Reklama

Kościół

O. Albert Osewski: Głosić Ewangelię wśród narkomanów, alkoholików, prostytutek i członków gangów

Ewangelię głosił wśród narkomanów, alkoholików, prostytutek i członków gangów. W Nowym Jorku ratował dzieci przed aborcją. W Hondurasie i Nikaragui każdego dnia narażał swoje życie. Obecnie modli się w pustelni w Stanach Zjednoczonych. Ojciec Albert Osewski z Zakonu Franciszkanów Odnowy specjalnie dla "Niedzieli" opowiada o swoim codziennym życiu.

Niedziela Ogólnopolska 52/2021, str. 28-31

[ TEMATY ]

wywiad

franciszkanie

Krzysztof Tadej

o. Albert Osewski

o. Albert Osewski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Krzysztof Tadej: Czy Ojciec się bał, gdy był na misjach?

O. Albert Osewski: Chyba nie ma człowieka, który by się nie bał w sytuacjach zagrożenia życia.

Gdzie było najgorzej?

W Hondurasie. To do tej pory najbardziej niebezpieczny kraj, w którym mieszkałem. Działa tam wiele gangów. Było tak źle, że w domu zakonnym mieliśmy pistolet. Klasztor był otoczony 3-metrowym murem, na górze którego znajdował się drut kolczasty pod napięciem. Kiedyś musieliśmy ściągać jednego gościa z tego muru. Chciał przez niego przejść z maczetą, by nas zaatakować. Zahaczył jednak o druty i nie mógł zejść. Prosił, żeby go ściągnąć. Zadzwoniliśmy po policję, ale powiedzieli, że nie przyjadą, bo im się zepsuł samochód. Musieliśmy po nich pojechać, a potem wspólnie ratowaliśmy człowieka, który mógł nas zamordować.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Był okres, gdy w ciągu miesiąca w naszej kaplicy mieliśmy dziesięć ofiar postrzeleń. Sąsiednia parafia nie nadążała z pogrzebami po walkach gangów i poprosiła nas o pomoc.

Był Ojciec również w Nikaragui.

Mieszkałem tam 5 lat. Też nie było bezpiecznie. Przed klasztorem stało dwóch strażników z bronią przez 12 godzin. Broniły nas też trzy psy. Mimo tego nawet przy strażnikach złodzieje próbowali kraść wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

Reklama

W Nikaragui byłem kapelanem więziennym. Jak widziałem na ulicy bójki, to je rozganiałem. Dużo było tam takich sytuacji. Ale gdzie nie zdarzają się bójki? Ostatnio przyjechałem do Polski, do Wrocławia. Zobaczyłem bijatykę mężczyzn. Jeden uderzył drugiego w twarz butelką wódki. Polała się krew. Nikt się nie ruszył. W centrum Wrocławia! Doskoczyłem do tych mężczyzn, żeby opanować sytuację. Jednocześnie krzyczałem do przechodzącej kobiety, by zadzwoniła po policję. Nic nie zrobiła. Poszła sobie. Inni podobnie. To dla mnie szokujące. Widzę, że w Polsce teraz panuje znieczulica.

Od ilu lat jest Ojciec w zakonie?

W tym roku minęły 22 lata. W 1994 r., gdy miałem 17 lat, wyjechałem z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dwa lata później, w Nowym Jorku, przeżyłem nawrócenie i zacząłem pomagać m.in. narkomanom, alkoholikom. W tym czasie spotkałem braci z Zakonu Franciszkanów Odnowy. Nie chcieli mnie jednak przyjąć do zakonu z powodu mojej nieuregulowanej sytuacji prawnej. Stało się tak dlatego, że wygasła moja wiza turystyczna. Ale nie zrażałem się tą odmową. Napisałem do wszystkich prowincji franciszkańskich w Polsce i poprosiłem o możliwość wstąpienia do zakonu. Odpowiedzieli tylko bracia z Zakonu Franciszkanów Konwentualnych z Krakowa. W ciągu 2 tygodni wróciłem do Polski i zacząłem u nich postulat. Byłem tam przez rok. Mieszkałem m.in. z bratem Józefem, który składał śluby zakonne na ręce św. o. Maksymiliana Marii Kolbego, a także z siostrzeńcem o. Michała Tomaszka. Od niego dostałem relikwie, które mam w krzyżu przy habicie. Z nimi przemierzam świat.

Jakie to relikwie?

Krew misjonarzy zastrzelonych w Peru – błogosławionych o. Michała Tomaszka i o. Zbigniewa Strzałkowskiego. Krew, która wsiąkała w piasek w miejscu, gdzie zostali zastrzeleni. Noszę je między belkami krzyża. Mam tam też inną relikwię – włosy św. Matki Teresy z Kalkuty.

Reklama

Nie został Ojciec jednak franciszkaninem konwentualnym. Jak trafił Ojciec do Zakonu Franciszkanów Odnowy?

Po jakimś czasie dostałem dokumenty, które umożliwiły mi wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Zdecydowałem się wstąpić do Zakonu Franciszkanów Odnowy. W Nowym Jorku odbyłem całą formację i w 2010 r. przyjąłem święcenia kapłańskie.

Franciszkanie Odnowy to zakon, który został założony stosunkowo niedawno, bo w 1987 r.

Nazywani jesteśmy również Szarymi Aniołami, Braćmi z Bronxu albo Franciszkańskimi Braćmi Odnowy. Wywodzimy się od kapucynów – nawet na początku nazywaliśmy się Kapucynami Odnowy. Teraz nasza oficjalna nazwa to Franciszkanie Odnowy. I nie chodzi o związki np. z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym, ale o odnowę wewnętrzną przez pokutę, modlitwę i pracę z ubogimi.

Zapytałem kiedyś jednego z naszych braci, co jeszcze powinno wyróżniać nasz zakon. Odpowiedział, że ewangelizacja na ulicy – wśród biednych, opuszczonych, cierpiących i potrzebujących. Dlatego tutaj, w Rzymie, gdzie dzisiaj rozmawiamy, codziennie rano wychodzę na ulicę i szukam takich ludzi. Dla przykładu zapraszam na kawę bezdomnego Dmitrija z Rumunii. Pracował we Włoszech, ale spadł z drabiny, w następstwie tego wypadku chodzi o kulach i stał się bezdomnym. Rozmawiam z nim o Bogu, o życiu. To codzienna, bezpośrednia ewangelizacja.

Reklama

Niektórzy mówią, że nasz zakon cechuje radykalizm. Uważam, że po prostu stosujemy regułę św. Franciszka, której pierwsze zdanie brzmi: „Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa przez życie w posłuszeństwie, bez własności i w czystości”. Zachować Ewangelię – nic więcej i nic mniej. Nie dyskutujemy, nie bawimy się w różne interpretacje, ale po prostu tak staramy się żyć.

Moja wspólnota współpracuje ze Zgromadzeniem Sióstr Misjonarek Miłości. Jesteśmy z tego samego nurtu charakteryzującego się wspólnotową modlitwą, adoracją i bezpośrednią ewangelizacją. Obserwowałem siostry od Matki Teresy. Dla mnie to anioły. Pomagają wszystkim potrzebującym bez filtrowania i zastanawiania się, czy np. ktoś jest niebezpieczny. Ci ludzie już po 2-3 tygodniach się zmieniają. Nawet najgorsi przestępcy. Po 25-letnim pobycie w więzieniu odmawiają Różaniec i stają się gorliwymi chrześcijanami. Dla mnie to fenomen. Później trafiają do naszego schroniska w dzielnicy Bronx w Nowym Jorku.

Bronx to jeden z pięciu okręgów Nowego Jorku, w którym mieszka ponad 1,4 mln ludzi. To dzielnica, którą wielu mieszkańców tego miasta omija z daleka...

Są tam gangi, narkomani, prostytutki, alkoholicy. 70% młodych mężczyzn ma broń. Nawet 12-, 13-latkowie noszą przy sobie spluwy, nieraz strzelają i zabijają. Tam właśnie głosimy Ewangelię. Mówimy, że Bóg jest miłością.

Reklama

W dzielnicy, która jest piekłem na ziemi?

Ludzkim piekłem. Choć wolę określenie, że jest to miejsce ogarnięte ciemnością. Ludzie żyją tam w mroku. Mimo to w żadnym innym miejscu nie widziałem tylu cudów – uzdrowień, przemiany serc, uwolnień duchowych osób opętanych. Potencjalni samobójcy np. w ostatniej chwili rezygnowali tu ze swoich zamiarów, powołując się na Boga. Spotykałem prostytutki, które mówiły do mnie: „Szczęść Boże”. Myślę, że tam, gdzie jest grzech, jest również dużo łaski Bożej. Dla nich Bóg jest światłem w mroku.

Czyli w każdym człowieku jest trochę dobra...

Zawsze tak jest. Na przykład dilerzy, którzy handlują narkotykami, czynią ogromne zło. Gdy jednak przechodzę obok nich, to często ostrzegają, żeby nie iść jakąś ulicą, bo za chwilę będzie tam niebezpiecznie. Widziałem gangsterów, którzy przechodząc koło naszego klasztoru, zatrzymują się przed figurą Matki Bożej, zdejmują czapkę, wyrzucają papierosa i robią znak krzyża. Jest w nich lęk przed Bogiem i respekt wobec ludzi, którzy do Niego należą. Mieszkańcy dzielnicy Bronx są grzeszni, ale nie głupi. Są bardzo otwarci na Ewangelię.

Reklama

Dlaczego Ojciec chce nawracać ludzi właśnie w takich miejscach?

Nie chodzi o mnie. Lepiej jest się zastanowić: dlaczego Jezus chce tam być? Miałem duszę na ramieniu, kiedy słyszałem kule, które przelatywały obok mnie, albo gdy ktoś się włamywał do klasztoru, w którym mieszka siedemnastu braci. Włamywacz wiedział, że potrafimy się bronić, a jednak wchodził z bronią. Patrząc po ludzku – nikt nie chce jechać w takie miejsca. Matka Teresa pytana, dlaczego pomaga ludziom na ulicy, którzy śmierdzą, są chorzy, mogą ją zarazić i często nie są wdzięczni, powiedziała, że nawet za milion dolarów nie chciałaby tego robić, ale robi to, bo Jezus mówi do niej: „Pójdź i bądź moim światłem”. I my też wchodzimy tam, gdzie jest mrocznie i ciemno. Do miejsc, gdzie namacalnie widać zło.

W Bronksie mamy dwa klasztory, w których jest ok. dwudziestu zakonników. W innych krajach klasztory naszego zgromadzenia również znajdują się w dzielnicach biednych, trudnych do życia. Przykładowo – w Irlandii mamy dwa; jeden w miejscu, gdzie wokół mieszkają Cyganie i nikt tam nie chce przyjeżdżać. W Londynie, w północnej dzielnicy, jesteśmy wśród muzułmanów, a w Nowym Jorku – w Bronksie i w Harlemie. Jesteśmy też w Fort Worth, Albuquerque i Newark. W tym ostatnim mieście mieszkamy między trzema gangami. Kiedyś mieli przyjechać rodzice jednego z naszych zakonników. Przed ich wizytą energicznie zmywaliśmy krew z chodnika przed klasztorem, bo dzień wcześniej do kogoś strzelano. Ten człowiek był ranny, czołgał się po chodniku i zostawił smugi krwi.

Reklama

Jaka była najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna sytuacja, którą pamięta Ojciec ze Stanów Zjednoczonych?

Kiedyś wracałem z Polakiem – br. Sebastianem Kajko z wieczoru modlitw na Manhattanie do naszego klasztoru w Yonkers. Yonkers to miasto na północ od Bronxu, gdzie produkuje się crack, czyli najbardziej niebezpieczną formę kokainy. Gdy dojeżdżaliśmy do naszego domu, zobaczyliśmy grupę 30-40 bijących się osób. Wybiegłem z samochodu i wskoczyłem w tę grupę. To było niebezpieczne, bo przecież nie wiedziałem, ile osób ma broń, noże. Kiedy znalazłem się w samym środku, zobaczyłem, jak wielki facet okłada pięściami malutkiego Latynosa. Wśliznąłem się między nich i krzyczałem, ile miałem sił: „Stop! Stop! W imię Jezusa, przestańcie!”.

I co się stało?

Jak w filmie, nagle cała grupa zamarła. Jakby ktoś zrobił stop klatkę. Można było zrobić zdjęcie, nikt nawet nie mrugnął. Po chwili ktoś się ocknął i znowu zaczął bić. I wszyscy zaczęli robić to samo.

A ten wielki człowiek, który bił Latynosa?

Wykazał się nawet odrobiną kultury: jedną ręką mnie odsuwał, a drugą bił tego człowieka. Po chwili znowu wskakiwałem między nich, a on ponownie mnie odsuwał i bił tego drugiego. Mnie nie uderzył. Niewiele mogłem zrobić, bo miał ponad 2 m i ważył ze 110 kg.

Czy nie lepiej było zadzwonić na policję?

Policyjne samochody stały obok z włączonymi kogutami, funkcjonariusze jednak nie interweniowali, bo się bali. Słyszałem, jak przez radio mówili: „Nie ruszać ich”. Zresztą nikt tam nie przejmuje się policją.

Jak to wszystko się skończyło?

Zachowałem się jak kompletnie szalony człowiek. Podniosłem ręce do góry i ponownie krzyczałem: „W imię Jezusa, przestańcie!”. I tak przez 3 minuty. Może to świadczyło o mojej głupocie, bo mogłem dostać nożem w brzuch, a może to siła Boga? Po tym czasie nastąpił cud. Powoli zaczęli się rozchodzić.

Reklama

Nie pomogli Ojcu np. inni mieszkańcy?

Wszyscy się tam boją. Działają według zasady: nic nie widzę, nic nie słyszę, nie reaguję. Nikt nie powiedział choćby słowa, gdy w biały dzień okradali nasze samochody stojące na parkingu przy klasztorze. Po tych doświadczeniach zostawialiśmy je otwarte, żeby nie wybijali szyb i zobaczyli, że nic nie mamy w środku.

W Nowym Jorku przed klinikami aborcyjnymi namawiał Ojciec kobiety, żeby nie zabijały swoich dzieci. Łatwo było je do tego przekonać?

Niektórzy twierdzą, że to niemożliwe. Mówią, że to taka sama sytuacja, jakby ktoś chciał zatrzymać ciężarówkę, która na piątym biegu zjeżdża w dół z wysokiej góry. Kobiety są bardzo zdeterminowane, jednak ani ja, ani pozostali zakonnicy z mojego zgromadzenia czy też inni kapłani nie rezygnujemy z walki o życie. W samym Nowym Jorku jest sześćdziesiąt dziewięć klinik aborcyjnych. W dzielnicy Bronx więcej jest usuwanych ciąż niż narodzin.

Przed każdym wyjściem przed klinikę długo się modlimy na różańcu. Wychodzimy rano, przed godz. 8, i obserwujemy. Czasami rozmawiamy z kobietą, czasami z mężczyzną, który jej towarzyszy. Jeśli stanowczo nie chcą, żebyśmy do nich podchodzili, to pokazujemy ulotkę z informacją, że mogą otrzymać pomoc.

Dużo osób udaje się przekonać?

Kiedyś, tylko jednego dnia, aż siedemnaście kobiet zrezygnowało z aborcji!

Reklama

Co Ojciec mówił do tych kobiet?

Przekonywałem je, że dostaną wsparcie, że zajmą się nimi organizacje, które pomagają samotnym matkom. Mówiłem o nadziei. Nie o dziecku, bo kobiety idące do kliniki myślą o sobie. Uważają, że idą pozbyć się problemu. Twierdzą, że muszą to zrobić, bo albo „umrą” one – dla swoich marzeń, planów, rozwoju kariery – albo umrze dziecko. Na przekonanie ich mamy zwykle kilka sekund.

Dlaczego tylko tyle?

Wcześniej kobiety są informowane przez pracowników kliniki, żeby na nas nie zwracały uwagi. Mówi się im, że tam czekają szaleńcy i religijni fundamentaliści. Mimo że nasza obecność jest pokojowa, nieraz dochodzi do przepychanek i rękoczynów. Pod kliniką są policjanci, prawnicy, kamery telewizyjne, ale jak się okazuje, my nie mamy prawie żadnych praw. Ochroniarze mogą na nas pluć, mogą nas wyzywać, a nawet bić... Policja nic nie robi. Gdybym jednak dotknął kobietę, to od razu by mnie aresztowano – jeden z naszych ojców teraz siedzi w więzieniu i grozi mu 16 lat pozbawienia wolności.

Reklama

Co jest dla Ojca najbardziej wstrząsające podczas tych rozmów?

Nieraz matka na siłę ciągnie córkę do kliniki albo babcia wnuczkę. Są też inne sytuacje. Niektóre kobiety, wychodząc z domu, modlą się, żeby Bóg je zatrzymał. Mówią: „Boże, nie chcę tej aborcji”. Czasami głos zakonników odbierają jako znak od Boga. Słyszymy płacz kobiet i słowa: „Boże, modliłam się, żeby ktoś mnie zatrzymał. Dziękuję”. Kiedyś pomagałem Polce, która mieszkała w domu dla bezdomnych kobiet w Nowym Jorku. Organizowałem pieluchy, leki, witaminy. Potem kobieta dała świadectwo w kościele św. Stanisława Męczennika. Powiedziała, że urodziła dziecko, nie mając pieniędzy i przyjaciół. Ojciec dziecka też ją opuścił. Dodała: „Gdy moja matka była w ciąży, lekarze powiedzieli jej, że urodzę się z zespołem Downa, dlatego powinna dokonać aborcji. Matka urodziła nie tylko mnie, ale również sześcioro mojego rodzeństwa. Ten przykład miał na mnie ogromny wpływ. Mam czyste sumienie. Urodziłam swoje dziecko”.

Najpiękniejszym dla mnie momentem są chwile, gdy matki, które zrezygnowały z aborcji, przychodzą podziękować razem ze swoimi dziećmi. To najbardziej wzruszający moment, gdy widzę uśmiechnięte oczy uratowanego dziecka.

Jak wygląda Boże Narodzenie w Bronksie?

W naszym klasztorze jest bardzo skromnie. Myślę, że Jezus czuje się jak u siebie, bo u nas jest prawie tak, jak ponad 2 tys. lat temu w Betlejem. Nie mamy nawet obrusów na stołach. I tak leży sobie Jego figurka w naszej prostej, skromnej kaplicy. Za to budynek klasztoru ozdabiamy światełkami. To chyba jedyny budynek w Bronksie, który jest tak ozdobiony. W tych dniach przygotowujemy więcej posiłków dla biednych, ubogich i bezdomnych.

Czy w czasie Bożego Narodzenia zło zamiera? Jest mniej zabójstw i pobić?

Ciekawe pytanie. Na pewno jest spokojniej. Nasi zakonnicy wychodzą z harmonią na ulicę i śpiewają kolędy. Po angielsku, po hiszpańsku. Ludzie się przyłączają i jest inaczej, radośniej. Śpiewamy też na Manhattanie przed katedrą św. Patryka, na Piątej Alei. Zauważyłem, że na tej jednej z najdroższych ulic świata ludzie są zszokowani. Ewangelia po prostu przeszywa ich serce i nie jest ważne, czy dotyczy to bogatego człowieka czy osoby biednej. Lubię tam jeździć, m.in. żeby zobaczyć wielki atlas przed katedrą postawiony przez Rockefellera. Później wchodzę do katedry, gdzie kardynał O’Connor na samym środku ustawił figurę Dzieciątka, które trzyma kulę ziemską. Pokazuje symbolicznie, że Pan Jezus, taki malutki i skromny, wszystko trzyma w swojej rączce...

Jakie ma Ojciec życzenia dla czytelników "Niedzieli" i dla Polaków?

Życzę, żeby nigdy nie wstydzili się Chrystusa. Kiedy na chwilę przyjechałem do Polski, odczułem, że u niektórych pojawił się jakiś wstyd w mówieniu o wierze, o Bogu. Jedni przestali chodzić do kościoła, a inni, kiedy z niego wychodzą, to są wycofani. Życzę zatem Polakom odwagi, żeby nie bali się przyznawać do Chrystusa. Odwagi, która pozwoli bardziej dostrzegać drugiego człowieka, jego potrzeby, jego cierpienie. Odwagi, która spowoduje, że zareagujemy, gdy widzimy człowieka, który umiera albo jest bity.

O. Albert Osewski franciszkanin Odnowy, pochodzi z Ełku, gra na perkusji

2021-12-20 20:02

Oceń: +4 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Capovilla: Niech kanonizacja dwóch papieży uczyni nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

"Pragnąłbym, żeby uroczystości kanonizacyjne służyły nie tylko oddaniu hołdu dwóm papieżom, którzy już otoczeni są chwałą w niebie, ale by uczyniły nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi" - powiedział abp Loris Francesco Capovilla. Kardynał-nominat, wieloletni sekretarz i najbliższy współpracownik najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie papieża Jana XXIII mówi w rozmowie z KAI m. in. o świętości papieża Jana, jego umiłowaniu Polaków, bliskich relacjach z kard. Stefanem Wyszyńskim, podobieństwach i różnicach osobowości i pontyfikatu papieża-Włocha i papieża-Polaka. Mówiąc m. in. o bł. Janie Pawle II stwierdził: "Był heroiczny i święty. To jego świadectwo wystarcza, by zgiąć przed nim nasze kolana i dziękować krajowi, który go wydał, wychował, umiłował, kocha i będzie kochał".

KAI: Eminencja, 22 lutego zostanie włączony do Kolegium Kardynalskiego. Jakie myśli towarzyszą w tej historycznej chwili byłemu osobistemu sekretarzowi najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie od 28 października 1958 r. papieża Jana XXIII? Abp Loris Francesco Capovilla: Kiedy Ojciec Święty 12 stycznia w południe ogłaszał nazwiska nowych kardynałów byłem tutaj, w swoim pokoju w Sotto il Monte, śledząc jak zwykle z radością papieskie rozważanie poprzedzające modlitwę „Anioł Pański”. Tak z wielkim wzruszeniem czynię każdej niedzieli. Kiedy na zakończenie ogłosił nazwiska nowych kardynałów, słuchałem ich w spokoju. Wreszcie na zakończenie Papież powiedział, że do grona tego włączy także trzech biskupów emerytowanych, ale kiedy wypowiedział moje: Loris Francesco Capovilla pomyślałem o moim ojcu i mamie, o moich wychowawcach w seminarium, wszystkich osobach, jakie spotkałem, wszystkich dobrodziejach mojej duszy i rzecz jasna. Pomyślałem też, iż jest to gest uznania dla milczącej, pokornej, naznaczonej pokorą służby u boku Jana XXIII. Posłuszeństwa papieżowi i Kościołowi powszechnemu, posłuszeństwa Kościołowi i Chrystusowi. Nie odczułem nic innego, poza wzruszeniem, żadnej satysfakcji osobistej. Poczułem się też w jedności z wszystkimi ludźmi dobrej woli, szukającymi Boga, jeśli są chrześcijanami - starającymi się żyć radami ewangelicznymi. Wyznam bowiem szczerze, że w moim długim życiu spotkałem więcej osób dobrych, niż złych. Przyznam, że Kościół w którym się urodziłem, w którym żyłem jako dziecko był Świętym Kościołem Rzymskim, Katolickim ale ten w którym jestem dziś wydaje mi się wspanialszy. Również moja ojczyzna przeszła przez wiele trudności. Nadal nie jest łatwo, ale jestem przekonany, że dokonaliśmy kilku kroków na drodze ku sprawiedliwości, zarówno we Włoszech, w Europie jak i na całym świecie. KAI: Czy współpracując z Janem XXIII miał Ksiądz Kardynał wrażenie, że jest to osoba święta? - Tak, bo był on jakby otwartą księgą. Opowiedział mi całe swoje życie: dzieciństwo, młodość . Mówił mi o swojej posłudze kapłańskiej. Wszystkim radzę, by przeczytali w jego "Dzienniku duszy", który jest odzwierciedleniem jego duszy kursu rekolekcji prywatnych, jakie odbył ze swym spowiednikiem przygotowując się do osiemdziesiątych urodzin. Rozpoczyna od rachunku sumienia. Mówi o pokorze, czystości, ubóstwie, posłuszeństwie, i dla każdego z tych paragrafów powiada - nic nie znajduję niczego w mym życiu przeciw tym cnotom. To dotyczy każdego z nas, także ludzi świeckich, a nie tylko duchowieństwa, kiedy słyszymy jak papież Jan powiada, że jego długim życiu - nigdy, nic nie było takiego, co byłoby sprzeczne z czystością, do której został powołany. Kiedy spojrzymy na to wyznanie, to wydaje mnie się jakby cudem światła rzucanym na nasz wiek. KAI: Co zdaniem Eminencji było najbardziej godne podziwu w osobowości Jana XXIII? - Najlepiej to chyba wyraził wielki francuski pisarz Georges Bernanos, gdy postawiono mu pytanie: kim jest święty? Czy też w kategoriach świeckich: kto jest bohaterem nauki, patriotyzmu czy kultury? "Świętym jest ten, który nigdy nie przestał być dzieckiem". Ale to dziecięctwo jest stopniowym dojrzewaniem do swego powołania i misji. Papież Jan myślał jednie o tym, żeby być księdzem, myślał tylko o tym by sprawować Bożą służbę przy ołtarzu, na którym znajduje się mszał - zawierający Słowo Boże, Boże objawienie i kielich - służący do sprawowania najwznioślejszego z sakramentów. Dla niego przewodnikiem były słowa św. Jana Chryzostoma: być prostym i roztropnym - to szczyt życia chrześcijańskiego. I dodawał - i to jest życie anielskie, to oznacza żyć tak, jak aniołowie. KAI: 27 kwietnia w niedzielę Miłosierdzia Bożego Jan XXIII zostanie ogłoszony świętym razem z naszym rodakiem, Janem Pawłem II. Czy są jakieś elementy łączące tych dwóch wielkich ludzi Kościoła? - Muszę powiedzieć, że poznałem biskupa Karola Wojtyłę, wraz z kard. Stefanem Wyszyńskim podczas II Soboru Watykańskiego. W sierpniu 1979 roku zostałem przyjęty na audiencji w Castel Gandolfo. Jan Paweł II określił wówczas Jana XXIII prorokiem. I dodał, że prorocy cierpią, ale on miał rację i żyjemy dziś w nowych, zainaugurowanych przezeń czasach. Chciałbym też zaznaczyć, że obydwaj żyli w innej epoce, że chodzi o inne środowisko wychowawcze, pochodzenie, doświadczenia życiowe. Ale z pewnością podziwiamy dwóch ludzi Kościoła, którzy oddali się bez reszty Bogu i ludzkości. Papież Jan, będąc dobrym Włochem kochał swoją ojczyznę i z nakazu papieża Benedykta XV po I wojnie światowej dokonał wizytacji wszystkich diecezji włoskich, by rozbudzić ducha misyjnego, który zawsze był pośród naszego narodu żywy. Później, w 1925 roku Pius XI wysłał go do Bułgarii. Jak mawiam, miał kapelusz w dłoni, zawsze podchodził z wielkim szacunkiem dla chrześcijan wschodnich. Nigdy nie nazywał ich "prawosławnymi", ale mówił "moi bracia". Kiedy pewien prawosławny powiedział do niego: "Panie przedstawicielu papieża, chciałbym pojechać na studia do Rzymu, jeśli uzyska Pan dla mnie stypendium, to jestem gotów stać się nawet katolikiem". Będąc wówczas młodym papieskim przedstawicielem abp Roncalli wyraźnie stwierdził, że nie chce, aby ktokolwiek odniósł wrażenie, że przybył do Bułgarii, aby uprawiać prozelityzm. Zwracając się do tego młodego, 22- letniego alumna prawosławnego seminarium w Sofii powiedział: "Niech pan nauczy się miłować Jezusa, swój naród i jemu służyć. A skoro stwarza mi pan okazję, to chciałbym jasno powiedzieć, że my katolicy i prawosławni nie jesteśmy nieprzyjaciółmi, lecz braćmi. Łączy nas Księga Bożego Objawienia, chrzest, sakramenty, a zwłaszcza Msza św., nabożeństwo do Matki Bożej. Rzeczywiście istnieje kwestia jedności, prymatu Piotra, ale to rozdarcie nastąpiło tysiąc lat temu. Ci którzy do niego doprowadzili, już nie żyją, minęły wieki. Dzisiaj naszym zadaniem - pana prawosławnego i mnie katolika jest czynienie siebie Chrystusem, mamy upodobnić się do Chrystusa wraz z naszą wspólnotą. Kiedy upodobnimy się do Chrystusa, jedność będzie faktem". Jest to cud, którego obecnie oczekujemy, za naszych dni pod przewodnictwem naszego papieża Franciszka. Chciałbym dodać, że pontyfikat Jana XXIII trwał mniej niż 5 lat, zaś Jana Pawła II niemal 27 lat. Łatwiej jawić się jako osoba wybitna w krótkim okresie, niż w tak długim, jak papież Polak. Jan Paweł II bardzo ukochał ludzkość i w swoich pielgrzymkach dotarł do najbardziej odległych zakątków ziemi, aby zanieść Jezusa, Jego nauczanie - miłości i pokoju. Wszyscy pamiętamy to tragiczne wydarzenie na placu św. Piotra z 13 maja 1981 roku - zamach na papieża. Działo się to w czasie audiencji - spotkania z ludźmi, którzy go kochali. Natychmiast przebaczył zamachowcowi. Pewnie ktoś powie - to przecież obowiązek chrześcijanina, ale w przebaczeniu Jana Pawła II było coś więcej: bo po wielu latach, w roku 2002 powiedział to w Bułgarii, że nigdy nie sądził, aby ktoś z Bułgarów mógł spiskować przeciw niemu. Był w tym heroiczny i święty. To jego świadectwo wystarcza, by zgiąć przed nim nasze kolana i dziękować krajowi, który go wydał, wychował, umiłował, kocha i będzie kochał. KAI: Dla Polaków niezmiernie ważnym jest niesłychanie życzliwy stosunek Jana XXIII do Polski. To on w październiku 1962 r., przyjmując delegację naszego episkopatu, przybyłą na Sobór, powiedział o ziemiach zachodnich jako "po wiekach odzyskanych" - na długo przed oficjalnym uznaniem tego faktu przez wspólnotę międzynarodową. Powszechnie znany był jego bardziej niż życzliwy stosunek do kard. Wyszyńskiego, który był ostatnim hierarchą spoza Kurii Rzymskiej, którego przyjął umierający papież - 20 maja 1963 r. Skąd brała się u niego ta życzliwość i sympatia? - Po pierwsze: Jan XXIII znał historię. Kto ją zna, zdaje sobie sprawę z perturbacji, słabości i grzechów, ale potrafi także docenić dobro, męstwo i cnotę. Ostatnim jego sekretarzem w Paryżu był ks. Bolesław Szkiłądź. Ówczesny substytut w sekretariacie stanu, ks. prałat Montini (późniejszy Paweł VI) bardzo go cenił, jego znajomość języków, jego męstwo i dobroć. Polecił go abp Roncallemu, aby zorientował się, czy mógłby on pracować w dyplomacji watykańskiej. Poznałem, go, był naprawdę wielkim świętym. Niestety zmarł wkrótce po wyborze Jana XXIII, 8 listopada 1958 roku w Paryżu, na skutek wypadku drogowego. Nie wiem, czy panowie wiedzą, że w 1929 roku, kiedy abp Roncalli obchodził 25-lecie święceń kapłańskich to udał się na Jasną Górę i do Krakowa. Ale już wcześniej w 1912 roku gdy przebywał w Wiedniu to ks. Roncalli pojechał stamtąd na Węgry a następnie do Krakowa, gdzie w katedrze wawelskiej odprawił Mszę św. Po latach upamiętniono to wydarzenie. Trzeba też pamiętać, że jako patriarcha Wenecji kard. Roncalii w 1957 roku gościł prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Są zdjęcia ukazujące ich wspólną przejażdżkę gondolą po Canale Grande. Nie wiem, czy panowie wiedzą, że 28 października 1958 roku, kiedy został wybrany papieżem o 5.30 w kaplicy św. Matyldy w Watykanie sprawował Mszę św. kard. Roncalli, któremu służyłem, następnie o 6.00 odprawiał kard. Stefan Wyszyński, a o 6.30 ja. Byłem świadkiem wielu ich rozmów. Po zakończeniu konklawe Jan XXIII ofiarował kard. Wyszyńskiemu monstrancję odziedziczoną po Piusie XII, aby zawiózł ją na Jasną Górę. Prymas zapewnił, że każdego dnia na Jasnej Górze sprawowana będzie Msza św. w intencji Ojca Świętego i cały świat katolicki. Takich rzeczy się nie zapomina. KAI: Co chciałby Eminencja przekazać Polakom w przeddzień kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II? - Pragnąłbym, żeby uroczystości kanonizacyjne służyły nie tylko oddaniu hołdu dwóm papieżom, którzy już otoczeni są chwałą w niebie, ale by uczyniły nasze narody mądrymi, wielkodusznymi, otwartymi. Polakom, podobnie jak i Włochom życzę, aby przyjęli zachętę papieża Jana, który mawiał, że aby być księdzem, ale także katolikiem świeckim trzeba być wspaniałomyślnym i spoglądać na to co wyniosłe i przekraczające nasze ograniczenia, także poza Europę, zapatrzoną w chwałę przeszłości, swych zasług, ale potrzebującą spojrzenia, ku temu, za czym wszyscy tęsknimy, by biec, nie tylko podążać, ku ciągle odległym celom cywilizacji miłości. Rozmawiali: Krzysztof Tomasik, o. Stanisław Tasiemski Abp Loris Francesco Capovilla, arcybiskup tytularny Mesembria (Włochy). Urodził się 14 października 1915 w Pontelongo koło Padwy. Następnie jego rodzina przeniosła się w Wenecji-Mestre. 23 maja 1940 przyjął święcenia kapłańskie. W 1949 został redaktorem diecezjalnego tygodnika „La voce di S. Marco”. Przez ponad 10 lat, najpierw w Wenecji, a następnie w Watykanie był osobistym sekretarzem najpierw patriarchy Angelo Giuseppe Roncallego, a następnie 28 października 1958 r. papieża Jana XXIII. W latach 1963-1967 był ekspertem II Soboru Watykańskiego. 26 czerwca 1967 r. Paweł VI mianował prałata Capovillę biskupem Chieti i sam udzielił mu sakry biskupiej 16 lipca 1967 r. 25 września 1971 został promowany na arcybiskupa tytularnego Mesembria i mianowany prałatem Loreto. Zrezygnował z funkcji prałata Loreto w grudniu 1988, a jego następcą został prałat Pasquale Macchi, który był osobistym sekretarzem Pawła VI. 1 kwietnia ub. roku papież Franciszek odbył z nim rozmowę telefoniczną. Mieszka obecnie w rodzinnej miejscowości bł. Jana XXIII - Sotto il Monte koło Bergamo w północnych Włoszech. 22 lutego 2014 roku zostanie włączony do Kolegium Kardynalskiego, którego będzie najstarszym członkiem.
CZYTAJ DALEJ

Czy sztuczna inteligencja nas rozgrzeszy? AI w Kościele

2025-04-06 17:01

[ TEMATY ]

Kościół

sztuczna inteligencja

AI

Chat GPT

Red

Przeprowadziłam eksperyment i zadałam pytanie Chatowi GPT: Czy masz świadomość, gdzie jesteś? Odpowiedział: Ciekawe pytanie... Nie mam świadomości w takim sensie, w jakim mają ją ludzie — nie czuję, nie mam własnego „ja” ani poczucia miejsca. Działam w cyfrowym środowisku, odpowiadając na Twoje pytania i analizując dane, ale nie „jestem” fizycznie nigdzie. Można powiedzieć, że jestem tu, gdzie mnie używasz — teraz akurat w Twoim urządzeniu lub przeglądarce.

Sam Chat GPT podpowiada, że sztuczna inteligencja tylko analizuje dane, nie jest zaś inteligencją podobną do ludzkiej. Nie ma ona świadomości istnienia, nie ma też… inteligencji! Dlatego należy ją postrzegać nie jako sztuczną formę inteligencji, tylko jako jeden z jej produktów. Właśnie na takie różnice między sztuczną inteligencją a świadomością ludzką zwrócili kilka dni temu uwagę uczestnicy konferencji w Sekretariacie Episkopatu, prezentując polskie tłumaczenie watykańskiego dokumentu nt. sztucznej inteligencji „Antiqua et nova” – adresowanego, co ciekawe, m.in. do duszpasterzy. I właśnie na ten aspekt pragnę zwrócić uwagę: w jaki sposób i w jakich granicach można zastosować sztuczną inteligencję w Kościele.
CZYTAJ DALEJ

25 lat Źródełka

2025-04-06 21:43

Magdalena Lewandowska

Pracownicy i wolontariusze "Źródełka" z bpem Jackiem Kicińskim.

Pracownicy i wolontariusze Źródełka z bpem Jackiem Kicińskim.

Centrum Rozwoju Dzieci i Młodzieży „Źródełko” od 25 lat działa przy parafii św. Jadwigi na wrocławskiej Leśnicy.

Nową wyremontowaną siedzibę poświęcił bp Jacek Kiciński. – To bardzo ważne miejsce dla wszystkich dzieci, które przychodziły kiedyś i będą tu jeszcze przychodzić. Pięknie wyremontowane pomieszczenia na pewno zachęcają, ale tym, co tworzy największą wartość tego miejsca są ludzie: opiekunowie i same dzieci – mówił biskup pomocniczy archidiecezji wrocławskiej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję