Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Recepta na długie życie

Ze stuletnią mieszkanką Lubaczowa Jadwigą Żdan rozmawia Adam Łazar

Niedziela zamojsko-lubaczowska 52/2016, str. 6-7

[ TEMATY ]

wywiad

Archiwum Urzędu Miasta w Lubaczowie

Burtmistrz Krzysztof Szpyt wręczył Jadzwidze Żdan kwiaty

Burtmistrz Krzysztof Szpyt wręczył Jadzwidze Żdan kwiaty

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

ADAM ŁAZAR: – Obchodziła Pani w listopadzie 100. rocznicę urodzin. Jak przeżyła Pani ten jubileusz?

Reklama

JADWIGA ŻDAN: – Było bardzo uroczyście. O moim jubileuszu pamiętali najbliżsi – rodzina i przyjaciele, kapłani i władze miejskie. 11 listopada o godz. 13 w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej odprawiona została dziękczynna Eucharystia, którą sprawował wicedziekan i proboszcz ks. Roman Karpowicz. Dziekan lubaczowski ks. Andrzej Stopyra mimo choroby przybył, by złożyć mi gratulacje i życzenia. Od nich otrzymałam miły sercu prezent – obraz Matki Bożej Łaskawej, przed którym śluby składał król Jan Kazimierz w czasie szwedzkiego potopu w katedrze lwowskiej w 1656 r. Wizerunek ten koronował dziś już święty Jan Paweł II w Częstochowie w 1983 r. Pod obrazem piękna dedykacja: „Na pamiątkę dziękczynnej Eucharystii, w 100. rocznicę urodzin Pani Jadwigi Żdan z darem modlitwy i kapłańskiego błogosławieństwa oraz życzeniami zdrowia i wielu łask od Boga na dalsze lata życia” i podpisy obu proboszczów. W lokalu „Pod Orłami” było przyjęcie na ponad 30 osób. Siedziałam w dużym brązowym fotelu otoczona koszami kwiatów, wśród nich z 100 czerwonymi różami od wnuków i ich rodzin oraz 100 róż różowych od rodziny z Lublina. Pani Ziętkowa przygotowała prezentację z moich zdjęć, gdy byłam małą dziewczynką, grałam w tenisa, chodziłam do Seminarium Nauczycielskiego i z innych jeszcze zdjęć rodzinnych, a wszystko to na podkładzie muzycznym, granym walcu „Nad modrym Dunajem”. Kwiaty trafiły do obu kościołów. 14 listopada jubileusz przygotował mi w Ratuszu burmistrz Krzysztof Szpyt wraz z kierowniczkami ZUS, Urzędu Stanu Cywilnego. To chyba pierwszy taki jubileusz w tym urzędzie. Zazwyczaj burmistrz udawał się do domu jubilatów, ja przyszłam sama do Ratusza. Byli na tej uroczystości znajomi i przyjaciele. Był tort jubileuszowy, lampka szampana, kwiaty i dyplomy gratulacyjne oraz inne upominki.

– Skoro jesteśmy w takim jubileuszowym nastroju, powspominajmy o świętach Bożego Narodzenia z lat przedwojennych.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Nastrój i emocje udzielały się już w Adwencie. Chodziliśmy rano na pierwszą Mszę św. roratnią, na godz. 6 z latarkami – takimi, z jakimi chodziło się w gospodarstwie do stajni czy stodoły. W kościele też nie było światła elektrycznego, a był oświetlany świecami. Taki półmrok stwarzał nastrój. W domu robiło się ze słomy i bibułek kolorowych łańcuszek na choinkę. Przebierało się jabłka, by te ładne i małe przeznaczyć na ozdobę choinki. Na niej też zawieszano włoskie orzechy, cukierki, aniołki, grzybki i inne ozdoby z kolorowych papierów oraz kolorowe, cienkie, kręcone świeczki. Dekorowały choinkę dzieci, gdyż mama zajmowała się gotowaniem i pieczeniem. Wigilię rozpoczynało się modlitwą, łamaniem opłatka i składaniem życzeń. Tylko u Polaków był opłatek, a u Rusinów nie. Była podawana kutia, potrwa z pszenicy, maku, miodu. Gospodarz, jak składał życzenia, łyżkę tej kutii rzucał do sufitu domu i patrzono, ile ziaren przykleiło się. Wierzono, że jeżeli dużo, to będzie urodzaj w nadchodzącym roku. Podawano też do stołu barszcz w garnuszkach, pierogi z ziemniakami i z kapustą, gołąbki. Nie we wszystkich domach była ryba. Sprzedawali ją studenci, by zarobić sobie na studia. Z pieczonych rzeczy była strucla, drożdżowa bułka, zawijaniec z makiem, piernik, ciasteczka pieczone na blasze wycinane foremkami w kształcie gwiazdeczek, serduszek, nie było ciast przekładanych masą. Do popicia był kompot z suszonych owoców. Rodzice pod choinkę wkładali prezent dzieciom, przeważnie szalik lub rękawiczki, czapeczkę. Oprócz Polaków w naszym mieście Drohobyczu mieszkali Rusini. Oni święta Bożego Narodzenia obchodzą dwa tygodnie później. W rodzinach mieszanych były zatem drugie święta. Narodowości te żyły w zgodzie, dopiero przed wybuchem wojny zaczęło się kotłować, szerzyć nienawiść. Po wieczerzy kolędowało się aż do Pasterki, która była o północy. Od Wigilii do Trzech Króli dzieci, dobierając się w dwójki, trójki, chodziły pod okna domów kolędować. Otrzymywały ciasteczka, czasem pieniądze. 10 groszy tu już była duża suma. Dwa razy w okresie świąt wystawialiśmy jasełka w sali widowiskowej „Sokoła”. Przed Dzieciątkiem Jezus tańczyły cztery pary w strojach ludowych krakowiaka. Ja byłam w jednej z tych par, tańczyłam z chłopcem, który później, jak się okazało, był ważną figurą polityczną. Dochód z jasełek przeznaczany był na ochronkę, którą prowadziły siostry zakonne dla sierot.

– Jak to się stało, że z Drohobycza znalazła się Pani w Lubaczowie? Proszę coś powiedzieć o swojej rodzinie.

Reklama

– Rodzice Seredyńscy mieszkali w Drohobyczu. Jak wybuchła I wojna światowa, tatuś służył w wojsku austriackim, był sierżantem. Gdy urodził się im syn, nadali mu na imię Ferdynand. Tak nazywał się arcyksiążę, następca na tronie austro-węgierskim, który został zabity w 1914 r. w Sarajewie. Gdy tatuś był na wojnie, mamusia w ciąży ze mną wyjechała do rodziców ojca do Birczy. Tam ja się urodziłam 14 listopada 1916 r. Do szkoły powszechnej noszącej imię św. Królowej Jadwigi chodziłam w Drohobyczu. Potem do Seminarium Nauczycielskiego w Jaworowie. Ukończyłam je w 1935 r. Jak umarł Józef Piłsudski wieczorem, to rano pisaliśmy w seminarium egzaminacyjne zadanie z języka polskiego. Nie było pracy. Wybuchła II wojna światowa. Kazano nam młodym uciekać na Wschód. Uciekaliśmy. Z drugiej strony weszli Ruscy, zajęli tamte tereny, musieliśmy wracać z powrotem. Znalazłam się pod Leskiem, gdzie Rosjanie kazali mnie uczyć w szkole po rusku. Byłam krótko nauczycielką. W 1940 r. wyszłam za mąż za Włodzimierza Żdana. Ślub wzięliśmy w Krakowcu, gdzie mąż był lekarzem weterynarii. Tam urodziłam córkę Anię i syna Andrzeja. Gdy grasowały bandy UPA, musieliśmy uciekać za San. Znaleźliśmy się w Rożwienicy. We wrześniu 1944 r. przyjechaliśmy do Lubaczowa. Lekarz weterynarii Ukrainiec wyjechał na Ukrainę, brakowało lekarza w Lubaczowie. Został nim mój mąż, który pochodził z pobliskiego Cieszanowa. Podczas tak zwanej repatriacji rodzice i brat wyjechali do Opola. Jaki był to dla nich powrót do ojczyzny, gdy dom rodzinny pozostał w ukraińskiej republice. Myśmy też wyrobili sobie kartę repatrianta, by zamieszkać w jeszcze niewykończonym domu, który budował sędzia ukraiński. Gdy Niemcy się wycofali, wyjechał z nimi. Mieszkaliśmy w kuchni i pokoju, pozostałą część zajęło wojsko. Nie poszłam do pracy w szkolnictwie. Zajęłam się wychowaniem dzieci. Ponadto mieliśmy krowę, świnie, kury, pole, sadziliśmy ziemniaki, a nawet uprawiali konopie. Potem, gdy mąż zachorował na cukrzycę, musiałam specjalnie gotować dla niego. Pracy nie brakowało. Po śmierci męża w 1972 r. otrzymałam rentę i z niej żyję. Mieszkam z córką, która była nauczycielką i dyrektorką w Szkole Podstawowej nr 2, a teraz jest na emeryturze.

– Ma Pani jakąś pasję?

– Bardzo lubię czytać. Słabo słyszę. Nie oglądam telewizora, a w wolnych chwilach czytam. Mam okulary, ale czytam i bez nich. Bardzo lubię dawnych autorów. Obojętnie czy polskich, czy zagranicznych. Chodzi o treść. Nie czytam tych współczesnych tłumaczeń amerykańskich. Mąż też czytał książki o wojnach, ale wybierał te, w których Polacy wygrywali, odnosili zwycięstwa.

– Ma Pani swoją receptę na długie życie?

– Wszystko jest w rękach Opatrzności Bożej. Osobiście radziłabym dużo pracować fizycznie. I modlić się. Ta benedyktyńska reguła z VI wieku: „Módl się i pracuj” jest ciągle aktualna i warto się do niej stosować. Każdy dzień rozpoczynam Mszą św. Jak mogłam, chodziłam sama. Teraz muszę się kogoś trzymać. Wstaję po godz. 5. Ubieramy się z córką i idziemy do parafialnego kościoła, tego nowego pw. św. Karola Boromeusza, patrona św. Jana Pawła II, na Mszę na godz. 7. Jak nie było tego kościoła, to chodziłam do tego głównego w pobliżu Rynku, pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika. To taka potrzeba duchowa, zaczynać dzień z Panem Bogiem. Trzeba być życzliwym ludziom, pomagać im. Świadczone dobro powraca do nas, a wtedy żyje się łatwiej.

2016-12-21 09:59

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Maryja wybrała to miejsce

Niedziela świdnicka 24/2016, str. 1, 4-5

[ TEMATY ]

wywiad

Norbert Kochanek

Bazylika w Bardzie

Bazylika w Bardzie
Marek Zygmunt: – Obchodzimy wprawdzie 50. rocznicę ozdobienia figury Matki Bożej Strażniczki Wiary koronami papieskimi, ale starania o to rozpoczęły się już znacznie wcześniej…
CZYTAJ DALEJ

Leśkiewicz: Zakończyły się obrady kapituły Orderu Orła Białego

2026-06-08 18:12

[ TEMATY ]

Order Orła Białego

PAP

W poniedziałek zebrała się Kapituła Orderu Orła Białego ws. Orderu nadanego prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu; przedstawiła swoją opinię uczestniczącemu w obradach prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, który podejmie decyzję w odpowiednim czasie - poinformował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz.

Po tym, gdy pod koniec maja prezydent Ukrainy nadał imię „Bohaterów UPA” jednej z jednostek wojskowych swojego kraju, na poniedziałek zwołane zostało posiedzenie Kapituły Orderu Orła Białego, by m.in. zająć się propozycją prezydenta Nawrockiego odebrania tego Orderu Zełenskiemu.
CZYTAJ DALEJ

Od 2027 roku znacząca zmiana w Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej na Jasną Górę

2026-06-08 22:28

Michalina Stopka

Piesza Pielgrzymka Wrocławska na Jasną Górę, jedno z ważniejszych wydarzeń w Archidiecezji Wrocławskiej, od 2027 roku czeka znacząca zmiana. Podczas spotkania przewodników grup i przedstawicieli służb głosowano nad planem pielgrzymki w sierpniu 2027 roku. W wyniku głosowania od 2027 roku pierwszy etap pielgrzymki nie będzie już prowadził przez Trzebnicę. Pątnicy po wyjściu z Wrocławia będą szli w kierunku Oleśnicy. To największa korekta trasy od czasu skrócenia pielgrzymki z dziewięciu do ośmiu dni.

Zmiana pierwszego etapu pociąga za sobą korektę całej logistyki pielgrzymki. Dzięki nowemu układowi tras ostatni nocleg pielgrzymów będzie zlokalizowany na przedmieściach Częstochowy, a nie w Jeziorach, jak to miało miejsce w ostatnich latach. - Oznacza to powrót do krótszego, bardziej tradycyjnego wejścia na Jasną Górę, znanego z czasów, gdy pielgrzymka trwała dziewięć dni - podkreśla ks. Łukasz Romańczuk, rzecznik PPW, dodając, że będzie to okazja, aby więcej czasu spędzić na Jasnej Górze, być bardziej wypoczętym w dniu wejścia poprzez zmniejszenie obciążenia ostatniego dnia. - Decyzja o ominięciu Trzebnicy może budzić emocje, ale musimy pamiętać, że pielgrzymka zawsze była żywym organizmem. W historii PPW trasa zmieniała się wielokrotnie, zarówno z powodów duchowych, jak i praktycznych. Zmiana ta nie jest zerwaniem z tradycją, ponieważ kult św. Jadwigi pozostaje ważnym elementem duchowości pielgrzymki, choć od 2027 roku nie będzie już związany z noclegiem w Trzebnicy. Pamiętajmy przecież, że w październiku ok. 10 tysięcy pielgrzymów przybywa do grobu św. Jadwigi w Trzebnicy w tzw. prologu PPW - podkreśla ks. Łukasz Romańczuk.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję