Reklama

Wiadomości

Strzelanie do „targetów”

Badacze rynku prasowego szacują, że obecnie w Polsce przynajmniej 2 mln osób codziennie czyta tzw. tabloidy, czyli gazety i czasopisma charakteryzujące się uproszczoną formą przekazu, wielkimi krzykliwymi tytułami, zdecydowaną przewagą obrazków nad tekstem i na ogół bardzo niewybredną treścią

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Można z tego wnosić, że tabloidy mają poważny wpływ na to, co i jak myślą Polacy. Socjologowie i medioznawcy nie poświęcają temu zjawisku należnej uwagi, choć przecież mogłoby to być kopalnią wiedzy o przeobrażającym się - w dużej mierze właśnie pod wpływem mediów - polskim społeczeństwie.

Burzę - ale krótkotrwałą i tylko w ograniczonym kręgu środowiska dziennikarskiego - wywołało pojawienie się na rynku książki „Wyznania hieny” Piotra Mieśnika, byłego dziennikarza „Faktu”, jednego z dwu najpotężniejszych polskich tabloidów. Książka nie jest pracą medioznawczą, lecz dość luźną i niewybredną w doborze opisów spowiedzią „nawróconego złoczyńcy”. Na pytanie, po co napisał tę książkę, Mieśnik odpowiada, że chciał odsłonić trochę nieczystości kuchni redakcyjnej, a przede wszystkim to, w jaki sposób wydawcy i redaktorzy traktują swych czytelników, tak bezkrytycznie wierzących w każde ich słowo.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Podczas specjalnej dyskusji w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich (SDP) książce postawiono zarzut, że jest zbyt wulgarna (rzeczywiście, taka jest) oraz że - i to jest zarzut absurdalny - nie pokazuje dobrych stron już samego tylko istnienia tego typu prasy w Polsce, jakoby jedynej odpornej na wszelkie polityczne naciski. I jedynej do końca, a przy tym do bólu dociekliwej, bo mogącej sobie pozwolić na kosztowne śledztwa dziennikarskie, z których jednak - na co wskazują „Wyznania hieny” - niewiele dobrego wynika. Oczywiście, tabloidy bywają społecznie pożyteczne, np. gdy odkrywają czasami drobne wpadki osób publicznych - ktoś je prywatną kolację za państwowe pieniądze albo odwozi dzieci do szkoły służbowym samochodem...

Kreatorzy postpolityki

Obrońcy polskich tabloidów chętnie podkreślają ich misję społeczną, której przejawem jest np. zrzucanie z piedestałów i kompromitowanie np. nieuczciwych polityków. Mówią też o budowaniu klasy średniej, o wzniecaniu dumy narodowej, zwłaszcza poprzez obszerne działy sportowe. Przeciwnicy - że tabloidowa klasa średnia jest kiepskiej próby, a tworzona przez nie duma narodowa - dość płytka. Uważają, że bilans zasług i szkód jest jednoznaczny; tabloidy demoralizują. Do polskiej transformacji wniosły przede wszystkim zło polegające na odmóżdżaniu społeczeństwa obywatelskiego, czyli na odzwyczajaniu ludzi od samodzielnego myślenia, zaś myślenie o prawdziwym dobru wspólnym zastąpiły uproszczoną wiarą w to, że jeżeli politycy będą jako tako uczciwi i będą ładnie wyglądać, to wystarczy.

Niewątpliwie tabloidy przysłużyły się do tego, że w III RP rozkwitła postpolityka, że ludzie przestali rozumieć, na czym polega ta prawdziwa polityka, że nie lubią polityki i polityków, których zawsze podejrzewają o to tylko, co najgorsze.

