo wszelkich oporów. "Bóg jest Miłością" - to jest wyznacznik postępowania chrześcijan. Nieraz to wielkie słowo "miłość" trzeba obdarzać orszakiem mniejszych słów. Słowo "miłość" można ogromnie spłycić. Traci ono wówczas swoją świeżość i nośność. Trzeba dołączyć do niego słowa mniejsze, codzienne, równie bliskie naszym ludzkim doświadczeniom. Mówmy o potrzebie zrozumienia, zaufania i życzliwości człowieka do człowieka. Mówmy także o życzliwości Boga dla ludzi. W tradycji chrześcijańskiego Wschodu Chrystus nazywany jest "Filanthropos" - Ten, który ludzi miłuje, który jest przyjacielem ludzi, nauczycielem przyjaźni do ludzi.

Dzisiaj słowo "miłość" przypomina także o tolerancji. W 1995 r. UNESCO ogłosiła deklarację o zasadach tolerancji. Określa ją jako "cnotę, która umożliwia pokój". Pozytywnie rozumiana tolerancja jest "harmonią w zróżnicowaniu", akceptacją inności drugiego człowieka, uszanowaniem jego odrębności, sumienia, prawa do bycia sobą, do własnej drogi. To przecież druga strona medalu, którym jest miłość.

Sobór Watykański II w swoich dokumentach nie wspomina o tolerancji. Słowo to nie pojawia się nawet w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym "Gaudium et spes". UNESCO ustanowiła dzień 16 listopada "Dniem tolerancji".

Niech i chrześcijanie popatrzą dzisiaj inaczej i życzliwiej na tę "cnotę umożliwiającą pokój"! Kiedy postępowanie ludzi doprowadzało Jezusa do iście boskiej pasji, mówił: "O plemię niewierne i przewrotne. Jak długo jeszcze mam was znosić?" (Mt 17,17; Mk 9,19). Uczniowie Jakub i Jan, kiedy nie przyjęto ich w Samarii, zwracają się do Mistrza: "Panie, jeśli chcesz, to powiemy, aby ogień spadł z nieba i ich spalił. Lecz On ich skarcił" (Łk 9,54-55). Niektóre greckie rękopisy notują w tym miejscu Jego dalsze słowa: "Nie wiecie, czyjego ducha jesteście". Jezus potrafił cierpliwie znosić ciasnotę myślenia i agresywne zapędy swoich uczniów. Swoim przykładem uczył ich szanować godność i inność ludzi.

Jak wiele postaw potrzebnych dla naszej współczesności można wciąż uczyć się z Ewangelii! Bóg jest Miłością, najlepszym i najbardziej skutecznym lekarzem i pedagogiem. Potrafi przekonywać i pociągać od wewnątrz, nie gwałcąc ludzkiej wolności. Niech nie lękają się obrońcy wolności! Wolność jest Jego darem. Szanuje ją bardziej niż to sobie możemy wyobrazić. Bóg nie pozostawia istoty stworzonej na Jego obraz i podobieństwo w stanie ostatecznego zatracenia i zagubienia. To wyraz Jego najwyższego szacunku dla wolności zagubionej i chorej. Jak nikt z ludzi potrafi On leczyć i przeobrażać naszą chorą wolność. Największy Pedagog świata ma wiele zrozumienia dla naszych grzechów, błędów i podziałów.

Jestem głęboko przekonany, iż ekumenia umysłu musi iść w parze z ekumenią serca. Nie wystarczą same uzgodnienia i debaty teologów. Ekumenizm uczy nowego stylu bycia uczniem Chrystusa dzisiaj. Mam nadzieję, że następne pokolenia okażą się bardziej pomysłowe w przezwyciężaniu ran podziału, że nie będą powtarzać błędów przeszłości. Sam Bóg zatroszczy się o pełnych twórczej wyobraźni, wytrwałych, mądrych apostołów jedności i pojednania. Wierzę w to.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję