Reklama

Wiadomości

Artysta niezwykły

Jerzy Kalina – performer, akcjoner, jeden z pierwszych w Polsce. Autor kilkuset prac, kilkudziesięciu wystaw w kraju i za granicą. Scenograf teatralny i filmowy, reżyser filmów animowanych i dokumentalnych. Rzeźbiarz. Twórca ołtarzy podczas wizyt Jana Pawła II w Warszawie, kaplic w Pałacu Prezydenckim i Belwederze, grobu ks. Jerzego Popiełuszki, pomników katyńskich, również narracji plastycznej Muzeum Katyńskiego w Cytadeli Warszawskiej, pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej. Wielokrotnie nagradzany. Został m.in. najmłodszym laureatem Nagrody Krytyki Artystycznej im. Cypriana Kamila Norwida. Przed 3 laty otrzymał Nagrodę im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w ubiegłym roku zaś Totus Tuus 2017, przyznawaną przez Fundację KEP – „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Od początku swej drogi artystycznej obecny w Kościele. Ponad 40 lat żonaty. Ojciec trojga dzieci.

Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 40-41

[ TEMATY ]

artysta

Mateusz Wyrwich

Jerzy Kalina

Wprowadził do języka pojęć artystycznych określenie sztuka akcji. Uczynił to z całą determinacją, z pełnym przekonaniem. Wszystko znaczące o losie kraju objął artysta swoją czułością i żarliwością. Uwaga od początku twórczości Jerzego Kaliny spowija dążenie do ujęć wysokiego piętra umowności, wyszukanej alegorii dojrzałych, ale też zaskakujących znaczeń z symboli i niepowtarzalnego języka przekazu” – pisał prof. Jacek Olędzki, nieżyjący już dziś wybitny etnograf, antropolog kultury i etnolog.

„Czynnikiem porządkującym imponujący dorobek artysty jest powtarzający się w jego dziełach aspekt etyczny, wciąż uporczywie aktualny w wymiarze ojczyźnianym przede wszystkim, ale również mający znaczenie w swej postaci uniwersalnej. Odchodzenie od pozorów, kłamstwa. Oswajanie się z odwaga? i prawda?! Mogły się zrodzić w dziełach Jerzego Kaliny te cechy dzięki jego nieobojętnym postrzeganiu bzdury, fałszu, nikczemności i przeniewierstwa, jakie towarzyszyło nam przez lata w ukochanym kraju. Podobne wątki oczyszczające sensy odnajdujemy tylko u największych. W czasach ostatnich, w miejscu najbliższym słyszymy je w poezji Zbigniewa Herberta, a przeżywaliśmy ich obecność w dojmujących dokonaniach Jerzego Grotowskiego. Jednakże w przekazie «niemym», jakim jest sztuka z pogranicza rzeźby i malarstwa, form przestrzennych, ruchu i światła, znaku wizualnego, Kalina jest sam jeden, niepowtarzalny – jedyny we współczesnej przebogatej kulturze artystycznej świata” – pisała przed laty wybitna znawczyni sztuki Monika Małkowska.

Inspiracje, instalacje...

Urodzony w majątku przyjaciół rodziców koło Garwolina w roku Powstania Warszawskiego. Ma dwóch braci: starszego – emerytowanego pułkownika LWP i młodszego – grafika.

Reklama

W II RP ojciec Jerzego – Janusz, z wykształcenia agronom, pracował w majątkach świętokrzyskich. Po wojnie powiedziano mu na UB, że albo będzie prowadził PGR-y, albo wyjedzie na Syberię. Wybrał pierwsze – gospodarował jako dyrektor na państwowym. Mama zaś, Julia Daniłowska, pasjonatka książek, prowadziła w domu, jako wolontariuszka, biblioteki wiejskie. Rodzinę przerzucano z miejsca na miejsce. Mieszkali jednak głównie na tzw. Ziemiach Odzyskanych, w poniemieckich majątkach ziemskich. Dla przyszłego artysty zakątki wielkich pałaców, opuszczonych komnat i strychów stały się inspiracją i źródłem przyszłej twórczości. Były swego rodzaju... instalacją.

– Urodziłem się w ciekawych czasach i, można powiedzieć, w ciekawych instalacjach – opowiada Jerzy Kalina. – Szperałem po strychach. Znajdowałem jakieś dziwne instrumenty, np. harfę czy cytrę, których wcześniej nie znałem. W opuszczonych szafach leżały rozmaite części starego uzbrojenia. Elementy pruskich mundurów. Niezwykle piękne grafiki w wiekowych książkach. Bajecznie kolorowe banknoty, które znajdowałem, wertując karty porzuconych tomów. Wiele czerpałem z tych strychów poniemieckich i polskich dworków. Wynosiłem z nich przede wszystkim ducha i przestrzeń. Żadnego konkretnego obrazu. Były dla mnie ideą, inspiracją.

Inspiracją dla sztuki sakralnej był jednak dla Kaliny sam Kościół. Świątynia. „Sanktuarium narodowej sztuki” – mawia Kalina.

Reklama

– Jako dziecko nie miałem świadomości, że liturgia jest tak głęboka. Metafizyczna. Dla mnie, dzieciaka, obecność w kościele była niezwykłym świętem, które miało swój rytm. Nie wiedziałem, że jest to obrzęd, który posługuje się znaczącymi kolorami. Ale widziałem w tym porządek hierarchii. Widziałem w tym głębszy sens ku Stwórcy – wspomina artysta.

Nauczyciele

Ten fantastyczny, ale i nieuporządkowany świat zaczęli układać profesorowie Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Tarnowie, gdzie Jerzy Kalina podjął naukę w końcu lat 50. ubiegłego wieku. Tu uczył się podstaw rysunku, malarstwa, rzeźby, ale też fotografii. Niewątpliwy wpływ na jego widzenie sztuki mieli profesorowie: dr Stanisław Wałęga – dyrektor szkoły, Witold Giżbert-Studnicki i Wiesław Rehrenschef, a na historię kraju i naszej kultury wychowawczyni – profesor Barbara Wiatr.

– Człowiek o wielkiej erudycji, cieple, bardzo serdeczna – mówi Jerzy Kalina. – Była polonistką, która przygotowywała nas do wieku dojrzałego. Uczyła nas kultury, literatury narodowej. Dyskretnie. Nie mówiła wprost, ale dawała nieustannie jakieś impulsy, byśmy nie zatracili się w mnogości rzeczy pozornych. Dla niej punktem odniesienia były powstania: listopadowe, styczniowe, warszawskie. Wskazywała, w jaki sposób możemy szukać swojego znaku tożsamości. Była zdania, że musimy mieć swoją opokę. Pokazywała, że nie można popadać w relatywizm – wspomina.

Studia

Studia, choć miał wybitnych profesorów i współstudentów, nie stały się dla Jerzego Kaliny znaczącym czasem. Dopiero lata po dyplomie, a w szczególności pierwsze instalacje w Galerii Debiutów na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, a później w Galerii Repassage stały się próbowaniem siebie jako artysty. Szukaniem kontaktu z odbiorcą w niełatwej i odważnej formie, jaką była sztuka efemeryczna, zwana wówczas częściej „działaniem w przestrzeni rzeczywistej”. Te artystyczne zmagania były wcale nierzadko wyśmiewane przez przeciętnych obiorców, do których jednak również chciał trafić absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po 6 latach zaowocowały znaczącym i najbardziej wówczas znanym dziełem, którym była instalacja zatytułowana „Przejście, pomnik anonimowego przechodnia”, ustawiona w nocy z 12 na 13 grudnia 1977 r. na rogu dwóch śródmiejskich ulic. W swojej instalacji artysta pokazał ludzi wchodzących do podziemia i wychodzących z niego. To dzieło stało się początkiem buntowniczej drogi artystycznej Jerzego Kaliny. Dziś replikę tego dzieła można oglądać we Wrocławiu.