Reklama

Podczas dyskusji w SDP polski medioznawca - prof. Maciej Mrozowski przyznał, że jego zachodnich kolegów dziwi brak polskich badań nad funkcjonowaniem i rolą tabloidów. Przecież właśnie poprzez analizę tabloidów można wyłapywać wady młodej polskiej demokracji, młodego, dopiero kształtującego się kapitalizmu. Można by też zbadać, jakie są rzeczywiste osiągnięcia misji polskich tabloidów w leczeniu frustracji ludu, jak realizują one tę antyestablishmentowość, którą niejako z prasoznawczej definicji przypisują im politolodzy i psychologowie społeczni. Tymczasem wydaje się, że w Polsce nikogo to nie obchodzi, choć najwyższy czas, by przynajmniej rozmawiać o wpływie tabloidów na naszą kulturę, na mentalność i na wszechobecne zjawisko postpolityki, tak bardzo niebezpieczne zwłaszcza dla młodych demokracji, bo starsze dobrze sobie z nim już poradziły.

Warto podkreślić, że polskie tabloidy wcale nie naśladują swych zachodnich odpowiedników - czym polscy redaktorzy z dumą się zawsze chwalili - a są co najwyżej ich gorszą kalką, gdyż tam dziennikarze wynajdują prawdziwe grzechy ludzi, a tutaj je raczej kreują. Taką opinię wygłosił podczas dyskusji nad książką „Wyznania hieny” jeden z byłych współpracowników dużego polskiego tabloidu.

Specyficzną misją polskich tabloidów są ponoć podstawowa edukacja polityczna, antykomunizm, antylewicowość, stanie na straży wolności osobistej. Zasadniczo różni je od zachodnich wspieranie religijności. Cóż z tego, skoro te najbardziej słuszne i zbożne treści są przemieszane z rozmaitymi półprawdami, skoro mało ważne informacje trudno odróżnić od naprawdę ważnych, a tzw. gołe baby bywają oczkiem w głowie samego naczelnego... Zwykłemu czytelnikowi doprawdy trudno poddać się wpływowi jakiejkolwiek szlachetnej misji w taki sposób redagowanej gazety.

Pomieszanie z poplątaniem robi swoje; efekty mamy dziś w głowach „targetów” (tak z angielska dziennikarze tabloidów określają cel swego przekazu, czyli czytelników). Strzelanie do „targetów” okazuje się celne.

Wymyślanie rzeczywistości

Reklama

Polscy dziennikarze nie lubią krytykować swego środowiska, niechętnie zastanawiają się nad sensem i pożytkiem swej pracy, którą często wykonują dość beznamiętnie, dla pieniędzy. Mimo to w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, niejako na marginesie refleksji nad „Wyznaniami hieny”, pojawiły się rozgoryczone myśli o końcu dziennikarstwa w Polsce. Chodziło o dziennikarstwo rzetelne, etyczne.

- Ja stałem się skończonym cynikiem - wyznał autor książki - niestety, refleksja nad tym, co się naprawdę robi w tym cugu adrenalinowo-imprezowym, przyszła dosyć późno i nie ma co udawać, że pieniądze były czynnikiem wpływającym na to, że nie myślało się o konsekwencjach tego, co się robi... Wymyślało się np. liczby do tabelek emerytalnych, a gdy trzeba było zrobić porównania cen w polskich i zagranicznych hipermarketach i nie dało się ich wytropić w Internecie, to się je też wymyślało... To bodaj pierwsze tego rodzaju wyznanie w historii polskiego dziennikarstwa.

Trudno więc dziś mówić o pozytywnym wpływie tabloidów na polską rzeczywistość; wydaje się, że zamiast leczyć ludowe frustracje, raczej je podniecają. Z pewnością ten format prasowy jest głęboko zakorzeniony w kulturze, jest - jak to obiektywnie naukowo ujął prof. Maciej Mrozowski - pewną odnogą kultury ludowej i będzie istniał zawsze, by spełniać swą rolę „sanitarno-kanalizacyjną”. Trzeba się z tym pogodzić i uznać za normalne.

Reklama

Ciśnie się jednak wiele - pewnie nie dość naukowych i nie dość obiektywnych - pytań. Dlaczego polskie tabloidy uległy jakiemuś nadmiernemu wynaturzeniu, które w dodatku nikomu nie spędza snu z powiek? Dlaczego zjawisko „tabloidyzacji” rozlewa się w Polsce także na media uznawane za poważne? Dlaczego nikt tego nie krytykuje, a ci, którzy się tym jakkolwiek przejmują, deklarują ucieczkę od dziennikarstwa? Także od tego uchodzącego jeszcze za poważne.

