Brat Marian Markiewicz urodził się w Sulejowie nad Pilicą w 1951 r. Już jako nastolatka jego marzeniem było stworzenie wspólnoty młodych ludzi, którzy mieliby możliwość działania w konkretnych sprawach, obierać cele, dążyć do ich realizacji, razem podróżować, odkładać środki na wspólne potrzeby. Wtedy nie wiedział jeszcze, że tak właśnie wygląda życie zakonne. Wspominał, że potem zdarzyło się coś, co przesądziło sprawę.
– Zwolnił się kościelny w naszej parafii na krótko przed świętami Bożego Narodzenia. Nie było nikogo do posługi w kościele. Wybór padł na mnie, tym bardziej, że i ojciec, i mama udzielali się w parafii - opowiadał br. Marian.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Po pewnym czasie wśród wielu ogłoszeń zauważył jedno o treści: „Jeśli chcesz służyć Panu Bogu, wstąp do Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego w Puszczykowie”.
- Powiedziałem o tym w domu, mama odpowiedziała mi: „Gdybyś został bratem, bardzo bym się cieszyła…”. Wysłałem papiery listem poleconym, po tygodniu przyszła odpowiedź, że zostałem przyjęty – wspominał.
Reklama
Drogę zakonną rozpoczął w 1969 r. Pierwsze śluby w Zgromadzeniu Braci Serca Jezusowego brat Marian złożył w 1970 r., po ukończeniu nowicjatu. Przełożeni zakonni skierowali go do pracy w Archikatedrze Warszawskiej za czasów Prymasa Tysiąclecia. Wtedy też poznał ks. Jerzego Popiełuszkę, który był wtedy alumnem seminarium duchownego; brat Marian był także świadkiem jego święceń kapłańskich.
W latach 1977-1982 brat Marian pracował jako kierowca w Polskim Kolegium Papieskim w Rzymie, gdzie zatrzymywał się kard. Karol Wojtyła podczas swoich pobytów w Wiecznym Mieście. Przy takich okazjach br. Markiewicz był m.in. kierowcą metropolity krakowskiego.
Czas spędzony w samochodzie z kard. Wojtyłą tak wspominał przed laty w rozmowie z „Niedzielą”:
- Jak wsiadał zazwyczaj do samochodu, to po góralsku mawiał: „To co, Marianku, będziemy się swarzyć?” A ja: „Dyć nie ma o co!”. „No to w takim razie ty rób swoje, a ja swoje”. W czasie jazdy zawsze coś czytał, a jak staliśmy w tłoku rzymskim, to notował.
W 1978 r. zawiózł kard. Wojtyłę na pamiętne konklawe.
- 3 października pojechałem odebrać kard. Wojtyłę z lotniska. Już był inny, bardziej zamyślony. Pojechaliśmy prosto do Bazyliki św. Piotra. Długo się modlił przy wystawionym na widok publiczny Janie Pawle I. Potem wróciliśmy do domu i ponownie ta sama procedura, czyli dziewięć dni jazdy na Watykan. 13 października rano zachorował bp Andrzej Deskur, przyjaciel kard. Wojtyły, co jeszcze bardziej wpłynęło na jego zachowanie. Stał się jeszcze bardziej zamyślony. Bardzo to przeżył. Odwiedził bp. Deskura również na drugi dzień. Następnie pojechaliśmy na Watykan, do jego mieszkania. Tam się przebrał w strój kardynalski i podjechaliśmy pod bramy konklawe – wspominał br. Marian.
Reklama
Wcześniej przyszły papież Jan Paweł II zwrócił się do brata Mariana z nietypową prośbą.
- Przed wyjściem na konklawe nasz kardynał poprosił mnie, abym go ostrzygł. „Ostrzygłbyś mnie, żebym wyglądał jakoś na tym konklawe” – rzucił żartem kard. Wojtyła. Strzyc nauczyłem się w nowicjacie, więc chwyciłem za nożyczki – opowiadał br. Marian i dodawał, że włosy te zachował i przechowywał jako relikwie.
Relacja z Janem Pawłem II nie urwała się po jego wyborze na Stolicę Piotrową. Brat Marian od 17 października 1978 r. był u Ojca Świętego 28 razy. Pewnego dnia otrzymał nawet od papieża wyjątkowy prezent – piękny, biały rower wyprodukowany przez firmę z Padwy. To stało się impulsem do kolarskiej aktywności br. Mariana.
Wiele razy podkreślał, że czuje nieustannie opiekę i duchową więź ze św. Janem Pawłem II.
- Jan Paweł II to był człowiek modlitwy. Przez swoją systematyczność, umiejętność zorganizowania się miał czas na wszystko. Jest dla mnie wzorem do naśladowania. Każdy dzień zaczynam więc zawsze z nim, czytam codziennie ewangelię i komentarz św. Jana Pawła II do niej. A że często ludzie proszą mnie o modlitwę za jego wstawiennictwem, to polecam św. Janowi Pawłowi wszystkie intencje, „swarzę się” z nim co dnia i mówię: „Ojcze św., zróbże co, bo widzisz – wszyscy proszą”.
Brata Mariana od wielu lat można było spotkać w Archikatedrze Warszawskiej, gdzie pełnił posługę. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, znajdujący czas na rozmowę i świadectwo o św. Janie Pawle II, którego postać z oddaniem przybliżał odwiedzającym świętojańską bazylikę.
