Według statystyk, systematycznie wydłuża się ludzkie życie. Zależy to od postępów w medycynie, warunków bytowych, zdrowego odżywiania się, większej aktywności fizycznej. Właśnie teraz osoby urodzone w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia, czyli w okresie wyżu powojennego, osiągają wiek emerytalny. Przybywa więc seniorów. Równocześnie zmienia się wzorzec społeczny, kształtujący model rodziny: ubywa mieszkających wspólnie rodzin wielopokoleniowych, powiększa się natomiast liczba samotnych osób starszych. Obecnie najczęściej spotykanym typem rodziny jest tzw. rodzina nuklearna, składająca się z rodziców oraz będących na ich utrzymaniu dzieci (zwykle jednego lub dwojga).
Bezduszna ekonomia
Reklama
W ostatnich latach jesteśmy świadkami rozluźniania się więzi rodzinnych. Podyktowany sztywnymi regułami ekonomicznymi punkt widzenia ustawodawców wpływa na organizację rynku pracy. Od pracownika oczekuje się już nie tylko poszerzania kwalifikacji i gotowości do zmiany zawodu, ale również i to jest najbardziej niepokojące gotowości do zmiany miejsca zamieszkania. I ta właśnie mobilność zawodowa tak bardzo nagradzana przez pracodawców i promowana przez ekonomicznych guru jest dziś jedną z przyczyn rozpadania się rodzin. W mobilnych rodzinach nie ma miejsca dla niedomagających rodziców (dziadków). Pojawia się zatem wielki problem ludzi starszych, którzy nie są już nikomu potrzebni. Kontakty między członkami rodziny, którzy jeszcze niedawno mieszkali pod wspólnym dachem, stają się coraz rzadsze, z biegiem czasu ograniczają się do krótkich rozmów telefonicznych.
Dla osób ze starszego pokolenia naprawdę „mocnym uderzeniem” staje się dziś przejście na emeryturę, łączące się z poczuciem odstawienia na boczny tor. Dzieci, które zakładają własne rodziny, zamieszkują osobno często w odległych od rodzinnego domu miejscowościach lub emigrują ze względów ekonomicznych.
Nieprzydatność emerytów
W naszej mentalności panuje stereotyp, popularny zwłaszcza wśród starszego pokolenia, że matka oprócz pracy na etacie powinna jeszcze prowadzić gospodarstwo domowe, poświęcać się dla rodziny, codziennie wykonywać na jej rzecz rutynowe czynności, ojciec zaś może skupić się na karierze zawodowej. Wśród wielu niekorzystnych efektów takiego podejścia do życia jest również częstsza u mężczyzn niż u kobiet apatia po śmierci współmałżonka. Nierzadko owdowiały mężczyzna po prostu sobie nie radzi, nie jest w stanie właściwie o siebie zadbać. W dodatku spotyka się z niezrozumieniem i brakiem troski ze strony swoich dzieci, które nie mają dla niego czasu.
Świeżo upieczeni emeryci zastanawiają się nad tym, jak zaplanować sobie nowy etap w życiu, żeby nie mieć poczucia nieprzydatności i izolacji społecznej. To prawda, że kobieta może zająć się wnukami. Tak, pod warunkiem, że mieszkają one w pobliżu. Trudno jednak sprawować babciną opiekę na odległość.
Reklama
Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje. Wielu młodych, „nowoczesnych” rodziców, mając do wyboru babcię lub przedszkole, wybiera przedszkole, bo dziecko szybciej będzie się socjalizowało, odpowiednio wcześnie zacznie naukę języków obcych, będzie lepiej przygotowane do podjęcia nauki w szkole. A i same dzieci już nie tak chętnie jak kiedyś słuchają bajek opowiadanych lub czytanych przez babcię. Mają do dyspozycji elektroniczne gry, animowane filmy, nie muszą więc uruchamiać wyobraźni. Starsze przedszkolaki umieją posługiwać się telefonem komórkowym, są przyuczane do obsługi komputera, który w niedalekiej przyszłości zastąpi im bliskich. Wnuczków „podrzuca się” dziadkom tylko wtedy, kiedy ich rodzice chcą mieć czas tylko dla siebie.
Bezludna wyspa
Starszym dzieciom ambitni rodzice skrupulatnie planują dziś grafik zajęć. Nauka języka obcego, a najlepiej kilku, gra na instrumencie, do tego tenis, jazda konna, basen, udział w licznych konkursach... można by długo jeszcze wymieniać. W takiej sytuacji nastolatki nie mają już ochoty ani czasu na kontakty z dziadkami, którzy zresztą już dawno przestali być dla nich autorytetami i osobami atrakcyjnymi towarzysko. Jeśli mają komórkę, to zapewne przestarzały, „obciachowy” model, nie wiedzą, co to tablet i smartfon, mają trudności z obsługą komputera, zwracają uwagę na fatalną polszczyznę młodego pokolenia, nie są obeznani z nowoczesną techniką, podania piszą ręcznie, nie nadążają za młodymi i do tego urodzili się w „niewłaściwych ideologicznie” czasach. Ten stereotyp powielają liczne produkcje telewizyjne, popularne seriale.
Reklama
Jeszcze kilkanaście lat temu powszechnie narzekano, że najważniejszym urządzeniem w domu jest telewizor. Domownicy spędzali przed nim większość wolnego czasu. Przy włączonym odbiorniku wspólnie spożywali posiłki, a nawet przyjmowali gości. Szklany ekran rekompensował brak rozrywek. Nie pochwalam tego, ale z perspektywy czasu można uznać, że tak mocno krytykowana wówczas telewizja miała też dobrą stronę na swój sposób integrowała rodzinę. Współcześni domownicy zasiadają osobno przed monitorem komputera, posiłki spożywają osobno, każdy na swoim „stanowisku”. Jeśli dyskutują, to na portalach społecznościowych. Tam znajdują setki, a nawet tysiące „przyjaciół”. Bez laptopa czują się jak na bezludnej wyspie.
Trudno wyobrazić sobie, że tak wychowywane młode pokolenie będzie w przyszłości zdolne do założenia zgodnej, kochającej się rodziny, bo i skąd ma czerpać wzorce? Z bezładnej sieci?
Nie twierdzę, że wszystkie współczesne rodziny funkcjonują według opisanego modelu. Osobiście znam panie, które po przejściu na emeryturę świadomie odłożyły na później swoje pasje, czerpiąc radość z opieki nad wnukami.
Przyczyny wykluczenia
Do najtrudniejszych problemów ludzi starszych można zaliczyć choroby związane z wiekiem, znacznie ograniczające sprawność fizyczną i intelektualną, poczucie marginalizacji, życie w ubóstwie. Ale najgorsza jest samotność, która, jak twierdzą specjaliści, zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci. Jednak trzeba też jasno powiedzieć, że mieszkanie z dziećmi może prowadzić do poważnych napięć w rodzinie. Niechęć teściów do małżonków dzieci czy mały metraż mieszkania nie będą sprzyjać dobrej atmosferze rodzinnej.
Poważnym problemem starszych ludzi jest prawie zawsze poczucie wykluczenia, odcięcie od kontaktów z otoczeniem. Myślę, że dobrym rozwiązaniem w uaktywnianiu ludzi starszych mógłby być wolontariat. Niestety, w naszych realiach ta forma pomocy jeszcze słabo działa, zwłaszcza w małych miejscowościach.
Reklama
Większość Polaków deklaruje przywiązanie do wartości chrześcijańskich, a mimo to w naszym społeczeństwie panuje znieczulica, wynikająca z rozlicznych zaniedbań wychowawczych, także na lekcjach katechezy. Śmiem podejrzewać, że w wielu domach dzieci nie mają od kogo uczyć się szacunku dla starości i jej zrozumienia. W Internecie dzisiejszej wyroczni aż roi się od niewybrednych komentarzy pod adresem ludzi starszych.
W naszej kulturze „kult siwego włosa” został zastąpiony „kultem młodości”. Zauważmy, jak szybko zanika zwyczaj ustępowania miejsca seniorom w środkach masowej komunikacji. Wychodzi się z założenia, że każdy, kto kupił bilet, ma prawo siedzieć. Emeryci płacą tylko połowę lub jeżdżą za darmo, powinni więc stać.
Zawiść zamiast solidarności
Najwyraźniej słabnie międzypokoleniowa solidarność. Czynni zawodowo młodzi ludzie wypominają emerytom, że muszą na nich pracować. Gdyby lepiej znali historię, wiedzieliby, że emerytura ma długą tradycję i wywodzi się jeszcze ze starożytności (rzymscy żołnierze otrzymywali militarną emeryturę po zakończeniu służby wojskowej). W 1880 r. niemiecki kanclerz Otto von Bismarck wprowadził gwarantowaną niemilitarną emeryturę dla wszystkich ubezpieczonych pracowników, którzy ukończyli 70 lat życia. System był finansowany przez składki odprowadzane z pensji. Emerytura jest więc efektem umowy zawartej między pokoleniami. Emeryci wypracowali ją, będąc w wieku produkcyjnym. Z zawiści wynikają często paradoksy, bo jeśli emeryt dorabia na pół etatu, to też jest atakowany. Wytyka mu się, że blokuje miejsce pracy młodym, którzy nie mają środków na założenie rodziny.
Reklama
Emeryci nie ponoszą żadnej winy za to, że rodzi się coraz mniej dzieci. Nie zabierają nikomu pieniędzy. Wręcz przeciwnie, pracownicy powyżej 50. roku życia są postrzegani przez pracodawców jako „niereformowalni”, niemobilni, a zatem mało przydatni. To oni są najbardziej narażeni na zwolnienie z pracy z powodu tzw. reorganizacji stanowisk i mogą nie zdążyć wypracować sobie emerytury powyżej minimum socjalnego. Trzeba jasno powiedzieć, że to nieprzyjazna polityka państwa nie sprzyja dzietności (przede wszystkim problemy mieszkaniowe młodych i niestabilna sytuacja na rynku pracy).
Szczęśliwa, godna starość?
Warto zadać sobie pytanie: dlaczego zbyt rzadko spotykamy na naszych ulicach starych ludzi trzymających się czule za ręce? Dlatego, że u nas wywołałoby to zażenowanie lub ironiczne uśmieszki przechodniów. Bo okazywanie sobie uczuć w przestrzeni publicznej, nawet niewinne, jest zarezerwowane dla młodych. Próba wejścia rodzica w nowy związek po śmierci współmałżonka budzi sprzeciw dzieci. Często powodem jest wstyd „co ludzie powiedzą?” lub też perspektywa utraty części emerytury, do której młodzi już zdążyli się przyzwyczaić...
Z przykrością muszę powiedzieć, że Polska nie jest krajem przyjaznym dla ludzi starych. Co trzeciego emeryta nie stać na realizację recept, osoby wymagające pomocy geriatrycznej są pozbawione systemowej opieki, ponieważ brakuje zarówno oddziałów, jak i specjalistów. W polskiej rzeczywistości rodzina nie może liczyć na instytucjonalną pomoc w opiece nad starszym, schorowanym bliskim. Na miejsce w domu pomocy społecznej trzeba czekać latami. Odnosi się wrażenie, że państwu nie opłaca się „inwestować” w starych obywateli. Co jeszcze bardziej niepokojące, nie widać w tej przestrzeni większego zaangażowania wolontariatu. Uniwersytety trzeciego wieku, kluby seniora to oferta skierowana do niewielkiej liczby emerytów, głównie tych mieszkających w miastach i sprawnych ruchowo (problemy z dojazdem na miejsce).
A jeszcze nie tak dawno obiecywano emerytom wakacje na Hawajach...
Uczestnicy i organizatorzy I Młodzieżowego Zjazdu Rycerstwa Niepokalanej
Ten, kogo nie było w dniach 20-22 czerwca br. w Strachocinie u Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej niech żałuje, bo jest czego. Hasłem rekolekcji były słowa: „Wierzyć to znaczy chodzić po wodzie, czyli wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia przez Niepokalaną”. Tak z przymrużeniem oka, wybierając się do Strachociny, zastanawiałam się, czy będzie tylko teoria, czy można się też spodziewać chodzenia po wodzie w praktyce.
O. Andrzej Sąsiadek, franciszkanin, w konferencjach przekonywał nas: „Jak człowiek wierzy, to się da! Naprawdę się da! Szatan kłamie i próbuje nam wmówić: to niemożliwe!”. Były to słowa, które zostały poparte opowieściami o konkretnych, wyjętych z życia sytuacjach, co pomagało uwierzyć, że Bóg działa również dziś i w codziennym życiu każdego z nas. Przedstawienie Apostołów, szczególnie św. Piotra, jako normalnych ludzi, którym też nie wszystko w życiu wychodziło, a jednak dali radę, pomogło uwierzyć we własne siły i możliwości oraz w to, że można, „że się jednak da”. Tu przypominają mi się gdzieś usłyszane słowa, że „Bóg nie powołuje świętych, lecz uświęca powołanych”. Ważną rzeczą było także uświadomienie nam, że szatan z reguły nie przychodzi ze słowami: „Jestem Lucyfer. Czy mogę zamieszkać w twoim sercu?”, lecz często działa bardzo podstępnie i pod pozorem dobra, np. odwlekając spowiedź przez podsuwanie myśli: „bo nie jestem jeszcze dobrze przygotowany...”. Również to, że o. Andrzej mówił całym sobą sprawiało, że treści, które przekazywał, przyswajało się nie tylko uszami, ale niemal wszystkimi zmysłami. Słyszeć te konferencje to mało, to trzeba było również widzieć.
Po czasie słuchania trzeba było również wykazać się wiedzą. Ponieważ Rycerzy Niepokalanej, tych już pasowanych oraz kandydatów, przyjechało w sumie ponad 60, to pierwszego dnia zostaliśmy podzieleni na mniejsze grupy. Każda z grup miała swojego animatora, opiekuna i świętego patrona. Pierwszym zadaniem było odgadnięcie świętych, którzy mieli się za nami wstawiać u Boga i pomagać Niepokalanej, byśmy z tych rekolekcji skorzystali jak najwięcej. Każdy z animatorów wraz z opiekunem grupy przygotował scenkę z życia świętego patrona – tu brawa dla nich za pomysłowość i zaangażowanie. Towarzyszyli nam tacy święci jak: św. Maksymilian M. Kolbe, św. Franciszek z Asyżu, św. Józef, św. Jan Paweł II i św. Andrzej Bobola.
Patronem mojej grupy był św. Andrzej Bobola, który od pierwszego przyjazdu do Strachociny stał mi się szczególnie bliski. Niepokalana, biorąc sobie do pomocy właśnie tego świętego, przyprowadziła mnie w to niezwykłe miejsce. Ponieważ na rekolekcje jechałam z bardzo osobistą sprawą, to pierwsze kroki skierowałam pod pomnik św. Andrzeja, a kolejne były spacerem po Bobolówce, by poprosić go o szczególną opiekę na ten ważny czas. I tym razem św. Andrzej w konkretny sposób wstawił się za mną, dodając odwagi i przez o. Andrzeja uciszył burze w mojej duszy.
20 czerwca, poza znajomością faktów z życia świętych, można było się też wykazać odwagą i zaufaniem do Niepokalanej, która podczas pogodnego wieczorku postawiła niełatwe zadania. Pierwszy wyzwanie podjął o. Andrzej, który miał nas uczyć chodzenia po wodzie, a w rezultacie musiał nurkować w basenie, by odczytać hasło z rebusu na dnie. Kolejne zadanie polegało na czerpaniu wody sitkiem – łatwo się domyślić, jakie to efekty przynosiło. Na koniec tor przeszkód z zawiązanymi oczami. Ponieważ Maryja nigdy nie zostawia swoich dzieci bez opieki i pomocy, to i tym razem pomagała w konkretny sposób, dając okulary do nurkowania i lupę, by odczytać rebus, miskę, by wody naczerpać i pokazać, jak działa jako Pośredniczka łask wszelakich, oraz siostrę, która prowadziła za rękę, pomagała pokonać przeszkody i dodawała otuchy przed wejściem do wody. Przez wesołą zabawę mogliśmy się przekonać, jak wiele zyskujemy, pozwalając działać w naszym życiu najtroskliwszej Matuchnie, i jak ona nam pomaga.
21 czerwca pozostawił w pamięci rycerskie podchody. Przejście przygotowanym szlakiem zdecydowanie ułatwiała znajomość terenu i rozmieszczenia najważniejszych punktów, co siostry w kolejnych wskazówkach potrafiły opisać w bardzo ciekawych i niepowtarzalnych słowach. W wyzwaniu tym liczyła się również współpraca, czasem również między rywalizującymi między sobą grupami. Poza odnalezieniem strategicznych punktów i kolejnych wskazówek mieliśmy do wykonania bardzo praktyczne zadania, które polegały m.in. na podlaniu kwiatków na Bobolówce. Było również zadanie apostolskie, które miało także znaczenie duchowe, bo przez świadectwo o Rycerstwie Niepokalanej dla odwiedzonej pani pozwalało umocnić także naszą reakcję z Niepokalaną. Jednak mimo wspomnianej zdrowej rywalizacji dopiero zebranie owoców pracy wszystkich grup pozwoliło odczytać końcowe hasło rycerskich podchodów.
Był również czas na skupienie oraz bardzo prywatne i osobiste spotkanie z Jezusem. Czas wyciszenia, przemyślenia różnych spraw, usłyszanego słowa oraz duchowej rozmowy z Bogiem zapewniony był podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Także w każdej wolnej chwili można było udać się do kaplicy, by w ciszy pobyć z Jezusem. W kaplicy stał słój wypełniony cytatami z Pisma Świętego, by wylosować i zatrzymać dla siebie to, co Pan chce nam powiedzieć. Pozwalało to na łatwiejsze nawiązanie rozmowy z Bogiem, a czasem skłaniało do konkretnych refleksji. Osobiście czułam szczególne prowadzenie tym Słowem przez cały czas rekolekcji. Bardzo trafione i cenne okazały się również słowa św. Maksymiliana, które każdy zabierał dla siebie na zakończenie rekolekcji. Ważnym czasem spotkania z żywym Bogiem była codzienna Eucharystia w sanktuarium św. Andrzeja Boboli, która z racji oktawy Bożego Ciała połączona była z procesją.
Na zakończenie rekolekcji, 22 czerwca, odbyło się rycerskie pasowanie. Grono Rycerzy Niepokalanej powiększyło się o kolejne 12 osób, które zdecydowały się oddać całych siebie na własność i do pełnej dyspozycji Niepokalanej. Moment ten przywołał piękne wspomnienia z poprzednich rekolekcji, kiedy to sama byłam w gronie giermków, którzy dostąpili zaszczytu wstąpienia w zastępy tej szczególnej wspólnoty.
Przez cały czas Zjazdu troskliwą opieką otaczały nas siostry, które dbały nie tylko o sprawy duchowe, piękną oprawę tego świętego czasu i urozmaicenie wesołych wieczorków, ale i o strawę dla wzmocnienia sił fizycznych, za co serdeczne Bóg zapłać wszystkim razem i każdej z osobna.
Jeśli ktoś chciał i mimo sporej dawki wrażeń nie brakowało mu sił, to mógł jeszcze zostać na ponadplanowy czas, którym była rekreacja na świeżym powietrzu zakończona ogniskiem. Czas zacieśniania nowych przyjaźni, rozmów i dzielenia się wrażeniami tych niezwykłych trzech dni.
Praktycznie każde słowa są zbyt małe, by opisać i oddać atmosferę, uczucia, wrażenia i przeżycia czasu spędzonego podczas Zjazdu w Strachocinie. Tutaj trzeba po prostu przyjechać i samemu poczuć wszystkimi zmysłami to miejsce, które Niepokalana wybrała sobie na swoją zagrodę. Trzeba osobiście spotkać się z ludźmi, odczuć ich życzliwość, jedność i te szczególne więzi, jakie się tutaj zawiązują. Zdecydowanie jest to miejsce, z którego nie chce się wyjeżdżać i czeka się na każdą okazję, by móc wrócić.
O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitance z Lisieux we Francji, powstały już opasłe tomy rozpraw teologicznych. W tym skromnym artykule pragnę zachęcić
czytelników do przyjaźni z tą wielką świętą końca XIX w., która także dziś może stać się dla wielu ludzi przewodniczką na krętych drogach życia. Może także pomóc w zweryfikowaniu własnego stosunku
do Pana Boga, relacji z Nim, Jego obrazu, który nosimy w sobie.
Życie św. Teresy daje się streścić w jednym słowie: miłość. Miłość była jej głównym posłannictwem, treścią i celem jej życia. Według św. Teresy, najważniejsze to wiedzieć, że jest się kochanym,
i kochać. Prawda to, jak może się wydawać, banalna, ale aby dojść do takiego wniosku, trzeba w pełni zaakceptować siebie. Św. Teresie wcale nie było łatwo tego dokonać. Miała niesforny charakter.
Była bardzo uparta, przewrażliwiona na swoim punkcie i spragniona uznania, łatwo ulegała emocjom. Wiedziała jednak, że tylko Bóg może dokonać w niej uzdrowienia, bo tylko On kocha miłością bez
warunków. Dlatego zaufała Mu i pozwoliła się prowadzić, a to zaowocowało wyzwoleniem się od wszelkich trosk o samą siebie i uwierzeniem, że jest kochana taką, jaka jest.
Miłość to dla św. Teresy "mała droga", jak zwykło się nazywać jej duchowy system przekonań, "droga zaufania małego dziecka, które bez obawy zasypia w ramionach Ojca". Św. Teresa ufała bowiem
w miłość Boga i zdała się całkowicie na Niego. Chciała się stawać "mała" i wiedziała, że Bogu to się podoba, że On kocha jej słabości.
Ona wskazała, na przekór panującemu długo i obecnemu często i dziś przekonaniu, że świętość nie jest dostępna jedynie dla wybranych, dla tych, którzy dokonują heroicznych czynów, ale jest
w zasięgu wszystkich, nawet najmniejszych dusz kochających Boga i pragnących spełniać Jego wolę. Św. Teresa była przekonana, że to miłosierdzie Boga, a nie religijne zasługi, zaprowadzi
ją do nieba. Św. Teresa chciała być aktywna nie w ćwiczeniu się w doskonałości, ale w sprawianiu Bogu przyjemności. Pragnęła robić wszystko nie dla zasług, ale po to, by Jemu było miło
i dlatego mówiła: "Dzieci nie pracują, by zdobyć stanowisko, a jeżeli są grzeczne, to dla rozradowania rodziców; również nie trzeba pracować po to, by zostać świętym, ale aby sprawiać radość
Panu Bogu".
Św. Teresa przekonuje w ten sposób, że najważniejsze to wykonywać wszystko z miłości do Pana Boga. Taki stosunek trzeba mieć przede wszystkim do swoich codziennych obowiązków, które często
są trudne, niepozorne i przesiąknięte rutyną. Nie jest jednak ważne, co robimy, ale czy wykonujemy to z miłością. Teresa mówiła, że "Jezus nie interesuje się wielkością naszych czynów ani nawet
stopniem ich trudności, co miłością, która nas do nich przynagla".
Przykład św. Teresy wskazuje na to, że usilne dążenie do doskonałości i przekonywanie innych, a zwłaszcza samego siebie, o swoich zasługach jest bezcelowe. Nigdy bowiem nie uda się
nam dokonać takich czynów, które sprawią, że będziemy w pełni z siebie zadowoleni, jeśli nie przekonamy się, że Bóg nas kocha i akceptuje nasze słabości. Trzeba zgodzić się na swoją małość,
bo to pozwoli Bogu działać w nas i przemieniać nasze życie. Św. Teresa chciała być słaba, bo wiedziała, że "moc w słabości się doskonali".
Ta wielka święta, Doktor Kościoła, udowodniła, że można patrzeć na Boga jak na czułego, kochającego Ojca. Jednak trwanie w takim przekonaniu nie przyszło jej łatwo. Przeżywała wiele trudności
w wierze, nieobce były jej niepokoje i wątpliwości, znała poczucie oddalenia od Boga. Dzięki temu może być nam, ludziom słabym, bardzo bliska. Jest także dowodem na to, że niepowodzenia i trudności
są wpisane w życie każdego człowieka, nikt bowiem nie rodzi się święty, ale świętość wypracowuje się przez walkę z samym sobą, współpracę z łaską Bożą, wypełnianie woli Stwórcy.
Teresa zrozumiała najgłębszą prawdę o Bogu zawartą w Biblii - że jest On miłością - i dlatego spośród licznych powołań, które odczuwała, wybrała jedno, mówiąc: "Moim powołaniem jest
miłość", a w innym miejscu: "W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością".
Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach, Fundacja Donum Vitae, Krystyna de Walden-Gałuszko, Paweł Bębenek, Janusz Rosikoń, Mateusz Środoń, Jan Grosfeld, Milena Kindziuk, Jadwiga i Jacek Pulikowscy, Fundacja „Instytut Nowych Mediów”, „Pielgrzymi Nadziei” oraz VaticanNews.pl - to nominowani do tegorocznych Nagród TOTUS TUUS. Statuetki w kształcie anioła wzbijającego się do lotu wręczane są osobom i instytucjom, które inspirując się nauczaniem św. Jana Pawła II w sposób szczególny przyczyniają się do budowania cywilizacji miłości. Nagrody wręczone zostaną podczas gali na Zamku Królewskim w Warszawie, 10 października 2026, w sobotę przed Dniem Papieskim.
Hospicjum jest placówką opieki paliatywnej, która od wielu lat niesie pomoc osobom znajdującym się w terminalnym stadium choroby, zapewniając im warunki do przeżywania ostatniego etapu życia w atmosferze szacunku, spokoju i bezpieczeństwa. Szczególnym wymiarem promocji godności człowieka jest sprzeciw hospicjum wobec instrumentalnego traktowania chorego oraz wobec postaw, które redukują wartość życia do jego użyteczności lub sprawności. Hospicjum także towarzyszy rodzinom pacjentów. Wsparcie psychologiczne, duchowe i emocjonalne udzielane bliskim pomaga im przeżywać czas choroby i żałoby w sposób bardziej świadomy i godny, bez poczucia osamotnienia i wykluczenia. Istotnym elementem działalności hospicjum jest również kształtowanie postaw społecznych opartych na empatii, solidarności i odpowiedzialności za najsłabszych.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.