Tabloidyzacja wszystkiego i od początku

Tabloidy nie mają żadnego wpływu na tabloidyzację poważnych mediów i całej kultury. Taka jest sugestia jednej strony sporu intelektualnego, który w szerszej i poważnej formie jeszcze nie zaistniał, a jeśli pojawia się na jakimś forum, to szybko jest pacyfikowany. Natychmiast pada neutralizujące pytanie: A może to współczesne przemiany kulturowe same z siebie właśnie w tabloidzie znalazły jakieś źródło inspiracji, odpowiednią formułę przekazu?

Reklama

Wobec takiego postawienia sprawy wprost strach myśleć o przyszłości kultury. Zdrowy rozsądek odmawia przyjęcia tej tezy. Nietrudno nawet nieprofesjonalnym i nienaukowym okiem zauważyć, jak bardzo pod wpływem publikacji tabloidowych przesuwają się granice ludzkiej przyzwoitości. Oto np. „Super Express” publikuje sesję zdjęciową matki (nago na koniu), która parę miesięcy wcześniej zamordowała własne dziecko... Morderczyni jest kreowana na tzw. gwiazdę, celebrytkę. W tej roli zobaczy ją kilkaset tysięcy osób (nakład tej gazety wynosi obecnie 180 tys.). Ile z nich nabierze sympatii do morderczyni dziecka? Trudno powiedzieć, faktem jest jednak, że w ten właśnie sposób przesuwa się ludzką wrażliwość do niebezpiecznych granic... A przecież w Polsce bywa już i tak, że tabloidy ledwie rozpoczynają kontrowersyjny temat, a kontynuują go i rozwijają media poważniejsze. Bywa i tak, że poważne media same z siebie ulegają estetyce tabloidów, uważając, że w ten sposób dotrą do większej liczby czytelników (a raczej: osiągną większą sprzedaż), którzy podobno wolą obrazki od słowa.

Od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego wieku tabloidy w Polsce zaczęły się kojarzyć z powiewem Zachodu. Zachodni potentaci prasowi dostrzegli nad Wisłą niezwykle chłonny, wygłodzony rynek; zaczęli inwestować w coraz to nowe tytuły, stare przycinać do nowego formatu. Dziennikarze pracujący w owym czasie w poważniejszych gazetach dobrze pamiętają ówczesne naciski na tworzenie treści łatwych i przyjemnych, na pisanie w duchu tabloidowym (choć wtedy jeszcze nie używano tego określenia), na wyszukiwaniu lżejszych lub bardziej sensacyjnych tematów. I tak to np. w poważnym prawicowym dzienniku „Życie” przez długi czas niejaki „Kuba Rozpruwacz” eliminował wszystkie poważniejsze tematy... Okazało się, że czytelnikom jednak nie podobała się ta usilna sensacyjność poważnej gazety. Późniejsze próby przerobienia „Życia” na tabloid zakończyły się jego oczekiwanym upadkiem. Za to jego kadry poważnie zasiliły nowo powstający, potężny tabloid -„Fakt”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku dziennikarze ochoczo garnęli się do pracy w tabloidach. Bo w Polsce jeśli jakieś media miały pieniądze, to przede wszystkim właśnie tabloidy. To one miały możliwości wysyłania dziennikarzy we wszystkie miejsca świata i płaciły sowite diety oraz wierszówki.

Mimo kryzysu - i obniżenia nakładu o połowę - „Fakt” sprzedaje dzisiaj rekordową liczbę egzemplarzy - ponad 300 tys. dziennie. I jest, jak inne tabloidy, potężnym korporacyjnym pracodawcą, kuźnią dziennikarskich kadr. Pytanie: co to są za kadry? Czy to tylko hieny? Czy jesteśmy w Polsce skazani na postępującą tabloidyzację wszystkiego?

2014-12-02 14:50

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Społeczny przekaz w Kościele

Niedziela wrocławska 39/2012

[ TEMATY ]

media

WWW.YOUTUBE.PL

Kadr z teledysku "Bierz i czytaj"

Kadr z teledysku Bierz i czytaj
Środki społecznego przekazu są niezwykle istotnym narzędziem w kształtowaniu postaw, zachowań a nawet myśli współczesnego człowieka. Dlatego tak ważne jest poświęcenie jednego dnia w Kościele katolickim mediom, aby ukazać ich chrześcijański wymiar. Dzień Środków Społecznego Przekazu został ustanowiony już 45 lat temu, gdy Kościół miał ogromne problemy z oswojeniem medialnego świata. Rozkwit mediów katolickich: prasy, radia i telewizji sprawił, że środki przekazu są coraz lepiej wykorzystywane w dziele ewangelizacji.
CZYTAJ DALEJ

Paweł Domagała: "Bóg musi być ponad wszystkim. Każda sfera mojego życia musi być w Nim zatopiona"

2026-05-20 09:11

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Joanna Popławska

Paweł Domagała na Browarach Wiary w Łodzi

Paweł Domagała na Browarach Wiary w Łodzi

O wierze, radykalizmie, rodzinie i współczesnym Kościele mówił aktor i piosenkarz Paweł Domagała podczas spotkania z cyklu „Browary Wiary”, organizowanego przez Jezuickie Duszpasterstwo Akademickie w Łodzi. Wydarzenie odbyło się w pubie Indeks i zgromadziło studentów oraz młodych ludzi szukających rozmowy o sprawach ważnych.

Tematem spotkania było: „Szukanie rzeczy ważnych. Rodzina, pasja, Bóg”. Rozmowę z gościem prowadził duszpasterz akademicki ks. Paweł Kowalski SJ. Paweł Domagała wielokrotnie podkreślał, że wiara nie może być jedynie dodatkiem do życia. - Bóg musi być ponad wszystkim. Każda sfera mojego życia musi być w Nim zatopiona. Inaczej to wszystko nie ma sensu. Bóg musi być wszystkim, bo jeśli nie jest wszystkim, to jest niczym - mówił. Artysta zaznaczył również, że chrześcijaństwo nie może ograniczać się jedynie do praktyk religijnych. - Chrześcijaninem jestem zawsze. Nie tylko w kościele, czy kiedy śpiewam piosenkę o Bogu. Bóg jest moją codziennością - podkreślał.
CZYTAJ DALEJ

Ordo Iuris: czy chłopcy będą musieli opuścić DPS w Broniszewicach?

2026-05-21 13:49

[ TEMATY ]

Ordo Iuris

Broniszewice

Dom Chłopaków

Archiwum Domu Chłopaków

Dom Chłopaków w Broniszewicach to DPS prowadzony przez siostry dominikanki. Na zdjęciu s. Tymoteusza z jednym z 67 niepełnosprawnych podopiecznych

Dom Chłopaków w Broniszewicach to DPS prowadzony przez siostry dominikanki. Na zdjęciu s. Tymoteusza z jednym z 67 niepełnosprawnych podopiecznych

W ostatnim czasie toczą się dyskusje na temat przyszłości dzieci przebywających w domach pomocy społecznej, a to za sprawą projektu nowelizującego ustawę o pomocy społecznej, w którym przewidziano istotne zmiany w funkcjonowaniu DPS-ów. W przypadku uchwalenia projektowanych przepisów, zmiany te szczególnie odczują placówki, w których przebywają dzieci, takie jak DPS Dom Chłopaków w Broniszewicach, prowadzony przez siostry dominikanki. Instytut Ordo Iuris przygotował analizę projektowanych zmian dotyczących małoletnich podopiecznych DPS-ów, w której wskazał na potrzebę modyfikacji proponowanego modelu deinstytucjonalizacji opieki społecznej.

Na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowano 26 marca projekt ustawy o zmianie ustawy pomocy społecznej oraz niektórych innych ustaw autorstwa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPPS). Projekt wzbudził niemałe kontrowersje, a wśród krytykujących przyjęte w nim rozwiązania znaleźli się przedstawiciele środowiska domów pomocy społecznej, w tym siostry dominikanki prowadzące DPS o nazwie „Dom Chłopaków w Broniszewicach”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję