JADWIGA OSTROMECKA: Jaki był początek kapłańskiej drogi?
KS. KRZYSZTOF JASIŃSKI: W moim rodzinnym mieście od wielu lat są salezjanie. Związany z tym środowiskiem, już w szkole podstawowej myślałem o tym, żeby zostać salezjaninem i wyjechać na misje. Na mojej drodze Bóg postawił ludzi, którzy pomogli mi rozeznać powołanie. Wyjechałem z Sokołowa w 1982 r., zaraz po maturze w Technikum Maszyn i Urządzeń Rolniczych w Węgrowie, następnie rok nowicjatu w Czerwińsku, dwa lata filozofii w Kutnie-Woźniakowie, asystencja misyjna w Lublinie…
Na misje wyjechałem w 1986 r. Przełożeni zaproponowali mi tzw. Środkowy Wschód, gdzie siedzibą inspektorii jest Betlejem. Studia teologiczne ukończyłem w Instituto Teologico Salesiano w Cremisan w Izraelu. Wyświęcony zostałem w 1990 r. w moim rodzinnym Sokołowie, w kościele Księży Salezjanów. Następnie rok przebywałem w Irlandii, ucząc się języka angielskiego. W tym czasie akurat w Etiopii rozpoczęła się wojna pomiędzy zwolennikami komunistycznego reżimu Mengystu Hajle Marjama a opozycją. Mengystu rządził w latach 1974-91 i utrzymywał się u władzy dzięki pomocy ZSRR, NRD i Kuby. Wtedy głód, terror i przesiedlenia doprowadziły do zagłady ok. 1, 5 mln Etiopczyków. Kiedy w 1991 r. opozycja przejęła władzę, powstała Federalna Demokratyczna Republika Etiopii. Wtedy mogłem tam wyjechać, a z mojej decyzji cieszyli się bardzo przełożeni, bo nie było chętnych na misje w jednym z najuboższych krajów świata.
Jak wyglądały pierwsze lata pobytu Księdza w Etiopii?
Przyleciałem do Adis-Adeby, kilkumilionowej metropolii. Stamtąd na północ do Makale, gdzie wylądowaliśmy na zwykłej kamienistej drodze. Z kolei budynek misji, która powstała w 1975 r., okazał się nowoczesny. Były tam szkoła dla miejscowych, prenowicjat i dom dla nas, księży. Ksiądz dyrektor, odizolowany od świata w czasie rządów rewolucyjnych, nie miał przez 7 lat żadnych wakacji. Przebywał tam na własne ryzyko. W miesiąc po moim przyjeździe wyjechał na urlop, zostałem sam z bratem zakonnym. Moje obowiązki były duże, nie miałem nawet czasu na naukę języka. Dopiero 4 miesiące pobytu w wiosce wśród miejscowych pozwoliło mi opanować język. Mieszkałem wtedy na wysokości prawie 3 tys. metrów, bez światła, a po wodę trzeba było chodzić kilkaset metrów do rzeki, jeśli brakowało deszczowej. To była prawdziwa misja. Zżyłem się z ludźmi. Stamtąd są dwa powołania. Ci młodzi pamiętają mój pobyt u nich, wspominają, że im pomagałem.
Jak potoczyły się dalsze losy?
Reklama
Byłem 2 lata w Kalifornii, gdzie pogłębiałem umiejętności w zakresie elektryfikacji silników spalinowych. Potem w kolejnej placówce zostałem dyrektorem technicznym. Bardzo przydały się też umiejętności zdobyte w szkole średniej. Na misji zorganizowaliśmy między innymi kurs budowlany. Otworzyliśmy 3-letnią szkołę techniczną. Wszyscy nasi uczniowie znaleźli potem pracę. Po kilku latach skierowano mnie do stolicy, gdzie uczyłem się języka amharskiego. Dodam, że w Etiopii jest 85 języków. Potem były kolejne placówki.
Proszę opowiedzieć o obecnej.
Od 4 lat jestem w mieście Szyrie, na północy Etiopii. Prowadzimy tutaj szkołę podstawową, oratorium, organizujemy kursy zawodowe, pomagamy w parafii ortodoksyjnego koptyjskiego Kościoła etiopskiego. Mój region jest zamożniejszy niż inne. Do naszej szkoły uczęszczają uczniowie różnych wyznań. Nie ma konfliktów na tle wyznaniowym, współżycie przebiega zgodnie, podobnie w małżeństwach. Do oratorium przychodzą dzieci mieszkające w pobliżu. Szkoła jest płatna, ale jeśli ktoś nie jest w stanie płacić, staramy się o stypendia. Jedyny wymóg musi się uczyć. Stawiamy na jakość. Nauczycielami są osoby świeckie, miejscowi. Katechezy jako przedmiotu nie ma, rząd nie zezwala. Uczymy natomiast etyki, wprowadzając różne aspekty Pisma Świętego. Codziennie modlimy się przed rozpoczęciem zajęć. W Etiopii nie ma prawnego obowiązku nauki, dużo dzieci, szczególnie na terenie wiejskim, nie uczy się.
Jakie wyznanie przeważa w Etiopii?
Reklama
Ten piękny kraj ma bardzo długą i bogatą historię. Wzmianki o Etiopii są w Starym Testamencie i Listach Apostolskich. Nasza wiara jest tam od początków chrześcijaństwa. Najwięcej jest chrześcijan, ponad 50 mln, z czego 36 mln stanowią wyznawcy ortodoksyjnego koptyjskiego Kościoła etiopskiego, 16 mln protestanci, 600 tys. katolicy. Ponadto są muzułmanie ok. 28 mln i wyznawcy religii plemiennych. Kościół lokalny jest bardzo prężny, ma dużo powołań. Wszystkich obowiązuje kalendarz ortodoksyjny. Na przykład Boże Narodzenie obchodzimy 7 stycznia, Nowy Rok 11 września. W Etiopii jest dopiero 2006 r. My, katolicy, jesteśmy w obrządku koptyjskim, ale naszym zwierzchnikiem jest papież. Ortodoksi mają swojego patriarchę. Są przejścia na katolicyzm tam, gdzie pracujemy, ale to proces długi.
Czy często Ksiądz przyjeżdża do Polski?
Teoretycznie przysługuje nam co 2 lata miesiąc urlopu. Ostatnio byłem na pogrzebie mamy w listopadzie 2013 r. i teraz jestem na miesięcznym urlopie, wracam 25 sierpnia. Wcześniej, sprawując w wakacje 8 funkcji, nie byłem w Polsce 5 lat. Według prognoz miałem długo nie wytrzymać, ale jakoś trwam. Oczywiście, choroby trzeba było przejść. Kilka razy chorowałem na malarię. Trudno było w rejonach niższych, z temperaturami dochodzącymi nawet do 53 oC w cieniu. Obecnie jestem na wysokości 1800 metrów, co bardziej sprzyja zdrowiu.
Co Księdzu daje zadowolenie w tej pracy?
Przez te 23 lata nastąpiły kolosalne zmiany, w czym mam swój niewielki udział. Moim celem była praca na misji w biednym kraju. Na pewno można było zrobić coś lepiej. Jednak jak widzę to, co zdałem zrobić, to czuję satysfakcję. Ważne, że nie tylko dajemy, ale pomagamy tym ludziom, żeby radzili sobie sami, działamy w kierunku zmiany ich mentalności, rozumienia wielu spraw. Cieszy, że nauka nie poszła w las, że ktoś z wdzięcznością przypomina moje własne słowa. Widzę, że młodzież inaczej myśli, jest bardziej odpowiedzialna za rodzinę, za starszych. Oczywiście, nie wszyscy, ale zmiany widać.
Kościół w Santo Domingo w którym pracuje ks. Leon Juchniewicz
Jednym z celów wyprawy do Ekwadoru, jakie wraz z ks. Antonim Michno postawiliśmy przed sobą, były odwiedziny polskich misjonarzy pracujących w tym kraju. Udając się do Ekwadoru otrzymaliśmy z Komisji Misyjnej Konferencji Episkopatu Polski, reprezentowanej przez ks. Kazimierza Szymczychę, wykaz polskich misjonarzy pracujących w tym kraju. Aktualnie w Ekwadorze posługuje 36 misjonarzy z Polski; 33 kapłanów i 3 siostry zakonne.
Rozpoczynając od stolicy Ekwadoru - Quito - udało nam się uczestniczyć w różnego typu spotkaniach, w których wzięła udział większość polskich misjonarzy. Spotkanie z wszystkimi okazało się niemożliwe, z uwagi na ich nieobecność w Ekwadorze lub znaczne odległości dzielące miejscowości, w których sprawowali posługę, od stolicy. Misjonarze tworzą piękną mozaikę, gdyż pochodzą z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych. Pracują w różnych miejscach Ekwadoru. Dużą grupę stanowią ojcowie franciszkanie konwentualni (7) oraz werbiści (5). Pozostałą część tworzą księża diecezjalni (fideidoniści). Do Ekwadoru przybyli z diecezji: częstochowskiej, lubelskiej, przemyskiej, sandomierskiej, tarnowskiej, elbląskiej, warszawskiej, rzeszowskiej.
Oryginalną posługę pełni o. Jerzy Konieczny - jezuita, który jest katechistą wędrownym działającym między innymi na terenie wikariatu apostolskiego w Esmeraldas. Wśród polskich misjonarzy są trzy siostry ze Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Misjonarek, które prowadzą dom dziecka wybudowany i dotowany przez ofiarodawców z Niemiec.
W miarę możliwości, wraz z ks. Zdzisławem Rakoczym odwiedziliśmy wielu misjonarzy w miejscach ich misyjnej działalności. Imponująca jest placówka Ojców Franciszkanów znajdująca się w Santo Domingo. W 1995 r. wybudowali oni kompleks składający się z kościoła, sal katechetycznych i duszpasterskich, budynku socjalnego przeznaczonego na organizowanie różnych szkoleń, gabinet stomatologiczny i lekarski.
Z wieloma trudnościami boryka się ks. Leon Juchniewicz, proboszcz peryferyjnej parafii w Santo Domingo. Kapłan ten prowadzi katolicką szkołę parafialną, do której uczęszcza ok. 120 uczniów.
Piękną działalność prowadzą księża pochodzący z diecezji tarnowskiej. Do Ekwadoru przybyło ich w 2000 r. siedmiu. Pracują głównie w diecezji Babahoyo para los Ríos. Mieliśmy okazję spotkać się z nimi w parafii przy kościele św. Krzysztofa w Quevedo.
Odwiedziliśmy także kapłanów pochodzących z diecezji rzeszowskiej, ks. Krzysztofa Kudławca pracującego w miejscowości Chone w diecezji Porto Viejo oraz pracującego w tej samej diecezji ks. Dariusza Miąsika. Obaj kapłani mają różne parafie. Ks. Kudławiec buduje nową świątynię, natomiast ks. Miąsik prowadzi parafię liczącą ok. 25 tys. wiernych, mając do pomocy tylko jednego wikariusza.
Pełne uroku było spotkanie w budynku parafialnym w miejscowości Chone, na które obok wielu księży misjonarzy przybył ordynariusz diecezji Porto Viejo, abp Lorenzo. Dobrze zorganizowaną parafię w diecezji Zamora-Chinchipe prowadzi pochodzący z archidiecezji przemyskiej ks. Stanisław Wróbel, który kilka lat temu został inkardynowany do tego wikariatu apostolskiego.
Stosunkowo dużo czasu poświęciliśmy na spotkanie z kapłanami przemyskimi, szczególnie z ks. Andrzejem Juszczęciem i ks. Zdzisławem Rakoczym (o ich pracy więcej w kolejnych odcinkach).
Przy okazji wspólnych spotkań mieliśmy okazję zapoznać się z codziennością życia misyjnego. Pojawiły się sugestie dotyczące szerszego propagowania w Polsce spraw misji i pomocy misjonarzom. Chodzi o pomoc duchową, ale też i materialną, gdyż misjonarze często są zdani na samych siebie w odległym od Ojczyzny kraju. Istnieje wiele problemów, które należy rozwiązać, np. dotyczących ubezpieczenia zdrowotnego czy zabezpieczenia emerytalnego misjonarzy.
Według relacji polskich misjonarzy aktualnie pracujących w Ekwadorze, ewangelizacja dokonana przed wiekami przez kolonizatorów, głównie hiszpańskich, zaowocowała tym, że ponad 90% mieszkańców tego kraju przyjmuje chrzest. Zbyt mała liczba duchowieństwa sprawia, że ich dalsze życie religijne potrzebuje ciągłej troski misjonarzy, których wspierają katechiści. Mimo już kilkuwiekowej obecności Kościoła na ekwadorskiej ziemi, tylko część ochrzczonych rozwija swoją wiarę przez korzystanie z sakramentów świętych. Zaledwie 50% ochrzczonych przystępuje do I Komunii św. a zaledwie 25% otrzymuje sakrament bierzmowania. Niepokojącym jest to, że tylko kilka procent ochrzczonych zawiera sakramentalne związki małżeńskie. Już z tej prostej obserwacji wynika potrzeba ciągłej pracy misjonarzy i tych, którzy ich wspierają, a więc katechistów. Każda parafia posiada zorganizowany zespół wolontariuszy katechistów, którzy po odpowiedniej formacji przygotowują wiernych do sakramentów świętych, prowadzą grupy duszpasterskie, nabożeństwa, opiekują się kościołami i kaplicami misyjnymi. Wstępne przygotowanie katechistów trwa kilka miesięcy, a w dalszej perspektywie polega także na okresowych spotkaniach z duszpasterzem, podczas których omawiane są przyszłe zajęcia podejmowane już samodzielnie przez katechistów w wyznaczonych wspólnotach.
Wiele nadziei można wiązać ze wspólnotami żywego Kościoła. W Ekwadorze najbardziej popularnym jest ruch o nazwie „Jan XXIII”. Zmierza on do ożywienia wiary w parafii, mocno akcentuje udział członków w życiu liturgicznym parafii. Wspólnoty tego ruchu posiadają swój program formacyjny. Istnieje także Odnowa w Duchu Świętym oraz Legion Maryi. Podobnie jak w Polsce są też przy parafiach grupy ministrantów i lektorów.
Z reguły każda parafia prowadzona przez misjonarzy w Ekwadorze posiada wiele wiosek, które są rozsiane po okolicy w odległości od centrum o kilkadziesiąt nawet kilometrów. Bywa, że tych kaplic dojazdowych i miejsc sprawowania Eucharystii (np. szkoły) jest przy parafii kilkadziesiąt. Ich liczba dochodzi nawet do 50. To oczywiście sprawia, że misjonarz może do niektórych wspólnot przyjechać raz w miesiącu czy nawet kilka razy w ciągu roku. Stąd też bardzo ważnym narzędziem dla misjonarza jest samochód, koniecznie z napędem na 4 koła, z racji trudnych nieraz dróg.
Podczas pobytu w Ekwadorze mieliśmy rownież okazję do spotkania z kilkoma biskupami Ekwadoru. Wyrażali oni wdzięczność polskim misjonarzom i misjonarkom za ich pracę ewangelizacyjną. Jednocześnie apelowali o przybywanie nowych misjonarzy.
Rakieta, która naruszyła w czwartek polską przestrzeń powietrzną i spadła na Lubelszczyźnie, była uzbrojona i z dużym prawdopodobieństwem rosyjska – napisał w czwartek premier Donald Tusk. Podziękował wszystkim przywódcom UE i NATO za solidarność i gotowość do pomocy.
W czwartek o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt; dla jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16; o godz. 3.46 obiekt zanikł; prawdopodobne miejsce jego upadku zlokalizowano w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia - informowało nad ranem Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. Prowadząca śledztwo w tej sprawie Prokuratura Okręgowa w Lublinie poinformowała po południu, że najprawdopodobniej była to rakieta o oznaczeniach Ch-101 i zawierała materiał wybuchowy „w znacznej ilości”.
Fotografia archiwalna 2. Korpusu Polskiego / Domena publiczna
Ignacy Tłoczyński (z lewej) i Czesław Spychała w mundurach 6. Pułku Pancernego "Dzieci Lwowskich" II Korpusu Polskiego. Macerata/Włochy 1945-46.
W historii Polski tradycje sportu olimpijskiego są ściśle związane z walką o wolność i niepodległość i, gdy 1 sierpnia 1944 roku, rozpoczęto powstanie zbrojne przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim, wśród powstańców nie zabrakło polskich wyczynowych sportowców, olimpijczyków, trenerów i działaczy sportowych. Do walki stanęli nie tylko ludzie młodzi, ale też weterani wojny z 1920 roku i września 1939.
Droga wielu z nich na barykady walczącej Warszawy wiodła przez służbę w Wojsku Polskim i udział
w konspiracji. Niemal wszyscy należeli do Związku Walki Zbrojnej
a następnie Armii Krajowej i byli zaprzysiężeni.
Zbigniew Chmielewski, w swej książce „Sportowcy w powstaniu
warszawskim”, podaje, że w walkach w 1944 roku w Warszawie brało
czynny udział niemal 800 wyczynowych sportowców, mistrzów
i rekordzistów Polski różnych dyscyplin sportowych i trenerów. Inne
żródła podają, że do powstania zgłosiło się około 1000 sportowców
warszawskich klubów. Wśród nich było 26 olimpijczyków, w tym
8 medalistów olimpijskich.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.