– W sprawie mojej instalacji, o czym dowiedziałem się dopiero po Okrągłym Stole, interweniował sowiecki generał, który kazał ją zlikwidować. Uznał moją pracę za prowokację. Stwierdził, że odnosi się ona do jakiegoś punktu wypowiedzenia i określenia, czym jest w Polsce socjalizm – wspomina Jerzy Kalina. – Szukałem jakiegoś znaku, żeby nie musieć teoretyzować na temat tego, co robię i dlaczego to robię. Uważam, że owszem, interesująca jest cała strona teoretyczna twórcy, który prowadzi dialog z rzeczywistością, ale też prowadzi dialog ze sztuką. Nie jest mi to obojętne, kto co powiedział bądź zrobił w sztuce. To, co najbardziej sobie cenię, to indywidualizm w każdej dziedzinie sztuki. Jest to dla mnie o wiele bardziej ważne niż perfekcjonizm. Kiedy studiowałem, już nie chodziło mi o to: jak? Ale: jaki jest powód kreowania tego dzieła.

Twórca zauważalny

Od tego momentu Jerzy Kalina zaczął być „zauważalnym” twórcą. Również jako autor filmów animowanych powstających w warszawskim Studiu Miniatur Filmowych, gdzie pracował w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. W czasie legalnej Solidarności był w Komisji Zakładowej „S”.

W stanie wojennym twórca nie stanął po stronie władzy. Służba Bezpieczeństwa w połowie lat 80. raportowała: „(...) Jerzy Kalina związany jest z negatywną działalnością polityczną, prowadzoną przez kler rzymsko-katolicki i osoby z kręgów opozycji politycznej na terenie obiektów kościelnych. Uczestniczy także w niezależnym obiegu sztuki (...)”.

Ciągła współpraca z Kościołem naraziła Kalinę nie tylko na szykany, ale na stygmatyzowanie go etykietką „twórcy kościelnego” – określeniem w intencji jawnie lekceważącej, zwłaszcza w niektórych środowiskach artystycznych. Tymczasem takie określenie to dla mnie wielki zaszczyt. Kościelnym artystą był przecież Michał Anioł, Tintoretto, Rafael czy van Dyck... czy Jerzy Nowosielski.

Lata III RP nie „wypchnęły” artysty, jak wielu innych, z Kościoła. Nadal tworzy na jego potrzeby. Jednak pracuje głównie w przestrzeni „świeckiej”. Jest dzisiaj uznanym, cenionym artystą. Jego dzieła prezentowane są w wielu galeriach krajowych i zagranicznych. Nie stał się jednak artystą schematu, choćby i własnego. Nadal jest niepogodzonym, na swój sposób buntowniczym artystą. Jedną z jego kolejnych, głośnych najnowszych prac jest projekt pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej.

– Chciałem powiedzieć, że to, czym żyłem i czym żyję od katastrofy do tej pory, to takie moje oczekiwanie – wyjaśnia ideę swojego pomysłu Jerzy Kalina. – Mam wrażenie, że choć zginęli tragicznie, to jednak odlecieli tylko na jakiś moment. Wiemy, ile jest ofiar i kto zginął. Samolot odleciał i pozostała pustka, ale my w tej pustce nie jesteśmy odrętwiali. Nie zamarliśmy. Nie stało się to, czego oczekiwała druga strona. Nie zamroziła nas, ale jesteśmy w wielkim oczekiwaniu. Chciałem, aby było w nas to uczucie wielkiej pustki, wielkiego żalu, ale i prośba o to, by oni trwali w naszej pamięci. I byśmy nie zapominali, jaki był cel ich wizyty. Mieli polecieć do Katynia na Mszę żałobną. Ten symboliczny trap, który jest miejscem pożegnania i oczekiwania... Ten trap wyrasta z krwi. Z głębokiej niszy wykopanej w ziemi. Przypomina on nisze, które były dołami śmierci po ekshumacjach naszych rodaków zamordowanych przez Rosjan w Katyniu. One są i będą – na fotografiach, w pamięci. Dziś i jutro. Zawsze.

2018-01-10 10:56

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Poprzez obraz łatwiej rozmawiać z Bogiem

Niedziela rzeszowska 51/2019, str. VII

[ TEMATY ]

artysta

sztuka sakralna

Ryszard Sziler

Alina Ziętek-Salwik

Ryszard Sziler mieszka w Kolbuszowej. Z wykształcenia polonista, ale z zamiłowania artysta malarz i rzeźbiarz.

O swojej twórczości i źródłach natchnienia Ryszard Sziler opowiada barwnie i ze świadomością, że sztuka może poprowadzić ku wyżynom wiary.

W kierunku sztuki sakralnej

Obrazy o tematyce sakralnej malował od dawna. Najbardziej inspirujące były i są dla niego ikony. Był w bardzo silnej depresji, przeżywał wyjątkowo trudne chwile. Praca nad ikonami uzdrowiła go. Tak, to naprawdę było uzdrowienie. Powiedział wtedy lekarzowi, że rezygnuje z renty, bo jest człowiekiem zdrowym. Wywołał tym ogromne zdziwienie.

Szczególne miejsce w jego twórczości zajmują prace o Matce Bożej. – Dla mnie jest to rodzaj modlitwy – mówi. – Poprzez to, co robię, zwracam się ku Transcendencji, myślę o Bogu i Matce Bożej. Trudno mi do końca sprecyzować uczucia, ale czuję wtedy, jakby otwierało się we mnie okienko na Wszechświat, na jakąś ogromną głębię bytu – podkreśla Artysta.

Niektóre ikony powstały w szczególnych momentach jego życia – problemów zdrowotnych żony czy nadzwyczajnego ocalenia wnuczki. Dlatego te ikony mają dla niego szczególne znaczenie. – Mąż nie chce używać wielkich słów, ale ta praca to jego sposób ewangelizowania – dopowiada żona, Ewa Czartoryska-Sziler.

Z wewnętrznej potrzeby

Nigdy nie traktuje swej pracy jak rzemiosła. Boi się rutyny. Pragnie, aby praca wynikała z wewnętrznej potrzeby. Gdy ktoś zamawia ikonę, on jako jej twórca stara się, aby jego praca służyła wiernym. Obraz ma być pośrednikiem. To ma być okno na wieczność, by poprzez ten obraz było komuś łatwiej rozmawiać z Bogiem. Każda ikona jest inna i w każdą wkłada nie tylko swoją ciężką pracę (czasem nad obrazem spędza kilka miesięcy), ale i serce. Dlatego nie może to być rzemiosło.

Urzeczenie pięknem obrazu

Gdy miał 10 lat, dostał książkę „Dziesięciolecie Polski Odrodzonej”. Zobaczył tam obraz Matki Bożej Wileńskiej. Urzekło go piękno tego obrazu. Zwrócił uwagę na niezwykłość ozdobnej sukienki. Potem dostrzegł ornamenty na obrazach i zachwycił się nimi. Postanowił, że też coś takiego będzie robić. Tak się zaczęło. Pierwszym dziełem ozdobionym przez niego sukienką był – jakże mogłoby być inaczej – obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, którego, co ciekawe, nigdy w oryginale nie widział.

Jak obraz ozdobić sukienką?

Na przygotowaną deskę nakłada gruntowane płótno i maluje obraz. Dopiero potem powstaje sukienka. W jej zdobieniu pozwala sobie na innowacje. Rozrysowuje sukienkę na blasze, następnie wykuwa poszczególne ornamenty. Każdy element jest robiony odręcznie i jest niepowtarzalny. Następny etap to oksydowanie lub polichromowanie, polerowanie względnie złocenie. Nałożoną na obraz sukienkę lakieruje się.

Prawie wszystkie obrazy były kiedyś okrywane sukienkami. Zabezpieczano w ten sposób cenne dzieła. Drugim powodem zakładania sukienek było wprowadzanie pewnej mistyki. Błyszczące szaty, drogie kamienie wzmacniały walory estetyczne i potęgowały atmosferę modlitwy.

Widok rozmodlonych ludzi

Jest wzruszony, gdy przed obrazem, który wykonywał, widzi klęczących ludzi. Co prawda wie, że to już nie jest jego dzieło, także z tego względu, że obraz jest poświęcony. Pozostaje ogromna wdzięczność Panu Bogu i satysfakcja, że służy ludziom.

CZYTAJ DALEJ

Biblijne Mamy

2020-05-20 11:37

Niedziela Ogólnopolska 21/2020, str. 12-13

[ TEMATY ]

matka

Dzień Matki

Samuel ofiarowany przez Annę w świątyni – Frank Topham

Dzień Matki skłania do głębszej refleksji nad tajemnicą macierzyństwa objawioną w Piśmie Świętym.

Objawienie biblijne ściśle łączy pojęcie macierzyństwa z poczęciem i zrodzeniem potomstwa. Przekazanie życia zapewnia kobiecie szacunek i uznanie, choć nie gwarantuje odpowiedniej pozycji w hierarchii społecznej. Na wyjątkową rolę kobiety jako dającej życie wskazuje już pierwsza w Biblii wzmianka o narodzinach: imię Ewa tłumaczy się jako „matka wszystkich żyjących” (Rdz 3, 20). W zrodzeniu nowego życia kobieta współdziała ściśle z samym Bogiem: „otrzymałam mężczyznę od Pana” (Rdz 4, 1). W planie Bożym posiadanie dzieci jest marzeniem i szczęściem kobiety, a zarazem zapewnia jej miłość męża.

Anna – matka Samuela

Brak potomstwa natomiast rodzi w kobiecie smutek i prowadzi do konfliktów w małżeństwie. Widać to na przykładzie Anny, matki proroka Samuela. Historia sięga zamierzchłych czasów, jeszcze przed powstaniem monarchii w Izraelu. Anna była ukochaną żoną Elkany z miejscowości Rama w pobliżu Betlejem. W tamtym czasie małżeństwa były często poligamiczne, co stwarzało dodatkowe trudności w relacjach rodzinnych. Ponieważ Anna była niepłodna, jej mąż poślubił drugą żonę, która obdarzyła go licznym potomstwem. Było to dla Anny źródłem licznych upokorzeń ze strony rywalki (por. 1 Sm 1, 1-8). Podczas pielgrzymki do sanktuarium w Szilo Anna gorąco modliła się o syna i z góry oddała go na służbę Bogu. Umocniona przez kapłana słowem Bożym wróciła z mężem do domu.

Wkrótce modlitwa została wysłuchana. „Anna poczęła i po upływie dni urodziła syna i nazwała go imieniem Samuel, ponieważ [powiedziała]: Uprosiłam go u Pana” (1, 20). Po wykarmieniu dziecka Anna ofiarowała je w świątyni na służbę Bogu. Narodziny syna były niewątpliwie cudowną interwencją Boga w życie Anny, które doznało teraz radykalnej odmiany. Łaska ta skłoniła Annę do wyśpiewania pieśni uwielbienia Boga (por. 1 Sm 2). Ta właśnie pieśń uważana jest powszechnie za literacki wzorzec hymnu Maryi, nazwanego Magnificat – od pierwszych słów: „Wielbi dusza moja Pana” (Łk 1, 46-55). Anna w swoim hymnie wyznaje, że macierzyństwo jest zawsze łaską: „To Pan daje śmierć i życie” (1 Sm 2, 6).

Obdarzone łaską

Już dawno zauważono, że św. Łukasz w swojej wersji Ewangelii w opisie dzieciństwa Jezusa korzysta obficie z biblijnej historii narodzin Samuela. Liczne podobieństwa wskazują na literacką i treściową zależność, zamierzoną przez św. Łukasza. I tak Elkana i Anna, po uproszeniu narodzin Samuela, udali się do świątyni w Szilo, aby oddać swe dziecko na służbę Panu. Podobnie udają się Józef i Maryja do Jerozolimy, aby tam ofiarować Dziecię Jezus, poczęte z Ducha Świętego. Kapłan Heli pobłogosławił rodziców Samuela, gdy przyszli do świątyni z doroczną ofiarą (por. 1 Sm 2, 20); tak samo Symeon pobłogosławi Rodziców Jezusa (por. Łk 2, 34). W Szilo były kobiety posługujące u wejścia do Namiotu Spotkania (por. 1 Sm 2, 22); podobnie prorokini Anna (zbieżność imion!) „nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach” (Łk 2, 37).

Oczywiście, obok tych zbieżności św. Łukasz odnotowuje istotną różnicę: podczas gdy Elkana i Anna wrócili do domu sami, pozostawiwszy swe dziecko w świątyni (por. 1 Sm 2, 11), Józef i Maryja wracają wraz z Jezusem, który objawia się stopniowo jako żywa świątynia. Teologia świątyni u Łukasza wykazuje więc znamienny postęp – kładzie on nacisk na tajemnicę Chrystusa. Łukasz jest jednak także ewangelistą Maryi. W jego zestawieniu postaci Anny z Maryją można więc widzieć zaczątek mariologii i nauki o Kościele. Zakończeniem dialogu między Anną a kapłanem Helim były słowa: „Oby służebnica twoja znalazła łaskę w twoich oczach” (por. 1 Sm 1, 18). Ten prosty zwrot ma dla Łukasza wielkie znaczenie, gdyż dobrze ilustruje prawdę o szczególnej łasce, którą jest obdarzona Matka Pana. To nie tylko nawiązanie do imienia Anna (hebrajskie Channa znaczy: „obdarzona łaską”). To przede wszystkim zapowiedź niezwykłego tytułu, którym anioł przywita Maryję (por. Łk 1, 28).

Radość mesjańska, przenikająca kantyk Anny, znalazła żywy oddźwięk w hymnie Maryi. Jest to pieśń ubogiej niepłodnej i wzgardzonej służebnicy, która z łaski Pana stała się matką proroka. Z tego względu kantyk Anny dobrze nadawał się do wyrażenia uczuć Maryi, pokornej Służebnicy Pańskiej, która stała się Matką Mesjasza. Przez zestawienie wielkich dzieł Bożych obie te modlitwy pokazują sposób działania Boga, tak bardzo odmienny od ludzkiego. Bóg wywyższa i poniża, dokonuje cudów łaski i niweczy plany pyszałków.

Dziewica Matka

Ostatni werset kantyku Anny zapowiada przyjście Mesjasza-Króla: „Pan osądza krańce ziemi, On daje potęgę królowi, wywyższa moc swego pomazańca” (1 Sm 2, 10). Pomazaniec (greckie Christos) jest tu tytułem królewskim, gdyż nawiązuje do namaszczenia władcy z rodu Dawida. Jest również tytułem kapłana z rodu Aarona (por. Kpł 4, 3). W sensie duchowym „pomazańcami” byli też prorocy. Psalmista łączy w jednym szeregu postacie największych pomazańców Bożych sprzed epoki monarchii: „Wśród Jego kapłanów są Mojżesz i Aaron, i Samuel wśród tych, którzy wzywali Jego imienia” (Ps 99, 6). Kantyk Anny cieszy się więc w Kościele zrozumiałym poważaniem jako proroctwo o Mesjaszu.

Zestawienie macierzyństwa Anny i Maryi pokazuje jednocześnie, jak Nowy Testament przewyższa wszystkie instytucje dawnego Prawa. Wspomniana na początku „protoewangelia” (por. Rdz 3, 15) zapowiadała, że Niewiasta, której Potomstwo zetrze głowę węża, będzie Matką. Dalsze opisy biblijne, ukazujące ostateczny tryumf Boga nad niepłodnością i śmiercią, zapowiadają coraz wyraźniej przyjście Dziewicy-Matki. Widać to zwłaszcza u Izajasza (por. 7, 14) w proroctwie o Emmanuelu, a także u Micheasza (por. 5, 2) o Tej, „która ma porodzić”. Ewangeliści widzieli w tych tekstach proroctwo, które wypełniło się w Jezusie Chrystusie (por. Mt 1, 23; por. Łk 1, 35-36). On sam, mówiąc o opuszczeniu ojca i matki, nie umniejszał jednak roli macierzyństwa i ojcostwa. Rodzicielstwo w nauczaniu Chrystusa staje się wartością względną: „Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i przestrzegają go” (Łk 11, 28). Jego Matka umiała słuchać słowa Bożego i dlatego jest wzorem wszelkiego macierzyństwa.

Uroczysty tytuł „Niewiasty”, który Jezus nadał swej Matce (por. J 2, 4 i 19, 26), przenosi na wyższy poziom dotychczasowe relacje synowskie. Maryja staje się teraz symbolem ludu Bożego w jego macierzyńskiej roli wobec wszystkich wierzących. Zgodnie z nauką Jezusa także św. Paweł przyrównuje się do matki rodzącej w bólach (por. Ga 4, 19) i troskliwie opiekującej się dziećmi (por. 1 Tes 2, 7). Jednocześnie uczy, że w porównaniu z dziewictwem poświęconym Panu macierzyństwo w chrześcijaństwie ma wartość jedynie względną (por. 1 Kor 7). Tak wielkie przewartościowanie dawnych ideałów zawdzięcza Kościół przykładowi dziewiczej Matki Jezusa.

CZYTAJ DALEJ

Dzień Matki, który trwa nieustannie

2020-05-26 13:47

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Taylor Harding

Nie urodziłaś mnie i nie masz prawa mi niczego zabraniać – usłyszała od swojego dziecka jedna z bohaterek tej opowieści. Zapadło milczenie, a po policzkach matki spłynęły łzy.

Bo ona i pozostałe, mimo że nie urodziły dzieci, są ich matkami.

Małgorzata wspomina dzień, gdy ze szpitala zabierała dwuletniego chorego Marcina. Nie mówił, nie uśmiechał się i nie chodził. Ale ona pokochała go najpiękniejszą miłością. Czekała długo na niego, a gdy się pojawił, zrezygnowała z wakacyjnych planów. Małgosia troszczyła się o wszystko –o szwankujące zdrowie Marcinka, naukę, która nie przychodziła łatwo, o dom. Wiele musiała sobie odmówić. Gdy, jako dziesięciolatek zapytał, jak go urodziła, powiedziała, że zjawił się u niej, bo bardzo go pragnęła i kochała. I jest jej ukochanym synem. A ona - jego matką – wrażliwą, cierpliwą, zapobiegliwą, czekającą każdego dnia z pyszną szarlotką na jego wizytę.

W domowym albumie pani Eli przechowywane są fotografie elegancko ubranego małżeństwa prowadzącego za rączkę malutką dziewczynkę. To Elżunia. Nie pamięta tych czasów. Ale czas nie zatarł obrazu Mamy rano wychodzącej do kościoła i wracającej z kimś potrzebującym wsparcia. Mimo że się nie przelewało, tym, co mieli, należało się dzielić z innymi. To Mama nauczyła ją dawać, modlić się, mieć szacunek dla innych. To ona pokazała pierwsza, że ważniejsze jest „być” niż „ mieć”. Wykazywała się też niezwykłą w tamtych czasach odwagą, stając w ateistycznej szkole w obronie religii. Nigdy jednak nie powiedziała córce o jej korzeniach. Na to zabrakło jej odwagi. Gdy Elżunia stała się Elżbietą, zrozumiała, że ważniejsze od tego, kto ją urodził, jest to, kto jej pozwolił żyć, wychował, wykształcił, kochał. „Mojej Mamie należy się pomnik, ale modlę się za obie” – wyszeptała i na grobie położyła dwie róże – dla dwóch mam.

Rachela urodziła się tuż przed wojną w inteligenckiej żydowskiej rodzinie na Kresach Rzeczypospolitej. Gdy do miasteczka wkroczyli Niemcy, stworzyli getto. Ojciec przewidując zagrożenie, poprosił Marię – ukraińską opiekunkę, by zaopiekowała sią maleńką córeczką. Zaopatrzona w rodzinne fotografie, dokumenty i precjoza schroniła się z małą poza gettem. Wkrótce Niemcy zamordowali rodziców i brata, a Maria nie znalazłszy miejsca u swojej ukraińskiej rodziny, przemierzała kilometry, ukrywając Renię. Takie imię nadała jej na chrzcie św. Potem uczyła ją pacierza. Wszystko po to, by ratować dziecko. Po wojnie wylądowały obydwie na zachodzie Polski. „Moja Matka nie miała żadnego wykształcenia. Praca w cementowni rujnowała jej zdrowie. Klepałyśmy biedę, ale Mama nie oddała mnie nawet wtedy, gdy zgłosiła się po mnie ciotka z Wiednia. Kochała mnie podwójnie, a ja ją. Dała mi wykształcenie, choć sama go nie miała. O moim pochodzeniu opowiedziała, gdy skończyłam 18 lat. Tak spełniła swoją misję, ratując moje życie, a narażając wielokrotnie swoje” – kończy swoją opowieść uratowana z holokaustu Renia, kładąc na grobie Mamy- Marii piękną różę.

Trzy historie, trzy MATKI i trzy róże, którymi każdego roku 26 maja dziękujemy za MIŁOŚĆ.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję