Reklama

Niedziela Łódzka

Camino moją radością

Mąż, tata, dziadek. Pielgrzym. Człowiek, który czterokrotnie przemierzył hiszpańskie szlaki wiodące do Santiago de Compostela i czterokrotnie wyruszał na Drogi Jakubowe na terenie Polski. W tym roku 24 maja w pątniczą wędrówkę wyruszył z Lourdes, by przez 46 dni wędrować samotnie drogą Camino del Norte do grobu św. Jakuba. Łukasz Kozłowski zabiera nas do świata, gdzie można doświadczyć rozpostartego parasola Bożej Opatrzności, małych cudów i drogi, która wiele upraszcza

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Dominika Szymańska: – Skąd się zrodził pomysł na pierwsze Camino?

Łukasz Kozłowski: – Moja najstarsza córka miała wędrować Drogą Świętego Jakuba wraz ze swoimi przyjaciółmi. Jednak ze względu na obronę dyplomu nie udało jej się wtedy pójść. A ja któregoś ranka obudziłem się, a tu cały stół zasłany zdjęciami z Camino. I tak sobie wtedy pomyślałem: „Panie Boże, jak ja bym chciał pójść na tę Drogę! No, ale to chyba na emeryturze”. Bo jak można sobie wyobrazić 3 czy 4 tygodnie wędrówki, kiedy człowiek pracuje i to jeszcze w amerykańskiej firmie, gdzie o 2 tygodnie urlopu było bardzo trudno. A Pan Bóg tak zadziałał, że Amerykanie mój dział przenieśli na Węgry. Wszyscy w dziale dostali wypowiedzenie, dobrą odprawę. Wróciłem wtedy do domu i mówię do żony: „Słuchaj, ja bym chciał pójść na to Camino”. A moja dobra żona stwierdziła: „Zasłużyłeś”.

–Więc zaczęło się od zwolnienia z pracy?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Nagle miałem „urlop” i miałem na to środki. No i ruszyłem. Nieprzygotowany, bo miałem za ciężki plecak. Pomyślałem: „Jak pielgrzymka to pielgrzymka. To się najwyżej dociążę”. A po 17 dniach wędrówki – dramat. Zapalenie ścięgien prostowników i później do końca, bo 28 dni wtedy wędrowałem do Santiago de Compostela, to już była droga przez mękę. Potworny ból. Pod koniec człowiek już nie miał siły odmawiać różańca, to odmawiałem sobie Koronkę, bo nie potrzeba przy niej aż takiego skupienia. A jednak, gdy doszedłem wtedy do Santiago, pomimo całego zmęczenia, pytałem: „Panie Boże, jak to? To już koniec?” Pożegnałem się ze św. Jakubem, myślałem, że tam nie wrócę. A przez 12 lat, które minęło od tamtego momentu udało mi się jeszcze 3 razy odwiedzić św. Jakuba, nie mówiąc już o polskich wędrówkach, których też było już 4.

–Taka wyprawa to mimo wszystko gigantyczny wysiłek. Jak to jest z tym cierpieniem na Camino?

Reklama

– Do drogi się przygotowuję. Na miesiąc/dwa przed wyprawą chodzę przynajmniej 5 km dziennie, w weekendy ok. 20/30 km. Mając w pamięci tamtą pierwszą wyprawę. Ale trudności nie da się uniknąć. Przez te 46 dni, kiedy wędrowałem, chyba 30 dni padało, bardziej lub mniej. No, to buty zawsze mokre. Albo upał, albo słońce. Można narzekać i się stresować. Ale to nie do przyjęcia, taka postawa. Druga opcja jest taka: „No, zobacz, ale jestem dzielny! Ile ja mam lat, a jeszcze idę”. Ale to też można w pychę wpaść. Dlatego jedyną radą jest modlitwa. Gdy człowiek zajmie głowę modlitwą, to łatwiej się idzie, i czas szybciej płynie. Bywało tak, że na koniec dnia musiałem przyspieszenia nabierać z modlitwą. To był taki stały rytuał. Najpierw pacierz, różaniec. Zawsze za kogoś się modliłem. Spotkałem kiedyś ks. Františka Lízny, jezuitę z Czech. Dostałem od niego książkę „4 404 286 kroków ze św. Jakubem”. Więc ta modlitwa każdego dnia za kogoś to nie jest mój wynalazek. On też tak robił, tylko, że intencji miał tyle, że musiał losować. Ja obmadlałem rodzinę i znajomych. I to jest naprawdę piękna sprawa. Nadaje sens wędrówce. To jest radość. Dla mnie w ogóle Camino, czy po hiszpańskich górach, czy po Polsce, to jest olbrzymia radość. Choć niewątpliwie, jest też trudno. Ale jak się to wszystko, tę radość i ten trud, poświęci Bogu, za kogoś czy za siebie, no, to wszystko nabiera wtedy sensu.

– Co jest takiego pociągającego w Camino, że ciągle chce się na nie wracać?

– Niewątpliwie byłem potwornie zmęczony pracą w tej mojej firmie, gdzie człowieka „żyłują” nieprawdopodobnie. Druga rzecz: lubię chodzić. Za czasów studenckich chodziłem na pielgrzymki do Częstochowy. Później, gdy dzieci przyszły na świat, sporo jeździliśmy w góry. Ten pierwszy raz to była niewątpliwie chęć poznania świata, spróbowania co to w ogóle jest. I ta pierwsza wędrówka to było coś nowego, o tyle, że człowiek był cały dzień sam z sobą. Dzień po dniu to było analizowanie różnych życiowych zdarzeń. I takie przekonanie, że wszystko co w życiu człowieka się zdarza, to nie jest jakiś splot przypadkowych wydarzeń, ale Bóg to wszystko zaplanował. To było takie upewnienie się, że wszystkie zdarzenia, które miały miejsce w moim życiu, czy dobre, czy złe, miały swój sens i Pan Bóg to wszystko prowadził. Natomiast przed tą ostatnią pielgrzymką bałem się.

– Czego?

Reklama

– Po pierwsze, lata płyną. Po drugie, wiem co to znaczy i ile to wymaga wysiłku. Był taki moment, 2-3 miesiące przed wyprawą, że budziłem się w nocy, zlany potem i zastanawiałem się: „No, Panie Boże, co ja wyprawiam? Czy ja powinienem iść? W takim wieku taki olbrzymi wysiłek? Bo to ponad 1100 km. Czy ja dobrze robię?” A teraz, już po skończonej wyprawie, patrząc na to wszystko, co mnie tam spotkało, to myślę, że warto było. Gdyby trzeba było ponownie się tego podjąć, to bym się podjął.

– Camino uczy pokory?

– Tak, niewątpliwie tak. Przed wyruszeniem w drogę rachunki przepisałem, konta rozdałem. Bo tu się idzie z takim poczuciem: „Nie wiadomo co to będzie. No, mogę nie wrócić”. Teraz się uśmiecham jak to opowiadam, ale gdy wyruszałem na Camino de Levante w 2013 roku odwiózł mnie na lotnisko mój zięć. Na 26 czerwca miałem zaplanowany powrót, a 28 czerwca zaplanowany był ślub mojego syna. Chciałem pisać list, że gdybym nie wrócił, to życzę sobie, żeby ten ślub się odbył. Na taki list się nie zdecydowałem, ale zięciowi na lotnisku tę prośbę przekazałem. To są takie historie, które dużo weryfikują.

– Co więc pozwala przełamać ten strach?

Reklama

– To było bardzo wiele sytuacji, w których umacniała się moja wiara w Boga. Może inaczej, w Opatrzność Bożą. 46 dni i wszystko było jak w zegarku. Żaden logistyk nie byłby w stanie tak tego zaplanować. Całe mnóstwo małych cudów. Miałem też sytuację, że na głos wzywałem Boga, żeby mnie ratował. To było pod koniec mojej samotnej wędrówki (bo później na ostatni odcinek trasy dołączyła moja żona, córka i siostra). Wyliczyłem sobie, że aby się spotkać z żoną, jak to było umówione, każdego dnia powinienem robić ok. 20 km. Tymczasem ani jednego schroniska po drodze nie znalazłem. Zacząłem się troszeczkę niepokoić, ale idę. Coraz wyżej i wyżej. Jedna godzina, druga, trzecia. Droga przechodzi w ścieżkę. Zaczyna się pojawiać mgła. Żadnego pielgrzyma na drodze. Przechodzę przez jakieś łąki. Kątem oka dostrzegam, a tam rasowe, hiszpańskie byczki z tymi rogami. Do tego wszystkiego zaczyna grzmieć i przychodzi burza. A ja jestem jak na patelni, tak jakbym stał na połoninie w Bieszczadach. Błyski, grzmoty, deszcz pada. Strzałka na słupku wskazuje drogę w dół. W tej mgle zaczynam schodzić. Trawa coraz gęstsza. Naraz wiatr zawiał i zobaczyłem przed sobą dolinę. Ale jej końca nie widać. I wtedy mówię: „Panie Boże, ratuj mnie, bo nie wiem co mam robić”. Wtedy stwierdziłem, że muszę odnaleźć ten słupek i pod nim przeleżeć do rana, bo nie da rady, żebym tam zszedł i się odnalazł w tych trawach. Odnalazłem słupek. Okazało się, że był źle postawiony i za tym słupkiem była w trawie ścieżyna. W końcu udało mi się dotrzeć do schroniska, a tam na schodach do albergue wita mnie jakaś pielgrzymowiczka z Niemiec, którą widzę pierwszy raz w życiu i mówi: „Słuchaj, ja z koleżanką ugotowałam za dużo makaronu i na Ciebie czeka ten makaron na 1 piętrze”. Wchodzę do tej kuchni, a tam na stole taka fajna karteczka. Na rachunku ze sklepu napisane „Dobry apetyt! Smacznego”. Mało tego, że Pan Bóg mnie wyprowadził z tej historii, to jeszcze mnie nakarmił.

– A czy to nie jest tak, że w codzienności po prostu trudniej nam dostrzec tę Jego opiekę i ludzką życzliwość?

– Myślę, że w takich sytuacjach podbramkowych to człowiek nie zawsze się znajduje. Od wielu lat chodzę, przez wiele lat chodziłem po górach, ale żeby wzywać imienia Pana Boga na głos, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Są też inne, oczywiście, sympatyczne i mniej dramatyczne sytuacje. Myślę, że ten parasol Opatrzności Bożej jest zawsze nad nami rozpięty. Różnica jest taka, że na tej drodze jest się kompletnie wyciszonym. O tym, że córka zmieniła pracę dowiedziałem się przez przypadek, gdy prosto z podróży zjawiłem się u niej w biurze, a tam mi powiedzieli „Pana córka już tu nie pracuje”. Na czas podróży odcinam się od tych wiadomości, nie wiszę na telefonie. Ja o tym jak Polacy grają [w czasie Mistrzostw Świata w Rosji] byłem informowany przez innych pielgrzymów. I rzeczywiście, człowiek jest odcięty od pracy, od telewizji, od radia, od telefonu. Trzeba powiedzieć: Boże, to jest czas dla Ciebie. I dla mnie.

– Są jakieś spotkania, które szczególnie Pan zapamiętał?

Reklama

– Całe mnóstwo, nie sposób o wszystkich opowiedzieć. Czasem jest tak, że spotykamy kogoś, kto nas doprowadza do zupełnie innej osoby. Był pewien Francuz – oficer policji, 1,90 m wzrostu może, nogi długie. Miał dobry przewodnik po francusku, który rano, ni z tego ni z owego, otworzył i stwierdził: w tej i tej miejscowości, jest albergue prowadzone przez siostry trynitarki. I nie wiem skąd on wiedział, że bardzo mi zależało, by codziennie uczestniczyć we mszy świętej. Bo ja przecież po francusku w ogóle nic. On znał trochę angielski, ale nie byliśmy w stanie rozmawiać o takich szczegółach. Ale mówi: tutaj jest codziennie wieczorem msza święta. I zniknął. No, aniołem nie był, bo spotkaliśmy się znów po 2 tygodniach. Dotarłem do tego schroniska. Najważniejsze było to, że mogłem uczestniczyć we mszy świętej. A tam przy ołtarzu młody ksiądz, wysoki prawie na 2 metry. Potem po mszy świętej celebrans zaprosił pielgrzymów przed ołtarz po błogosławieństwo i ten młody człowiek też odszedł od ołtarza i stanął w szeregu pielgrzymów. Zagadnąłem do niego później. Okazało się, że to Polak, jezuita. Serdecznie się zaprzyjaźniliśmy.

– Czy Camino zmienia coś w życiu, czy ono ma jakieś przełożenie na codzienność?

- Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to był przewrót, byłem niewierzący, a stałem się wierzący. Ale to nie tak. Natomiast myślę, że ta droga uspokaja, daje mi naprawdę dużo pokoju wewnętrznego. Gdy wracam z Camino, staram się tego nie stracić. Żeby nie wpaść znowu w ten „ciąg codzienności”: to trzeba zrobić, tamto trzeba zrobić. Życie na Camino jest dramatycznie proste. Trzeba coś zjeść, trzeba przeprać rzeczy, trzeba się wykąpać. I trzeba iść. I spać. I tyle. Oczywiście, nie da się tak funkcjonować na co dzień. Ale niewątpliwie takie doświadczenia wyniesione z Camino człowieka budują. I utwierdzają. Mam silne poczucie upływającego czasu. A Camino to takie upewnienie się co do wiary.

2018-09-19 10:33

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Droga wiary

Niedziela toruńska 6/2021, str. IV

[ TEMATY ]

Santiago de Compostela

Rok św. Jakuba

Renata Czerwińska

Bractwo Świętego Jakuba dzieli się radością pielgrzymowania

Bractwo Świętego Jakuba dzieli się radością pielgrzymowania

Tą drogą wiary idę ja i brat, Europa kroczy nią tyle lat – zabrzmiały słowa pieśni pielgrzymów, zmierzających do sanktuarium w Santiago de Compostela. W toruńskim kościele św. Jakuba Apostoła zainaugurowany został Rok św. Jakuba w diecezji toruńskiej.

Nieprzypadkowo zespół pod kierownictwem Agnieszki Brzezińskiej, dyrektor Ośrodka Chopinowskiego w Toruniu, 25 stycznia wybrał na liturgię pieśni o drodze wiary. To właśnie jej poświęcił homilię ks. Piotr Roszak, kapelan Drogi św. Jakuba w Diecezji Toruńskiej.
CZYTAJ DALEJ

Bojanice. Przed ks. Marcinem Mazurem nowe zadanie

2026-08-24 11:57

[ TEMATY ]

Matka Boża Częstochowska

bp Marek Mendyk

strażacy

odpust parafialny

Bojanice

ks. Marcin Mazur

kapelan strażaków

ks. Mirosław Benedyk/Niedziela

Ks. Marcin Mazur – kapelan powiatowy straży pożarnej powiatu świdnickiego

Ks. Marcin Mazur – kapelan powiatowy straży pożarnej powiatu świdnickiego

Wszystko zaczęło się od odpustowej modlitwy przed wizerunkiem Jasnogórskiej Pani. Jednak zanim uroczystość w Bojanicach dobiegła końca, padły słowa, których miejscowy proboszcz i jego parafianie długo nie zapomną.

Parafia Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Bojanicach przeżywała 23 sierpnia odpust parafialny. Uroczystej Eucharystii przewodniczył bp Marek Mendyk. Wraz z nim przy ołtarzu stanęli: proboszcz ks. Marcin Mazur, o. Samuel Karwacki – nowy pauliński proboszcz parafii św. Józefa Oblubieńca w Świdnicy, ks. Łukasz Trzeciak, dyrektor Wydziału Gospodarczego Świdnickiej Kurii Biskupiej oraz ks. Bogdan Deroń, wieloletni proboszcz parafii w Lutomii Dolnej.
CZYTAJ DALEJ

Kościół pomaga zapobiec katastrofie naturalnej w Mongolii

2026-08-24 20:17

[ TEMATY ]

Mongolia

Vatican Media

W Ułan Bator, stolicy Mongolii, odbywa się szczyt COP17 Konwencji Narodów Zjednoczonych, poświęcony walce z pustynnieniem. Około 81 proc. terytorium tego azjatyckiego kraju jest zagrożone w związku ze zmianami klimatu i eksploatacją górniczą. Pomoc mieszkańcom niesie m.in. wspólnota mongolskiego Kościoła katolickiego.

Lokalne inicjatywy, w tym projekty Kościoła katolickiego i miejscowej Caritas, koncentrują się na zalesianiu i szkoleniach rolniczych, aby przeciwdziałać degradacji gleby. O. Ernesto Viscardi ze zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia, który przez dwadzieścia lat pracował w Mongolii, potwierdza i opisuje zjawisko, które staje się coraz poważniejszym kryzysem: Mongolia, ogromna kraina stepów i koczowniczych pasterzy, zmienia się pod wpływem zmian klimatycznych oraz modelu rozwoju gospodarczego silnie opartego na eksploatacji zasobów mineralnych.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję