Reklama

Kościół

Mówił na nas: Młody las

O niezapomnianej górskiej wędrówce, czekoladach, jakich nikt wtedy nie miał, i majestacie Prymasa z ks. inf. dr. Janem Sikorskim, przez wiele lat proboszczem parafii św. Józefa na Kole w Warszawie, rozmawia Łukasz Krzysztofka

Niedziela Ogólnopolska 44/2019, str. 20-22

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Archiwum ks. inf. dr. Jana Sikorskiego

Nie mieliśmy niczego, co było potrzebne na tak długą pieszą wędrówkę. Tylko małe chlebaczki, w których były nasze brewiarze i koszule – wspomina ks. inf. dr Jan Sikorski

ŁUKASZ KRZYSZTOFKA: – Jako kleryk, kapłan oraz ojciec duchowny w warszawskim seminarium miał Ksiądz Infułat wiele okazji do osobistych spotkań z Prymasem Tysiąclecia. Jak Ksiądz zapamiętał pierwsze spotkanie z kard. Wyszyńskim?

KS. INF. DR JAN SIKORSKI: – Byłem wtedy na pierwszym roku seminarium. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Sama jego postać... To był książę Kościoła. Wszedł pełen dostojeństwa, ale z serdecznym i ciepłym uśmiechem. Pięknie przemawiał. Od początku byłem oczarowany jego osobą.
Na Boże Ciało zostałem wyznaczony przez ceremoniarza do niesienia przed Prymasem pastorału. Wielka procesja Bożego Ciała w Warszawie... Byłem wtedy dumny: miałem kilkanaście lat i niosłem ten pastorał. Wydawało mi się, że ludzie myślą, iż to ja jestem biskupem. Potem miałem okazję stanąć przy Prymasie, gdy głosił kazanie przy ostatnim ołtarzu, przy kościele św. Anny. Mówił wtedy, że nie pozwolimy carom siadać na ołtarzu. Widziałem z góry rzesze zasłuchanych ludzi i jego, przemawiającego z taką mocą. Pomyślałem sobie: to jest potęga!

– Do kleryków dochodziły z pewnością dramatyczne wieści o prześladowaniach Kościoła np. w Czechosłowacji, o rozwiązywaniu seminariów, o represjach...

– Pamiętam, jak kiedyś spotkałem się z kolegami na korytarzu w seminarium i zastanawialiśmy się, co będzie z Kościołem. Mówiliśmy jednak: przecież my mamy Prymasa, to możemy być bezpieczni. Ale później doszła do nas ta hiobowa wieść o jego aresztowaniu. Wszyscy bardzo ten moment przeżyliśmy. Słuchało się wtedy Radia Wolna Europa, w którym mówiono o protestach całego świata. Ale prognozy nie były dobre. Biskupi musieli podpisać lojalkę, wybrano bp. Klepacza z Łodzi na przewodniczącego Episkopatu. Te wieści były zatrważające.

– Jakie nastroje panowały wówczas w seminarium?

– Ja myślałem, że księdzem „oficjalnym” to nie będę. W swoim zapale zapisałem się do kółka introligatorskiego, żeby się nauczyć oprawiania książek. Myślałem sobie, że to będzie mój oficjalny zawód, a potajemnie będę księdzem. Nasz rok w seminarium był ogromny – było nas prawie 70. Zapał był więc duży, ale była też wielka niewiadoma, co się stanie. Później trzeba było cierpieć i czekać.

– 25 września 1953 r. Prymas został aresztowany i przewieziony do Rywałdu, następnie do Stoczka, a później do Prudnika i Komańczy. Ostatnie miejsce internowania Prymasa jest Księdzu szczególnie bliskie.

– W naszym seminarium klerykiem był siostrzeniec Prymasa – Włodek Sułek. Chodziły słuchy, że on ma jechać do swojego wuja do Komańczy. A my latem 1956 r. mieliśmy obóz klerycki w Murzasichlu z późniejszym biskupem Kazimierzem Romaniukiem, który był wtedy naszym prefektem. Z kolegą ks. Jerzym Chowańczakiem chodziliśmy trochę po górach. Kiedy obóz już się rozwiązywał, zrodził się w naszych głowach pomysł, aby pójść do Komańczy. Ja wtedy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Bieszczady”. Nikomu nic nie powiedzieliśmy, tylko wstaliśmy rano i wyruszyliśmy w drogę.
Nie mieliśmy niczego, co było potrzebne na tak długą pieszą wędrówkę. Tylko małe chlebaczki, w których były nasze brewiarze i koszule. W białych tenisówkach szliśmy w Gorce, potem przeszliśmy przez Szlembark, Muszynę i dotarliśmy do Krynicy.

– To ponad 200-kilometrowa trasa, na miarę wielu dzisiejszych pieszych pielgrzymek, które mają zorganizowane całe zaplecze logistyczne. Wy wyruszyliście zupełnie „w ciemno”...

– Tak, ale to dla nas nie było ważne. Oczywiście, nie mówiliśmy nikomu, że jesteśmy klerykami. Miałem tylko ogólną mapę województwa rzeszowskiego. Prowadził tam jakiś szlak z Krynicy, ale za Krynicą zginął i szliśmy przez jakieś wertepy. Później szliśmy na azymut, bez kompasów, patrząc na Słońce. Po drodze nikogo nie spotkaliśmy.

– Tak długa trasa wymagała poświęcenia i czasu. Ile dni wędrowaliście?

– Szliśmy w sumie cały tydzień. Po drodze napotykaliśmy kościoły, w których mogliśmy uczestniczyć we Mszy św. Spaliśmy u przypadkowych ludzi. Mieliśmy trochę szczęścia – roztropności żadnej. Pod wieczór trafiała się jakaś chałupa i tam nocowaliśmy. Pytaliśmy wtedy, w którą stronę dalej się idzie – nie mogliśmy używać słowa „Komańcza”, bo było to niebezpieczne.
Ostatniego dnia przyszliśmy w nocy, bez światła, na plebanię w Jaśliskach. Ksiądz proboszcz wyszedł w płaszczu, w ręce trzymał świeczkę. Przedstawiliśmy się, powiedzieliśmy, że jesteśmy klerykami z Warszawy i chcielibyśmy przenocować. Kapłan zaprosił nas do środka. Rano zaprowadził nas do sióstr sercanek na Mszę św. i bardzo podejrzliwie się nam przyglądał, nawet z nami nie rozmawiał. Dopiero potem, jak ubraliśmy się w komże i widział, że wiemy, jak służyć do Mszy św., to odetchnął. Później powiedział nam, że całą noc przez nas nie spał. Nie wiedział, kogo przyjął pod swój dach. Jemu powiedzieliśmy, że idziemy do Komańczy. Wskazał nam drogę.

– Komańcza była już na wyciągnięcie ręki. Ale przecież tamten teren był pilnie strzeżony przez wojsko...

– Tak, w pobliżu Komańczy dostrzegliśmy wojsko i szlaban na drodze. Uciekliśmy przez tory kolejowe do lasu, żeby nas nikt nie widział. Mieliśmy szczęście, bo szliśmy nie skrajem drogi, gdzie kończą się tory, ale od strony gór, nietypowo, jak gdyby za tym szlabanem, chociaż widzieliśmy go przed sobą. Siedzieliśmy w lesie i zastanawialiśmy się, co robić, gdzie się ruszyć. W pewnym momencie obok szlabanu dostrzegliśmy siostrę zakonną, która niosła jakieś paczki. Zaczęliśmy więc tak krążyć i kluczyć, aby spotkać się z tą siostrą już poza terenem objętym obserwacją. Udało się. Zaproponowaliśmy, że pomożemy jej nieść bagaże. W ten sposób doprowadziła nas ona do klasztoru. Przed samym klasztorem się pożegnaliśmy, nie powiedzieliśmy jednak, do kogo idziemy.

– Czy udało się spotkać z Prymasem?

– Gdy podeszliśmy do klasztoru, zadzwoniliśmy, ale bardzo długo nikt nam nie otwierał. W końcu wyszła siostra i zapytała, do kogo. Powiedzieliśmy, że do naszego kolegi Sułka. Zatrzasnęła drzwi. Czekaliśmy i czekaliśmy. W końcu Włodzio, ciekawy, wyszedł do nas. Zapytaliśmy, dlaczego tak długo. A on – że siostra powiedziała, iż jakiś Sikora przyszedł. Wyjaśnił, że pytał wuja, czy ma wyjść czy nie. Prymas odpowiedział, żeby nie wychodził. Ale nasz kolega był ciekawy, kto przyszedł... Zaprosił nas do środka i za chwilę zszedł do nas Ksiądz Prymas. Bardzo się ucieszył. Zaprosił nas na obiad. Byliśmy wzruszeni.

– Co wtedy mówił Wam Prymas?

– Pytał, co się dzieje w Warszawie. A ja zadałem Prymasowi takie „inteligentne” pytanie: Jak sądzi, jak długo tu zostanie? Odpowiedział, że ma tu coraz lżej, że pozwolili mu nawet iść w kierunku poczty. Ale tu go tak „kochają”, że prędko go stąd nie wypuszczą. Potem powiedział nam, że musimy już uciekać, bo ubowcy, którzy byli na pierwszym piętrze, zorientowali się, że przyszliśmy. Odprowadził nas. Wyszli też jego siostrzenica Danusia i Włodek, razem poszliśmy przez las. Prymas wskazał nam, gdzie będzie jechał pociąg. Pobłogosławił nas i dał nam dwie tabliczki czekolady. Wtedy to była sensacja – nie tylko że czekolada, ale jeszcze że od Prymasa! Lecieliśmy jak na skrzydłach. Wsiedliśmy do pociągu i dopiero w wagonie doszli do nas wopiści, ale byliśmy już za strefą nadgraniczną, więc nie mogli nam nic zrobić. Tak nam się udało szczęśliwie wrócić. Za jakiś czas, już po uwolnieniu Kardynała, przez Włodzia dostaliśmy obrazki z osobistym błogosławieństwem Prymasa.

– Jakim człowiekiem był Ksiądz Prymas na co dzień?

– W seminarium, kiedy trwał sobór, mówiono, że cały Zachód aż się trzęsie z powodu reform soborowych, a Prymas nie chce ich wprowadzać. Ale to nie była prawda. Prymas miał niesamowite wyczucie sytuacji Kościoła. Jak się z nim spotykaliśmy – czy to na Miodowej, czy gdy on przychodził do nas – mówił na nas, kleryków: młody las. Widać było, że kochał seminarium i księży.
Każde jego wystąpienie, uśmiech zawsze wnosiły coś takiego, że wszystkie opory, które próbowano tworzyć, słabły. Jak się pokazał, to od razu swoją obecnością przemieniał nasze sumienia i serca. Wcale tego nie wyolbrzymiam, tak wtedy to odczuwaliśmy, że to jest wyjątkowy człowiek. Bił od niego majestat. A jak siedział przy stole, to potrafił żartować, opowiadać dowcipy. Był bardzo ludzki i serdeczny.
Nieraz stwarzano wokół Prymasa aurę ogromnej surowości, a w rzeczywistości był on bardzo ciepły, życzliwy, prosty. To jednak nie przeszkadzało mu w tym, aby być nieugiętym, niezłomnym i powiedzieć: Non possumus! Czuło się jego przywództwo. Później rzeczywistość pokazała, jakie miał prorocze wizje, jak widział przyszłość kraju, jak bardzo bronił różnych duszpasterstw środowiskowych – nauczycieli, lekarzy, młodzież.
Kardynał czuł, że trzeba wyraźnie pokazać wiarę rodaków. Doskonale rozumiał i czuł duszę narodu! Jego myśl była ponadczasowa i prorocza, ale musiał znieść wiele niezrozumienia. Dopiero potem się okazało, że miał rację, że to była jego wspaniała strategia.

– Z czego wynikała ta prorocza myśl Prymasa?

– Był człowiekiem bardzo bliskim ludu. Jako syn organisty wychowywał się blisko kościoła, w atmosferze bardzo religijnej. Pochodził z Podlasia i bardzo kochał te strony. Sam fakt, że podjął studia społeczne, które nie były przed wojną popularne – stanowiły wtedy pewne novum – świadczy o tym, że widział problemy robotników we Włocławku, prowadził dla nich uniwersytet robotniczy. Miał niezwykłe wyczucie rzeczywistości ziemskich. Myślę, że on to wyssał z mlekiem matki. Kochał Maryję, Kościół, naród, Polskę. Prowadził głębokie życie duchowe. To z niego „wychodziło”. W seminarium zawsze podziwiałem, że prawie za każdym razem nawiązywał w swoich wystąpieniach do Liturgii dnia i cytował ją po łacinie. Miał wszystko świeżo w pamięci i widać było, że nie tylko odmawiał te modlitwy, ale też je czuł i nimi żył. Był człowiekiem głębokiego życia wewnętrznego, głębokiej modlitwy i wielkiego zawierzenia Bogu.

– Kardynał Wyszyński był księciem Kościoła nie tylko zewnętrznie, ale też mentalnie, myślał i patrzał daleko w przyszłość...

– Pamiętam szczególnie jego przemówienie, w którym powiedział, że problem komunizmu rozstrzygnie się nie w Rosji, tylko w Polsce. Mówił, że polska wiara i przywiązanie do wartości rozsadzą komunizm. To było proroctwo, bo wtedy wcale nie było to oczywiste. Kto wierzył, że komuna padnie? Wydawało się, że jest nie do pokonania. Mnie też się to nie mieściło w głowie. Owszem, zastanawiałem się nad losem komuny, bo wiedziałem, że ona kiedyś runie, młodzieży mówiłem, że komuna zginie, bo ten ustrój jest głupi i fałszywy. Wierzyłem w to, ale spodziewałem się, że to będzie długi i powolny proces przemiany. Rację miał kard. Wyszyński.

2019-10-29 12:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Warszawa: pokaz filmu „Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński”

2020-08-03 21:08

[ TEMATY ]

film

kard. Stefan Wyszyński

kard. Kazimierz Nycz

Materiały prasowe

Wypowiedzi świadków życia kard. Wyszyńskiego, którzy mówią o nim w kontekście wielkich wydarzeń historycznych, ale i charakteryzują bardziej prywatny portret Prymasa Polski, zawiera film pt. „Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński”. W dniu 119. rocznicy Prymasa Tysiąclecia obraz zaprezentowano w Domu Arcybiskupów Warszawskich, w którym bohater filmu mieszkał przez niemal 30 lat.

„Autorom udało się coś, co jest niezwykle trudne: pokazać świętość człowieka w normalności” – ocenił po projekcji kard. Kazimierz Nycz, chwaląc film w reżyserii Piotra Górskiego. Metropolita warszawski wyraził nadzieję, że w przyszłym roku, w którym przypada 120. rocznica urodzin Stefana Wyszyńskiego i 40. rocznica jego śmierci, będzie możliwa beatyfikacja prymasa.

Film

„Ojciec i Pasterz – Kardynał Stefan Wyszyński” powstawał dwa lata. Twórcy odwiedzili niemal wszystkie miejsca związane z życiem i pracą kardynała i zgromadzili prawie 100 godzin nagrań z dziesiątkami osób, które znały prymasa osobiście bądź z nim pracowały. Swoimi wspomnieniami podzielili się m.in. Anna Rastawicka, kard. Kazimierza Nycz, abp Józef Michalik, o. Leon Knabit, aktor Olgierd Łukasiewicz, historycy Paweł Skibiński, Jan Żaryn i Peter Raina.

Oprócz przybliżenia nauczania prymasa i przełomowych chwil w jego życiu, w tym lat uwięzienia, gdzie tworzył wielkie programy duszpasterskie, obchodów milenijnych czy wyboru kard. Wojtyły na papieża, w filmie pokazano codzienność kard. Wyszyńskiego. Widz dowie się więc m.in., co lubił jeść, jak wypoczywał i jaki był na co dzień.

W filmie można zobaczyć wiele niepublikowanych do tej pory zdjęć archiwalnych oraz fragmenty homilii. Jak podkreślają realizatorzy, celem produkcji jest przede wszystkim przybliżenie nauczania prymasa i jego uniwersalności. Autorzy współpracowali m.in z Archiwum na Jasnej Górze, Instytutem Prymasowskim oraz Archiwum Watykańskim. Film będzie prezentowany w kinach, a po pewnym czasie – także w telewizji.

Jak wspominał podczas prezentacji dokumentu jego autor, pomysł realizacji filmu pojawił się kilka lat temu w mieszkaniu pallotyna ks. Jerzego Andruszewskiego – przyjaciela reżysera, w którym poznał Annę Rastawicką z Instytutu Prymasowskiego kard. Stefana Wyszyńskiego. Tam narodziła się idea, której celem początkowo było zapisanie wspomnień dla przyszłych pokoleń. „Chcieliśmy odpowiedzieć na pytanie, czy pomnikowy «Książę Kościoła» ma także inny wymiar, bardziej ludzki” – mówił Piotr Górski.

Dzisiejszemu wydarzeniu towarzyszyła promocja książki Anny Rastawickiej „Ten zwycięża, kto miłuje”. Wieloletnia współpracowniczka prymasa wyznała podczas spotkania, że otoczenie kardynała bywało zdumione jego spokojem wobec tak wielu trudnych sytuacji, podsłuchów czy rozmów z przedstawicielami komunistycznych władz.

„Żyliśmy wszyscy siłą jego spokoju” – powiedziała pani Anna dodając, że o nikim kardynał nie wypowiadał się źle. „Zapytałam go kiedyś: a czy tego Gomułkę, to Ksiądz Prymas też kocha?. A on na to: «Przecież Bóg go kocha, to co ja mam do powiedzenia?»” – wspominała Anna Rastawicka.

Producentem filmu jest firma Aurel wraz z Instytutem Prymasowskim Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Sponsorami są: KGHM Polska Miedź, PKN Orlen, PZU i PGE, a partnerami: Mt 5,14 | Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego oraz Oficjalna Strona Beatyfikacji Kard. Stefana Wyszyńskiego. Patronat medialny sprawuje „Rzeczpospolita”.

Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy "Kampinos" AK.

25 marca 1946 r. Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 12 listopada 1948 r. powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 r. papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957 r.

W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia "Porozumienia", które 14 lutego 1950 r. podpisali przedstawiciele episkopatu i władz państwowych. Mimo to sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 r. prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r. jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 r. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się Solidarności pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

Proces beatyfikacyjny Prymasa Tysiąclecia na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1989 r., a zakończył 6 lutego 2001 r. Watykańska część procesu beatyfikacyjnego rozpoczęła się 7 czerwca 2001 r. oficjalnym otwarciem akt beatyfikacyjnych. Kongregacja wyznaczyła relatora, tym samym rozpoczął się etap studium i udowadniania heroiczności cnót sługi Bożego. Dekret o heroiczności cnót Prymasa Tysiąclecia został wydany 18 grudnia 2017 r.

Diecezjalny etap procesu ws. cudu za wstawiennictwem sługi Bożego toczył się w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, ponieważ to tam, w 1988 r., nastąpiło domniemane uzdrowienie młodej osoby za przyczyną kard. Wyszyńskiego. Chodzi o niewytłumaczalne medycznie zdarzenie, dotyczące 19-latki, która zachorowała na nowotwór tarczycy i nie dawano jej szans na przeżycie. Proces diecezjalny w sprawie cudu zakończył się 28 maja 2013 r. Licząca 300 stron kompletna dokumentacja medyczna oraz zeznania świadków zostały przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 29 listopada 2018 r. konsylium lekarskie uznało to zdarzenie za niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia. 24 września 2019 r. zebrała się komisja kardynałów i biskupów, która potwierdziła autentyczność uzdrowienia za wstawiennictwem sługi Bożego i zaopiniowała pozytywnie papieżowi. 2 października 2019 r., podczas audiencji dla prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanniego Angelo Becciu, papież Franciszek upoważnił Kongregację do ogłoszenia dekretu o cudzie.

Planowana na 7 czerwca br. beatyfikacja kard. Wyszyńskiego został przełożona z powodu pandemii koronawirusa.

CZYTAJ DALEJ

Badanie: uczniowie chcą wrócić do szkoły, elementy nauki zdalnej mogą pozostać

2020-08-05 07:34

[ TEMATY ]

szkoła

Adobe.Stock

Polscy uczniowie chcą wrócić do szkoły, choć oczekują też, że pewne elementy nauki zdalnej będą w przyszłości wykorzystywane – wynika z badania przeprowadzonego przez twórcę dziennika elektronicznego VULCAN i Zakład Badań nad Procesem Uczenia się Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

W badaniu pytano uczniów o ich doświadczenia związane z korzystaniem z różnych narzędzi technologicznych wykorzystywanych w procesie uczenia się w czasach przed pandemią COVID-19, o naukę w okresie pandemii, a także o wizję przyszłej edukacji.

Pokazało ono, że przed pandemią uczniowie uczyli się dość tradycyjnie i mało korzystali z narzędzi opartych na nowych technologiach w tym procesie. Tylko 31 proc. badanych codziennie uczyło się, korzystając z komputera lub smartfonu. Większość – 61 proc. – robiło to sporadycznie, a 7,7 proc. nigdy.

Ponadto większość badanych (80,45 proc.), ucząc się, wykonywała tradycyjne notatki, pisząc np. długopisem na kartce czy rysując coś na niej kredkami, pisakami itd. Mniej tradycyjne sposoby robienie notatek, takie jak nagrywanie czegoś na telefonie czy pisanie lub rysowanie na komputerze, były bardzo rzadko wybierane przez badanych.

"Nie oznacza to jednak, że badani nie korzystali z tych technologii w ogóle. Deklarowali oni, że bardzo intensywnie wykorzystywali komputery i smartfony, ale nie do nauki, ale dla rozrywki, a dodatkowo, ponad 85 proc. z nich określało, że przed pandemią bardzo interesowali się technologiami i lubili z nich korzystać" – czytamy w raporcie podsumowującym wyniki badania.

Niski był też poziom wykorzystania technologii w szkołach. "Przed pandemią omawiane technologie były wykorzystywane na lekcjach tylko przez 18 proc. uczniów. W większości przypadków albo z nich w szkole nie korzystano, albo robił to tylko nauczyciel, np. pokazując coś na tablicy interaktywnej. Czasem uczniowie korzystali z technologii w domu, w ramach zadań domowych, np. szukając czegoś w internecie" – podano w raporcie.

Zdalna nauka znacząco nie zmieniła nawyków uczniów. Badani, ucząc się nadal, najczęściej robią notatki w sposób tradycyjny, jednak więcej z nich zaczęła wykorzystywać do tego komputer (przed pandemią 8 proc., teraz 31 proc.).

W badaniu pytano też o sposoby przekazywania wiedzy podczas kształcenia na odległość. Uczniowie przyznali, że najczęściej dostają teksty do przeczytania, mają coś obejrzeć lub wyszukać w internecie. Często wykonują też projekty na komputerze, np. prezentacje multimedialne oraz rozmawiają z nauczycielem i z innymi uczniami online. Według relacji uczniów bardzo rzadko robią coś w e-podręcznikach i w zasadzie nigdy nie grają w polecone przez nauczyciela gry, nie realizują wirtualnych wycieczek i nie spotykają się online z gośćmi czy z ciekawymi osobami.

91 proc. badanych oceniło, że nauka zdalna nie jest dla nich technicznie trudna, a jeśli czasem jest, to i tak sobie jakoś radzą. 9 proc. uczniów deklarowało, że czasem ma problemy techniczne, których nie potrafi samodzielnie rozwiązać.

84,4 proc. uczniów stwierdziło, że nauczanie zdalne nie jest technicznie skomplikowane dla nauczycieli i dostrzega, że nawet jeśli nauczyciele mają jakieś techniczne problemy, to ostatecznie sobie z nimi radzą.

60,7 proc. uczniów powiedziało, że wolałoby wrócić do szkoły, niż dalej uczyć się zdalnie.(Podoba mi się, ale wolałem/wolałam chodzić do szkoły – 31,7 proc.; nie podoba mi się i wolałbym/wolałabym wrócić już do szkoły – 28,9 proc.). Pozostałe osoby wolą naukę zdalną od tej w szkole. Bardzo mi się podoba i wolę je od chodzenia do szkoły – odpowiedziało 27,8 proc. uczniów. Nie podoba mi się, ale i tak wolę to, niż chodzić do szkoły – podało 11,5 proc.

48,8 proc. badanych dostrzega potencjał kształcenia zdalnego i uważa, że uczenie się w sposób tradycyjny należy połączyć ze zdalnym nauczaniem. 18,4 proc. uczniów chciałoby po pandemii nadal uczyć się wyłącznie zdalnie, a 32,8 proc. wyłącznie tradycyjnie.

W badaniu pytano też o wyobrażenia uczniów o edukacji w przyszłości. Prawie 90 proc. uważa, że gdy ich dzieci pójdą do szkoły, edukacja nadal będzie bardzo tradycyjna, realizowana w budynkach szkolnych, jednak według połowy tych osób wiele lekcji będzie wtedy realizowanych przez internet. Tylko 5 proc. badanych uważa, że przyszła edukacja będzie całkowicie zdalna.

"Gdyby uczniowie mogli jednak zdecydować o kształcie przyszłej edukacji, nieco więcej z nich opowiedziałoby się wtedy za edukacją zdalną i za rezygnacją z całkowicie tradycyjnych form edukacji" – zauważono w raporcie.

W badaniu wzięło udział 4958 uczniów klas IV-VIII szkół podstawowych i klas I-IV szkół średnich. Dane zebrano na początku czerwca w dzienniku elektronicznym VULCAN. (PAP)

Autorka: Danuta Starzyńska-Rosiecka

dsr/ joz/

CZYTAJ DALEJ

Biskupi z Japonii i USA wezwali do modlitwy z okazji 75. rocznicy ataków atomowych

2020-08-05 20:51

[ TEMATY ]

Nagasaki

Hiroszima

Adobe Stock

Biskupi w Japonii i Stanów Zjednoczonych wezwali do wspólnej modlitwy w związku z 75. rocznicą zrzucenia przez lotnictwo amerykańskie bomb atomowych na japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki.

We wspólnym apelu arcybiskup Joseph Mitsuaki Takami z Nagasaki i biskup David Malloy z Rockfordu w amerykańskim stanie Illinois ostrzegli przed nowym wyścigiem zbrojeń.

„Dopóty, dopóki będzie obowiązywał pogląd, że broń może budować pokój, trudno będzie zmniejszyć zasoby broni jądrowej, nie mówiąc już o jej likwidacji” – stwierdził 4 sierpnia w wideoprzesłaniu przewodniczący Konferencji Biskupów Japonii, abp Takami, który sam urodził się w marcu 1946 w Nagasaki. Zrzucenie bomby atomowej na swe rodzinne miasto przeżył w łonie matki. W jego rodzinie było wiele ofiar śmiertelnych.

A biskup Malloy w tym samym orędziu dodał, że wszystkie narody muszą znaleźć środki do całkowitego rozbrojenia. Podkreślił, że potrzebne jest tu wspólne zaangażowanie i zaufanie. Obaj hierarchowie wyrazili zaniepokojenie, że dotychczas niedostateczną uwagę zwraca się na niszczycielską moc broni jądrowej.

Już wcześniej o swojej solidarności z narodem japońskim zapewniła Konferencja Biskupów Katolickich USA. Wspólnie bolejemy nad losem niewinnych ludzi, którzy stracili życie na skutek zrzucenia bomb i później wskutek promieniowania, stwierdził przewodniczący episkopatu arcybiskup Los Angeles José Horacio Gómez. Jednocześnie zaapelował do przywódców państw o likwidację wszelkiego rodzaju broni masowego rażenia.

W lipcu br. episkopat Japonii ogłosił dokument w sprawie zniesienia energii nuklearnej. Obok obu miast wspomniano w nim też o skutkach stopienia reaktora w elektrowni jądrowej w Fukushimie w marcu 2011.

W dniach 6 i 9 sierpnia 1945 dwa amerykańskie samoloty wojskowe zrzuciły dwie bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Zginęło wówczas ponad 250 tys. osób, z których część zmarła później w wyniku poparzeń i promieniowania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję