Życie jest absurdalne, nie ma sensu i nie prowadzi donikąd... na dodatek obfituje w cierpienie, przepełnione jest przemocą i brakiem sprawiedliwości – takie konstatacje zapamiętuję z moich licznych rozmów prowadzonych z ludźmi, którzy poświęcili się „karierze zawodowej”, „realizacji własnych marzeń”, „wyzwalaniu się spod tyranii schematów”. To ludzie, którzy mają dobry status materialny, liczą się w swoich środowiskach, są nowocześni wedle serwowanych obecnie przez główne media „modeli samorealizacji”.
Skąd zatem ta nuta depresyjnego pesymizmu? Czyżby w przypadku tak dynamicznych karier, nowoczesności i blichtru czegoś zaczęło brakować? Takie opinie padają zwykle z ust ludzi, którzy właśnie przekroczyli tzw. smugę cienia na liniach swoich biografii. Dlaczego nie tryskają zdrowym optymizmem, nie snują dynamicznych planów na przyszłość, nie pouczają – jak to zwykle mieli w zwyczaju?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Długie rozmowy, wyznania padające po wielu godzinach zwykle prowadzą – jak w filozoficznej soczewce – do jednej konstatacji: życie jest absurdalnym wybrykiem materii, który nie tylko nie ma dalszych konsekwencji, ale nawet nie oferuje solidnego sensu.
Reklama
Oczywiście są też tacy, którzy szukają pocieszenia w pismach „samotnika z Królewca” – Emmanuela Kanta. Jego imperatyw kategoryczny daje pociechę etyczną i stwarza złudzenie trwałego systemu egzystencji wśród innych ludzi. Nawet jednak kantyści milkną, gdy przypominam im, że system Kanta nie był systemem materialistycznym, pozbawionym wiary w istnienie Istoty Najwyższej. Kant po prostu nazwał rzeczy, unikając ich zakorzenienia w sensie Bożym. Stworzył podstawę pod minimum, które później – choćby na polskie potrzeby – rozwinął Tadeusz Kotarbiński, pisząc o postawie „człowieka przyzwoitego” i cechach takiej postawy.
Wielu ciekawych ludzi kieruje się takim systemem, uciekając jednak przed bezwzględnym pytaniem: po co być przyzwoitym i ograniczać swoje zachcianki i popędy, skoro wszystko kończy się martwotą organicznej egzystencji i rozpadem w proch pamięci o nas? – Świat odziera ze złudzeń – mówią inteligentni ludzie, stąpając w swojej „smudze cienia”. – A na końcu i tak cmentarz, i ostateczny rozpad – dodają, wzruszając ramionami, tak jakby nagle usiadł na nich przytłaczający smutek.
Czasem – na pocieszenie – wybąkam im jeden z moich ulubionych cytatów ze św. Augustyna z Hippony: „Zmarli są niewidzialni, ale nie są nieobecni”. To budzi w nich przelotny uśmiech, ale potem powraca ta ostateczna fraza: „życie jest absurdalne”. Niektórzy dodają wtedy, że wcale nie są szczęśliwi z faktu, że to właśnie im się przytrafiło. Czuję narastającą w nich rezygnację i wysiłek, aby nie pogrążyć się w... rozpaczy.
Każdego z nas czeka koniec biologicznego funkcjonowania i na nic zdadzą się tu żenujące intelektualnie bajdy Juwala Harariego o perspektywie istnienia Homo deus.
Ktoś niecierpliwie syknie: no wiemy już, do czego pan tak dydaktycznie zmierza – do stwierdzenia, że życie bez idei Boga jest w samej swojej istocie smutne i absurdalne! Tak, ku temu właśnie zmierzam, nie widzę w tym niczego intelektualnie podejrzanego...
Sam fakt, że piszę te słowa na zalanym słońcem tarasie miłej kawiarni, w samym sercu pięknego letniego dnia, pokazuje, że nie trapi mnie zbytnio fakt, iż w czasie pisania tego tekstu minęły bezpowrotnie chwile, które nieuchronnie przybliżają mnie do śmierci. Przyjemność przemijania nadaje sens różnym chwilom, kiedy nie myślę o nieokiełznanym losie, a nadaję mu oblicze Pana Boga. To właśnie On odebrał mojemu egzystowaniu cień absurdalności. Wiem, że w niewyjaśnionym porządku kosmosu mój los pisze się na odrębnej strunie, która... wyciągnie mnie ku poznaniu tajemnicy.
Stawać u wrót największej tajemnicy i żyć tak, jakby jej rozwiązaniem był absurd, to bardzo mało rozsądne. Następstwa takiej myśli opisałem powyżej.
