Reklama

W wolnej chwili

Dziadzio nie ubek

Będzie trochę prywaty, trochę kombatanctwa i trochę kopania biurwy. Dziadzio mojej żony – Alfred Łucjan Kalinowski (syn Łucjana i Julianny, ur. 10 maja 1924 r. w Tłuchowie) to żołnierz ZWZ, TAP, NSZ-AK i NZW. Pistolet. Nie dekował się, a był w pierwszej linii. I nigdy go nie złapali

Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 36-37

[ TEMATY ]

ludzie

Grzegorz Boguszewski

Alfred Lucjan Kalinowski

Alfred Lucjan Kalinowski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Instytut Pamięci Narodowej dopiero w XXI wieku trafił na jego ślad. W zasadzie wszystkich jego komendantów zabili albo Niemcy, albo komuniści. Ma 94 lata. Właśnie niedawno na jego temat ignorancki urzędas wypowiedział się, że był ubekiem, a ściślej „utrwalaczem władzy ludowej”. A było tak.

Alfred Kalinowski urodził się na północnym Mazowszu, w Ziemi Dobrzyńskiej, w okolicach Płocka, w Tłuchowie. We wrześniu 1939 r. jako 15-letni woluntariusz dołączył do samoobrony. Ograniczało się to głównie do zwalczania dywersji przyfrontowej, a w jego przypadku do pilnowania volksdeutschów – sąsiadów. Trwało to kilka dni, aż wszedł Wehrmacht. Władza niemiecka natychmiast ukarała wielu uczestników samoobrony. Część aresztowano. Jeden z powinowatych dziadzia, stryjeczny dziadek mojej żony – Zygmunt Jabłoński został ujęty, a potem zatłuczono go na śmierć.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

W 1940 r. dziadzia Alfreda wraz z rodziną wysiedlono z gospodarstwa. A potem wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Na szczęście było blisko, bo w Prusach, dokładnie w Grosse Werder w okolicach Gdańska. I bauer był łagodny. Wiosną 1941 r. dziadzio z robót przymusowych uciekł. Głównym powodem było to, że obawiał się Eindeutschung, czyli wymuszenia przyznania się do niemieckiego pochodzenia, a co za tym idzie – wcielenia do armii Trzeciej Rzeszy.

Reklama

Uciekał właściwie bez przygód. Po prostu poszedł na stację, kupił bilety, kupił piwko, otworzył niemiecką gazetę i udawał, że jest wrogiem. Natknął się nawet na kolejarza ze szwabską gapą na czapie, a ten mu po polsku powiedział, jaki jest rozkład jazdy. Dziadzio wskoczył do pociągu i dojechał na Mazowsze. Potem przedostał się do swoich. Od tej pory prowadził nielegalne życie. Ukrywał się we własnej okolicy.

Niebawem wstąpił do konspiracji Związku Walki Zbrojnej. Po prostu taka organizacja była po sąsiedzku i do niej uciekiniera zarekomendowano. Jako spalony i poszukiwany został żołnierzem wypadówki dywersyjnej pod dowództwem plut. Stanisława Gujskiego („Stef”), komendanta placówki Łęg-Słupia w rejonie pułtuskim. Brał udział w kilkunastu wyprawach bojowych, zasadzkach i egzekucjach w rozmaitych miejscach – od Płocka, przez Pułtusk, do Sierpca.

Po pewnym czasie Alfred Kalinowski znalazł się w kręgach konspiracji narodowej, a ściślej Tajnej Armii Polskiej (TAP), tam, gdzie służył rtm. Witold Pilecki. Jego bezpośrednim komendantem został por. Stefan Broniarski („Liść”). Potem północnomazowiecki TAP (z dużą częścią ZWZ) wszedł właściwie w całości do Narodowych Sił Zbrojnych. Charakterystyczne jest to, że w narodówce wszyscy mówili do siebie „kolego” bądź „koleżanko”. Czasami do starszych zwracano się: „panie kolego”. Formalnie, oczywiście, funkcjonowały stopnie wojskowe, które władze oficjalnie po części uznały, gdy Narodowe Siły Zbrojne weszły w skład Armii Krajowej.

Reklama

Wiosną 1944 r. cała wypadówka „Liścia” stała się wtedy oddziałem Kedywu AK Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Tak jak poprzednio Alfred Kalinowski brał udział we wszystkich ważniejszych akcjach, m.in. na Ligenschaftsgut, czyli na majątek ziemski przejęty przez nazioli, gdzie AK-owcy przeprowadzili akcję likwidacyjną niemieckiego powiernika (Treuhänder) tych dóbr. Akcja była nieudana, wilczur Niemca rzucił się bowiem na 3-osobowy patrol i ostrzegł ujadaniem pana, który zaczął niedoszłych zamachowców ostrzeliwać wewnątrz dworu z pistoletu maszynowego. Dziadzio pamięta głównie walkę z rozjuszonym psem, którego w końcu udało się zabić bagnetem.

Północnomazowiecka AK, w tym Kedyw, szykowała się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu, stoczono kilka potyczek z siłami okupacyjnymi, w tym z tzw. Ostlegionen – oddziałami kolaboranckimi składającymi się ze Słowian wschodnich (nagminnie, choć mylnie zwanymi „Ukraińcami” albo „własowcami”). W końcu dowództwo miejscowej AK zdecydowało, że pójście na pomoc Warszawie to samobójstwo. Oddział rozpuszczono w październiku, oprócz ścisłego jądra, w którym był też dziadzio Kalinowski. Dosłużył się w AK stopnia plutonowego.

W momencie wejścia Sowietów w styczniu 1945 r. „Liść” i jego podkomendni zostali postawieni przed faktami dokonanymi. Formalnie rozwiązano AK, ale w praktyce Kedywiacy wciąż uważali się za żołnierzy Polski Walczącej. Część z nich zdecydowała się kontynuować walkę czynną. „Liść” został najpierw zastępcą komendanta Podokręgu Północnego Narodowego Zjedoczenia Wojskowego, a następnie komendantem Okręgu Mazowsze Zachód NZW (lokalnie używającego wciąż nazwy NSZ).

Reklama

Wiosną 1945 r. najbardziej palącą sprawą było – obok przeżycia – oczekiwanie na jakieś konkretne rozwiązanie. Wydawało się, że wszystko wisiało w powietrzu. Liczono naiwnie na interwencję Zachodu, a potem na cud Stanisława Mikołajczyka. W międzyczasie „Liść” rozkazał swoim chłopakom i dziewczynom zadekować się i być gotowymi na ponowną mobilizację. Dotyczyło to też Alfreda Kalinowskiego.

Ponieważ wiosną 1945 r. ogłoszono mobilizację do kierowanego przez komunistów wojska, dziadzio się zgłosił, aby tam się schować. Zrobił to jednak nie w Płocku czy Ciechanowie, ale w Olszytynie – daleko od domu. Rekrutował go przedwojenny oficer WP płk. dypl. Staszewski – szef sztabu 15. dywizji piechoty „ludowego” WP. Przydział dostał najpierw do oddziału przybocznego sztabu u por. Krzyżanowskiego w ramach 50. pułku piechoty, którym dowodził ppłk Jerzy Jotkowski. Ale wnet żandarmeria wywiozła cały oddział dziadzia do Suwałk, gdzie wcielono żołnierzy do samodzielnego batalionu artylerii (moździerzy 120 mm).

Latem 1945 r. jego baterię wysłano jako wsparcie do „zwalczania band” na terenie Augustowskiego. Ich porucznik, pochodzenia żydowskiego, odmawiał jazdy w szoferce i ze strachu siadał między kanonierami, i tytułował ich: „koledzy”. W budzie było bezpieczniej, w razie gdyby ciężarówka wpadła w zasadzkę powstańców antykomunistycznych. Pojeździli po bezdrożach i wrócili do koszar. Nic się nie stało. To był właśnie epizod „utrwalania władzy ludowej”.

Reklama

Dziadzio naturalnie nie ujawnił nikomu swojej służby w AK ani prawdziwego stopnia. Gdy chciano go awansować z kanoniera na kaprala, zająknął się, niestety, o swojej prawdziwej szarży. To spowodowało natychmiastowy donos do Smersza (kontrwywiadu wojskowego komuny) i dziadzio wylądował w wojskowym areszcie śledczym w Olsztynie. Siedział pół roku. Potem przeniesiono go do karnej kompanii w Rembertowie, do należącej do pp. Welliszów fabryki „Pocisk”, czyli do byłego niemieckiego obozu jenieckiego, a następnie obozu NKWD, który wcześniej rozbiły oddziały poakowskie i wyzwoliły jeńców.

Alfred siedział w rembertowskim obozie do połowy 1946 r. Po wypuszczeniu go z wojska wrócił do domu i do podziemia antykomunistycznego. Formalnie był w NZW, a nieformalnie po prostu działał z kolegami i przyjaciółmi ze wszystkich grup, w tym ROAK, którego żołnierze w tych okolicach z czasem podporządkowali się strukturom narodowym.

Organizacyjnie dziadzio stał się żołnierzem 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Działał głównie na terenie rodzimej gminy Tłuchów. Brał udział w rozmaitych operacjach, głównie jako ustawiający i chowający, czyli w wywiadzie i logistyce. Tradycyjnie jednak dołączał się do akcji w miarę potrzeb. Na co dzień udawał prostego rolnika, a jak trzeba było, to chodził z chłopakami, takimi jak sierż. Wiktor Stryjewski („Cacko”) i inni. Zaopatrywał ich i ukrywał.

Reklama

Kiedyś z wielkim zdziwieniem słuchałem opowieści dziadzia o tym, jak powstańcy antykomunistyczni „machnęli” komunistycznego sekretarza partii, Władysława Rypińskiego, w listopadzie 1947 r. Był on szefem czerwonego „szwadronu śmierci”, który porywał i mordował ludowców i ujawnionych żołnierzy podziemia, np. trzech braci Gujskich z Łęgu: Ryszarda, Juliana i Kazimierza. (Notabene, szef Rypińskiego z Gwardii-Armii Ludowej i PPR, Jakub Krajewski, w listopadzie 1945 r. porwał z banku spółdzielczego w Płońsku i zamordował kierownika tej placówki, a zarazem młodszego brata mego dziadka, Wacława Milczarczyka z PSL, w czasie niemieckiej okupacji konspiratora Stronnictwa Ludowego „Roch” w powiecie kraśnickim). Nikt nie mógł znać szczegółów operacji sprzątnięcia Rypińskiego. Wszyscy uczestnicy przecież nie żyli. A dziadzio Alfred znał, bo pewnie tam był, chociaż się tajemniczo na ten temat uśmiecha. Generalnie powstańcy z 11. GO NSZ zabili w walce 33 osoby z komunistycznego aparatu terroru. Zlikwidowano też 16 osób podejrzanych o donoszenie do czerwonych.

Zemsta komunistów była straszliwa. Ujęli „Liścia”, „Cacko” i innych. Rozstrzelali. Dla innych nie było przebaczenia. Powstańcy często woleli popełnić samobójstwo niż wpaść w ręce czerwonych. Wielką cenę płacili zwykli ludzie za pomoc powstańcom. Jak opisują Mariusz Bechta i Wojciech Jerzy Muszyński w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” (Warszawa: IPN, 2017): „Życie oddało aż 22 żołnierzy [na 130 powstańców] z patroli bojowych 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Ujęto 103 osoby, a WSR orzekły karę śmierci wobec 24 konspiratorów – wyroki wykonano na 19 z nich. Kolejne 3 osoby zmarły podczas ciężkich śledztw. Represje objęły też wspierających podziemie cywilów – dotknęły one blisko 2000 osób (ponad 380 z nich otrzymało wyroki od roku do 15 lat pozbawienia wolności. Komuniści zagrabili przy tym mienie skazanych, konfiskując wszystko, co posiadali” (s. 250).

Tak wyglądało łamanie niezłomnych. Do tego należy dodać horror kolektywizacji wsi, z masowymi prześladowaniami, katowaniem rolników i ich rodzin, rozkułaczaniem i obozami. Ale nikt nie doniósł na Alfreda.

Reklama

Dziadzio Kalinowski ożenił się w 1952 r. Poświęcił się gospodarstwu i rodzinie. Najbliższych uczył wiary katolickiej, o polityce czy swojej przeszłości nikomu nie opowiadał, nawet swojej żonie. Pamiętam, gdy babcia Kalinowska zaszokowana słuchała jednej z historyjek, którymi dziadzio mnie uraczył. Dopiero chyba w latach 70. ubiegłego wieku przyznał się do swego udziału w Armii Krajowej. Dopiero po 2000 r. IPN odkrył dziadzia i stopniowo zaczął opowiadać. Proszę pamiętać, jak głęboko komuna tkwiła u władzy na wsi.

1989 r. był przełomowy dla Alfreda Kalinowskiego. Uznał, że jest to dokładnie to samo, co było w 1956 r., czyli że komuna zaraz wróci do władzy. Uważał, że jeśli jest odwilż, to ma bardzo niewiele czasu, aby uczcić swoje koleżanki i kolegów, którzy polegli z rąk brunatnych i czerwonych. Postanowił wybudować pomnik dla nich w Tłuchowie. Zwrócił się do lokalnych władz o pozwolenie. Komuna powiedziała mu, że zgodzi się na to, o ile dziadzio wstąpi do kierowanej przez nich organizacji kombatanckiej – Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Alfred przystał na tę propozycję w maju 1989 r. Taka była cena upamiętnienia poległych.

Pomnik powstał, a potem następne na terenie gminy i okolic. Dziadzio w dużym stopniu używał swoich funduszy. W końcu kułak, nie? Ale ZBoWiD dziadzia zapisał jako „utrwalacza władzy ludowej”. Podstawa? Wyprawa ciężarówką „ludowego” WP w Augustowskie w 1945 r. Jak mówi Leszek Żebrowski, była to standardowa czynność biurokracji komunistycznej, aby poszerzyć szeregi ZBoWiD-u. Każdego wcielonego do „ludowego” WP zaliczano jako „utrwalacza”. A Leszek to wie, bo był szefem komórki weryfikacyjnej w Urzędzie do Spraw Kombatantów.

Niestety, ograniczona wiedza dała asumpt jakiemuś biurokracie, aby ignorancko storpedować próbę uhonorowania dziadzia państwowym orderem. Powinna być taka zasada, że najpierw bada się wniosek, a potem wydaje się ocenę. Dziadzio nie ubek.

2018-11-28 11:01

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wymierający naród

W 2013 r. po raz pierwszy w Polsce odnotowano ujemny przyrost naturalny. Liczba zgonów przekroczyła liczbę urodzin o ok. 40 tys.

Statystyki nie pozostawiają żadnych złudzeń. Pod koniec 2013 r. ludność Polski liczyła 38,496 mln, tj. mniej o ok. 37 tys. w stosunku do populacji z końca 2012 r. Rok 2013 był drugim rokiem, w którym liczba ludności zmalała w stosunku do wcześniejszych lat – 2008-11. Nie oswoiliśmy się jeszcze z tym problemem. Myślimy, że nadal rodzi się u nas wystarczająco dużo dzieci. W pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku na świat przyszło średnio 600 tys. dzieci. A nie są to tak odległe czasy, aby liczba urodzin zmniejszyła się obecnie do 300 tys. Na tle Europy proces starzenia się społeczeństwa będzie u nas przebiegał najgwałtowniej. Według danych Eurostatu, po 2020 r. osoby po 60. roku życia w naszym kraju będą stanowiły 25 proc. ludności. Tak gwałtowne starzenie się narodu w niedalekiej przyszłości jakoś nie spędza snu z powiek rządzącym. Nic się nie robi, aby zapewnić godną starość seniorom. A polityka prorodzinna rządu, mająca poprawić naszą demografię, to jak stosowanie paraleków na zwalczenie groźnej choroby. Prof. Krzysztof Rybiński – rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie twierdzi, że stosunkowo wyrównana liczba urodzin i zgonów będzie się jeszcze utrzymywała przez kilkanaście lat. – Gdy pokolenie seniorów z wyżu demograficznego zacznie odchodzić, to w latach 30. na świat będzie przychodziło co roku 250 tys. dzieci, a umierało 450 tys. seniorów. Czyli co roku z powierzchni Polski będzie znikało dwustutysięczne miasto. (…) W ostrzegawczej prognozie ONZ możemy przeczytać, że w 2100 r. będzie nas jedynie 16 mln. W wyniku II wojny światowej straciliśmy 10 mln, a teraz przez głupotę tracimy 20 mln ludzi – mówi.
CZYTAJ DALEJ

Amerykanie na Jasnej Górze modlili się za papieża Leona XIV

2026-09-14 16:13

[ TEMATY ]

Jasna Góra

Amerykanie

Jasna Góra/facebook.com

Ponad 2,5 tys. osób z różnych części Stanów Zjednoczonych odwiedziło dziś Jasną Górę. Wśród gości byli zarówno katolicy, dla których pobyt w sanktuarium był okazją do modlitwy, jak i osoby niewierzące. Wielu uczestników mówiło o papieżu Leonie XIV, podkreślając jego przesłanie pokoju i otwartość na ludzi.

Uczestników łączy miejsce zatrudnienia - duża amerykańska korporacja, która organizuje dla swoich pracowników doroczną podróż. Dla części z nich wizyta na Jasnej Górze miała charakter turystyczny, dla innych była również doświadczeniem religijnym.
CZYTAJ DALEJ

Fatima: od stycznia do początku sierpnia do sanktuarium dotarło prawie 18 tys. Polaków

2026-09-14 20:45

[ TEMATY ]

Fatima

pielgrzymi z Polski

Adobe Stock

Od stycznia do początku sierpnia 2026 r. do Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie dotarło prawie 18 tys. pątników z Polski, przekazały w poniedziałek władze rektoratu tego miejsca kultu maryjnego. Sprecyzowały, że Polacy pozostają jedną z najliczniejszych grup narodowościowych docierających do tego portugalskiego sanktuarium. Łącznie potwierdzono tam obecność 268 grup polskich pielgrzymów.

Zgodnie ze statystykami władz fatimskich co roku Polacy są w sanktuarium drugą po Hiszpanach najliczniejszą grupą narodowościową wśród obcokrajowców. W 2024 r. w zorganizowanych grupach przybyło do Fatimy 24,2 tys. pątników z Polski, a rok później - 23 tys.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję