Reklama

Wiadomości

Trzaskowski do Dudy: spotkanie to dobry pomysł, najodpowiedniejszy moment to czas po ogłoszeniu wyników przez PKW

Spotkanie to dobry pomysł, dziękuję; najodpowiedniejszym momentem wydaje się czas zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów przez PKW - napisał kandydat KO na prezydenta Rafał Trzaskowski odpowiadając na zaproszenie go przez prezydenta Andrzeja Dudę na spotkanie w niedzielę na godz. 23.00.

[ TEMATY ]

wybory

wybory 2020

PAP/Radek Pietruszka

Według sondażu exit poll Ipsos dla TVP, TVN i Polsat popierany przez PiS prezydent Andrzej Duda w drugiej turze wyborów prezydenckich uzyskał 50,4 proc. głosów, a kandydat KO Rafał Trzaskowski uzyskał 49,6 proc.

Po ogłoszeniu wyników sondażowych prezydent Duda podkreślał, że wszyscy czekają na oficjalne wyniki wyborów. "Ale chcę w tym momencie i z tego miejsca zaprosić dzisiaj jeszcze i na dziś do Pałacu Prezydenckiego pana Rafała Trzaskowskiego z jego małżonką na godzinę 23. Ja wiem, że późno, ale myślę, że nikt z nas nie będzie dzisiaj do późnych godzin spał" - oświadczył Duda.

Reklama

"Chciałem zaprosić pana Rafała Trzaskowskiego, żebyśmy sobie podali rękę, i żeby ten uścisk dłoni zakończył tą kampanię" - powiedział prezydent.

Do propozycji spotkania Trzaskowski odniósł się na Twitterze. "Nasze wspólne spotkanie to dobry pomysł, Panie prezydencie @AndrzejDuda. Dziękuję" - napisał. "Najodpowiedniejszym momentem wydaje się czas zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów przez PKW" - dodał Trzaskowski. (PAP)

autor: Grzegorz Bruszewski

gb/ mok/

2020-07-12 22:04

Ocena: +3 -5

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Trump się nie poddaje

2020-11-19 10:04

[ TEMATY ]

USA

wybory

Wikimedia Commons

Po skutecznej, obfitującej w liczne sukcesy gospodarcze oraz dyplomatyczne, pełnej spełnionych obietnic m.in. wobec Polski, swojej pierwszej kadencji prezydent Donald Trump miał realne szanse na reelekcję. Dzisiaj wśród wielu ekspertów panuje zgoda, że dopiero atak chińskiego koronawirusa storpedował nadzieje republikanów na utrzymanie Białego Domu.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jasno, że wybory prezydenckie anno domini 2020 w Stanach Zjednoczonych wygrał Joe Biden. Mimo, że główne media po drugiej stronie Atlantyku, nawet te konserwatywne, jak telewizja “Fox News”, ogłosiły demokratę ostatecznym zwycięzcą i tytułują go mianem “prezydent-elekt”, a światowi przywódcy zdążyli już pogratulować mu sukcesu, ten rozdział amerykańskiej historii wciąż nie został zamknięty. Człowiek, który napisał książkę pt. “Nigdy się nie poddawaj”, prezydent Donald Trump, pozostaje wierny swojej dewizie i ani myśli uznawać porażki. Jego prawnicy składają pozwy sądowe dotyczące nieprawidłowości wyborczych w kluczowych amerykańskich stanach, a sam prezydent deklaruje, że gdyby liczyć jedynie legalnie oddane głosy, to on byłby zwycięzcą. Republikanin zapewniał o tym nie tylko za pośrednictwem swojego konta na Twitterze, lecz również w trakcie konferencji prasowej w Biały Domu.

“Jeśli policzymy legalne głosy, z łatwością wygrywam. Jeśli liczymy głosy oddane nielegalnie i te nadesłane po czasie, to jest to próba odebrania nam zwycięstwa.” - oznajmił prezydent USA. Wystąpienie relacjonowane było na żywo przez wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne w Ameryce. Stacje CBS, ABC, CNBC, MSNBC oraz NBC zdecydowały się przerwać wystąpienie Trumpa argumentując to rzekomymi kłamstwami, jakie miały padać z jego ust. Po stronie prawicy wywołało to oburzenie oraz oskarżenia o stosowanie cenzury politycznej przez lewicowe media.

Spodziewane opóźnienie

Nie ulega wątpliwości, że tegoroczne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mają zdecydowanie historyczny charakter. Nie chodzi już tylko o walkę polityczną i spór o przywództwo nad krajem. Czy w dalszym ciągu będzie nim kierował Donald Trump, republikanin stojący na straży konserwatywnych wartości, czy może ster przejmie liberał Joe Biden i skrajna socjalistka Kamala Harris, a zatem tandem pod rządami którego Ameryka ostro skręci w lewo? Z uwagi na fakt, że wybory odbywały się w trakcie pandemii koronawirusa, Amerykanie pobili wszelkie rekordy w głosowaniu korespondencyjnym oraz tzw. “wczesnym głosowaniu” (“absentee ballots” - red.), które polega na otrzymaniu pakietu wyborczego pocztą i osobistym dostarczeniu go do urny jeszcze przed właściwym dniem wyborów.

Wiadomym było zatem, że czynniki te opóźnią poznanie oficjalnych wyników. Część stanów zezwala bowiem, by na spływające pocztą pakiety wyborcze oczekiwać jeszcze po oficjalnym zakończeniu głosowania.

Teraz w dodatku dochodzi kolejny czynnik opóźniający - pozwy sądowe dotyczące domniemanych nieprawidłowości wyborczych oraz wnioski o ponowne przeliczanie głosów. I tutaj właśnie docieramy do sedna sprawy, która nadaje tegorocznym wyborom prezydenckim za oceanem miano historycznych i bezprecedensowych. Dla wiary w amerykańską demokrację lepiej byłoby jednak, gdy wszystko zostało rozstrzygnięte w dniu 3 listopada, a spływające później głosy korespondencyjne nie miały już potencjału, by zmienić wynik elekcji. Wreszcie, gdyby nie pojawiły się kontrowersje związane z liczeniem głosów i innymi rzekomymi nieprawidłowościami wyborczymi. Niestety okazało się to być marzeniem ściętej głowy. Po drugiej stronie Atlantyku obserwujemy toczący się spór, w którym duża część konserwatystów, na czele ze swoim prezydentem, uważa, że partia demokratyczna i skorumpowani służący jej lokalni urzędnicy dosłownie okradli ich z wyborów prezydenckich.

Wygrać ze strachem

O historycznym charakterze tegorocznych wyborów prezydenckich za oceanem świadczy nader wszystko paraliżująca cały świat pandemia chińskiego koronawirusa SARS-CoV-2, która również na nich odcisnęła swoje piętno. Kryzys ten wpłynął przede wszystkim na osłabienie szans na reelekcję prezydenta Donalda Trumpa, który w normalnych warunkach byłby zapewne zdecydowanym faworytem wyścigu po Biały Dom. Przed pandemią prezydent Trump prowadził w sondażach, a jego sztandarowym przesłaniem była fenomenalna sytuacja gospodarcza, historycznie niski poziom bezrobocia oraz liczne zrealizowane obietnice wyborcze. Dobrą passę przerwał dopiero atak chińskiego wirusa, który nie tylko doprowadził do załamania gospodarki i dynamicznego wzrostu bezrobocia, ale przede wszystkim pozbawił życia ponad 249 tys. Amerykanów. To wówczas notowania prezydenta zaczęły spadać na korzyść jego demokratycznego konkurenta Joego Bidena.

Demokraci oskarżali prezydenta Trumpa o brak skutecznego planu walki z wirusem, o lekceważenie niebezpieczeństwa, szczególnie na początkowym etapie w lutym b.r., gdy prezydent ukrywał przed obywatelami powagę sytuacji i skalę zagrożenia, jakie stanowi pochodzący z Chin patogen. Republikański prezydent przyznał się do tego w rozmowie udzielonej znanemu i cenionemu dziennikarzowi Bobowi Woodwardowi. Taśmy z tego wywiadu obiegły amerykańskie media wywołując skandal i liczne głosy krytyki pod adresem gospodarza Białego Domu, który w tym samym czasie zapewniał Amerykanów, że wirus nie stanowi większego zagrożenia, niż zwykła grypa sezonowa i niedługo sam przeminie. Tymczasem na nagraniu słyszymy prezydenta przyznającego, że “to jest śmiertelna sprawa”, a sam koronawirus może być bardzo niebezpieczny nie tylko dla osób starszych, ale także młodych. O powadze sytuacji Trumpa informował szereg amerykańskich agencji federalnych. Sam prezydent tłumaczył się później, że nie chciał wywoływać paniki wśród społeczeństwa twierdząc, że prawdziwy przywódca powinien wykazywać się spokojem, a nie skupiać na straszeniu narodu i podgrzewaniu napiętej atmosfery strachu.

Wobec zarzutów o bezczynność republikański prezydent wielokrotnie podkreślał, że jako pierwszy liczący się światowy przywódca zdecydował się na bardzo radykalny krok polegający na zamknięciu ruchu z Chinami, a chwilę później również z Unią Europejską. Wówczas, jak podkreślał sam Trump oraz stający w jego obronie republikańscy stronnicy, działania prezydenta spotykały się z ostrą krytyką ze strony polityków partii demokratycznej oraz samego Joego Bidena, którzy decyzję o zamknięciu granic nazywali rasistowską i ksenofobiczną. Prezydent USA przekonuje, że podjęte przez jego administrację kroki pozwoliły uratować wiele ludzkich istnień, co byłoby niemożliwe, gdyby u władzy znajdowali się demokraci ograniczeni przez polityczną poprawnością, która nie pozwoliłaby im na tak radykalne działanie, jak zakaz wjazdu do USA dla przyjezdnych z Chin oraz Unii Europejskiej. Jako przykład zgubnej w obliczu pandemii politycznej poprawności, prezydent wskazywał również na działania spikerki Izby Reprezentantów, demokratki z Kalifornii Nancy Pelosi, która jeszcze pod koniec stycznia b.r. zachęcała Amerykanów, by udawali się do chińskiej dzielnicy Chinatown celebrować chiński nowy rok.

W trakcie dwóch debat ze swoim demokratycznym rywalem Joe Bidenem oraz podczas licznych spotkań z wyborcami, prezydent Donald Trump zwracał uwagę, że z uwagi na błędy w działaniu ówczesnej administracji USA, gdyby wirus tzw. Świńskiej Grypy A/H1N1 z 2009 roku okazał się być bardziej śmiercionośny, za administracji Obamy i Bidena życie mogłoby stracić dużo więcej Amerykanów, niż w trakcie tegorocznej pandemii.

Trump był przez ostatnie miesiące kampanii mocno atakowany ze strony demokratów, którzy próbowali obarczać go winą za wysoką liczbę zgonów na koronawirusa. Eksperci szacują, że do końca tego roku całkowita liczba ofiar choroby Covid-19 może w Ameryce wynieść ponad 400 tys. Prezydent USA odpierał te zarzuty, wskazując, że za pandemię winić należy przede wszystkim komunistyczny rząd Chin, który m.in. ukrywał przed światem informacje o wirusie, zwracając uwagę, że wirus sparaliżował cały świat i trudno zrzucać tutaj winę na administrację USA. To cyniczna gra demokratów obliczona na zyskanie przewagi w wyborach. Wykorzystując tragedię setek tysięcy obywateli USA, demokraci na czele z Joe Bidenem i Kamalą Harris próbowali ugrać polityczne korzyści i upatrywali w tym pretekstu do nagonki na prezydenta. Podczas ostatniej debaty prezydenckiej Trump powiedział, że gdyby nie działania podjęte przez Biały Dom, liczba zgonów mogłaby w Ameryce przekroczyć 2 miliony!

Za oceanem tematy kampanijne zostały w dużej mierze zdominowane przez pandemię koronawirusa i próbę odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie z tym historycznym kryzysem. Plany działania kandydatów były całkowcie od siebie różne. Joe Biden twierdził, że konieczne jest utrzymywanie lockdownu kraju, a ewentualne otwarcie biznesów musi być poprzedzone zapewnieniem im środków umożliwiających bezpieczne przeprowadzenie tego procesu. Natomiast prezydent Donald Trump uważał, że lekarstwo nie może być gorsze od samej choroby, a kraj musi jak najszybciej wrócić do normalności. Po wyleczeniu się z koronawirusa, Trump wezwał Amerykanów, by nie dali się przez niego zdominować. Zapewnił, że możliwy jest powrót do normalności, ponieważ dla zdecydowanej większości młodych ludzi wirus nie stanowi zagrożenia, wskazując że jedynie osoby starsze oraz obarczone chorobami współistniejącymi powinny unikać potencjalnej ekspozycji na wirusa. Joe Biden straszył natomiast Amerykanów sugerując, że oto nadchodzi mroczna zima, a ewentualna szczepionka pojawi się realnie dopiero w połowie przyszłego roku. Dzisiaj wiemy już, jak bardzo się wówczas mylił. Amerykańscy naukowcy opracowali już skuteczną szczepionkę, która zdaniem naczelnego amerykańskiego epidemiologa doktora Fauciego może trafić do obywateli USA już w kwietniu przyszłego roku.

Donald Trump wykazywał się całkowicie odmiennym od Bidena podejściem, a jego narrację charakteryzował typowy dla Amerykanów optymizm i nadzieja na lepsze jutro. Prezydent USA jeszcze przed wyborami zapewniał naród, że jest ogromna szansa, aby szczepionka pojawiła się jeszcze przed końcem roku. Wizja Bidena to perspektywa społeczeństwa sparaliżowanego strachem, postawionego przed koniecznością znoszenia trudów kolejnych lockdownów, które zrujnują i tak osłabioną już gospodarkę. W tym samym czasie Trump rozpościerał przed Amerykanami wizję świetlanej przyszłości, w której najwspanialszy naród na świecie, jak wierzą Amerykanie, nie da się złamać wirusowi i mimo pandemii będzie w stanie odbudowywać gospodarkę swojego kraju.

W zależności od tego, które podejście bardziej przekonałoby amerykańskich wyborców, zależały losy tegorocznych wyborów prezydenckich. Biorąc jednak pod uwagę to, jak wielu obywateli USA chciało powrotu do normalnego funkcjonowania, kandydat republikanów stał przed ogromną szansą, by na swoim optymizmie zbić potężny kapitał wyborczy. Dodajmy do tego fakt, że wbrew narracji lewicowych mediów za oceanem m.in. telewizji “CNN”, pandemia koronawirusa wcale nie była dla Amerykanów najważniejszym tematem kampanii. Z badań opinii publicznej wynikało, że uwagę wyborców w USA bardziej absorbuje kwestia gospodarki i bezpieczeństwa na ulicach amerykańskich miast. Covid-19 znalazł się dopiero na trzecim miejscu. Ataki kierowane wobec administracji Trumpa sugerujące jej odpowiedzialność za złą sytuację na polu walki z wirusem nie powinny zatem aż tak negatywnie odbić się na notowaniach urzędującego prezydenta. Mimo tego, wszystko wskazuje dzisiaj, że to demokrata Joe Biden zaskarbił sobie zaufanie większości obywateli. Cóż się zatem stało? Pandemia spowodowała gwałtowny wzrost bezrobocia, spadki na giełdach oraz problemy prywatnego biznesu, które często doprowadzały ostatecznie do upadku małych przedsiębiorstw, jak zwykle w szczególności ucierpieli tutaj najsłabsi - niewielkie rodzinne firmy. Wielu obywateli znajdując się w tragicznej sytuacji ekonomicznej, podświadomie obarczyło rząd amerykański winą za zaistniałą sytuację. To dobrze udokumentowany mechanizm socjologiczny, który jest kluczem do wytłumaczenia ewentualnej porażki wyborczej Donalda Trumpa. Dzisiaj jest to najbardziej prawdopodobny finał wyborów prezydenckich w USA, choć cały czas nie można na 100 proc. wykluczyć nagłego zwrotu akcji i zmiany wyniku na korzyść kandydata republikanów. Prawnicy Trumpa, którym przewodzi były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani, musieliby jednak udowodnić przed amerykańskimi sądami masowe nieprawidłowości i oszustwa wyborcze.

Wybory w pandemii

W obawie przed zakażeniem groźnym patogenem, wiele amerykańskich stanów poszerzyło swoim rezydentom możliwość zdalnego głosowania pocztowego, a miliony Amerykanów postanowiło z tej opcji skorzystać, bijąc wszelkie rekordy frekwencji w tzw. “wczesnym głosowaniu”. W ostatnich dniach października licznik wskazywał, że z takiej formy udziału w wyborach skorzystało ponad 61 milionów obywateli. Dla porównania, w analogicznym momencie kampanii w roku 2016 liczba ta wynosiła zaledwie nieco ponad 47 milionów głosów. Frekwencja dalej rosła jednak dynamicznie, bijąc tym większe rekordy, im bardziej zbliżyliśmy się do ostatecznego dnia wyborów prezydenckich. Tak oto, do końca października z opcji wczesnego głosowania, w dużej mierze zdominowanego przez głosowanie pocztowe, skorzystało ponad 87 milionów obywateli!

Przepisy umożliwiające oddanie głosu bez potrzeby osobistego stawiania się w lokalu wyborczym w dniu wyborów, różnią się w zależności od konkretnego stanu. Przykładowo, w Kalifornii, Delaware lub Illinois z uwagi na pandemię koronawirusa, lokalne władze stanowe zdecydowały się wysyłać pakiety wyborcze wszystkim zarejestrowanym wyborcom z góry. Wiele stanów zrezygnowało z dotychczas obowiązującego wymogu, by rezydenci chcący głosować pocztowo musieli przedstawić konkretny ku temu powód tzw. “excuse”.

Wirus a gospodarka

Informacja o pozytywnym wyniku testu na obecność koronawirusa u prezydenta Stanów Zjednoczonych, a chwilę później również ta o wystąpieniu u niego objawów choroby Covid-19 wywołała po drugiej stronie oceanu szok i całą listę pytań stawianych nie tylko przez polityków i dziennikarzy, ale również zwykłych obywateli przejętych losem gospodarza Białego Domu oraz kraju, któremu przewodzi. Kluczowa stała się odpowiedź na to, jak sytuacja kryzysowa z prezydentem w roli głównej wpłynie na jego wyborcze szanse oraz na gospodarkę USA. Ta ostatnia jest zależna m.in. od sytuacji na Wall Street, gdzie mieszczą się najważniejsze giełdy papierów wartościowych. Na akcje notowanych tam spółek ogromny wpływ mają czynniki psychologiczne - poczucie bezpieczeństwa i stabilności oraz ewentualny wybuch paniki wśród inwestorów spowodowanej np. szokującą informacją. Taką, jak choroba przywódcy największego światowego supermocarstwa. No i się zaczęło. Najpierw indeks Dow Jones - spadek o ponad 400 punktów, później NASDAQ i S&P 500 - w dół odpowiednio o 200 i 60 punktów. Dla amerykańskiej ekonomii, umęczonej ponad miarę przez szalejącą pandemię chińskiego koronawirusa oraz skutki wprowadzonego w jej następstwie lockdownu, był to kolejny cios.

Niespodziewana choroba

Pierwsze informacje o zakażeniu się przez prezydenta Trumpa chińskim koronawirusem SARS-CoV-2 pojawiły się dopiero w piątek 2 października, krótko przed godziną 1:00 nad ranem czasu amerykańskiego (Eastern Time - red.). Gospodarz Białego Domu ogłosił tę informację za pośrednictwem swojego konta na Twitterze.

“Dziś w nocy Pierwsza Dama i ja zostaliśmy pozytywnie przetestowani na obecność COVID-19. Natychmiast rozpoczniemy kwarantannę oraz proces dochodzenia do zdrowia. Przejdziemy przez to razem!” - napisał.

Choć dla milionów Amerykanów był środek nocy, post szybko stał się najpopularniejszym ze wszystkich, które do tej pory opublikował prezydent USA. Chociaż komunikaty, które z początku wystosował osobisty lekarz prezydenta Dr. Sean Conley, były optymistyczne wskazując, że jego pacjent ma tylko lekkie objawy choroby Covid-19, obawa o stan zdrowia polityka była całkowicie uzasadniona. Biorąc pod uwagę wiek Donalda Trumpa, który w czerwcu tego roku skończył 74 lata oraz jego lekką nadwagę, kwalifikował się on niestety do podwyższonej grupy ryzyka. Nadzieje na bezobjawowy przebieg choroby szybko rozwiały informacje o przewiezieniu prezydenta do szpitala oraz konieczności podania mu tlenu. Niepokój o stan zdrowia prezydenta nie trwał jednak długo. Już po kilku dniach Donald Trump majestatycznie powrócił do Białego Domu na pokładzie swojego helikoptera Marine One, ogłaszając Ameryce, że nie taki wirus straszny, jak go malują, bowiem w krótkim czasie pokonał chorobę i teraz czuje się wyjątkowo dobrze. Trump podkreślał, że zachował się jak przystało na prawdziwego przywódcę - zmierzył się z zagrożeniem i pokonał je. Gospodarz Białego Domu zapewnił Amerykanów, że ich kraj dysponuje nowoczesnymi, skutecznymi lekami, które sam przetestował na sobie, obiecując, że wszyscy chorzy na Covid-19 obywatele, w razie potrzeby, otrzymają dostęp do identycznej terapii. Prezydencki powrót do zdrowia szybko przełożył się na uspokojenie inwestorów i wzrosty na amerykańskich giełdach papierów wartościowych. Zaś sam kandydat republikanów powracając na kampanijną trasę zaczął odrabiać sondażowe straty wywołane jego chorobą i związaną z nią przerwą w odbywaniu wieców poparcia. Obecnie możliwości są dwie - albo prezydentowi nie udało się wystarczająco odrobić strat, albo też rację mają jego prawnicy sugerujący masowe nieprawidłowości i oszustwa wyborcze.

Zauważalne sukcesy

Pomimo przeciwności losu w postaci szalejącej w Ameryce pandemii koronawirusa, prezydent Donald Trump wciąż miał realne szanse na zwycięstwo w wyborach i zapewnienie sobie reelekcji na kolejne 4 lata. Według badania przeprowadzonego 20 października przez sondażownie “Rasmussen Reports” poparcie dla prezydenta wśród potencjalnych wyborców w tzw. wskaźniku “approval rating” wyniosło 49 proc. To aż o 2 punkty procentowe więcej, niż uzyskał prezydent Barack Obama w tym samym momencie swojej pierwszej kadencji na 2 tygodnie przed wyborami prezydenckimi, które ostatecznie wygrał. Korzystne dla prezydenta USA okazały się także wyniki badania opinii publicznej przeprowadzone 9 października przez instytut Gallupa. Według nich aż 56 proc. Amerykanów stwierdziło, że mają się lepiej za kadencji Donalda Trumpa, niż w tym samym okresie prezydentury Obamy 4 lata temu. To rekordowy wynik w historii badań sondażowni Gallupa!

Ameryka pozostaje ekstremalnie podzielona w kwestii wyniku wyborów prezydenckich oraz oceny praworządności całego procesu. Wśród republikanów aż 70 proc. uważa, że nie były one ani wolne, ani uczciwe, a 78 proc. z tej grupy wyraziło przekonanie, że masowe głosowanie pocztowe doprowadziło do nieprawidłowości i oszustw wyborczych na masową skalę. Prawie tyle samo respondentów stwierdziło, że doszło do manipulowania głosami oddanymi korespondencyjnie. Demokraci zarzucają natomiast prezydentowi Trumpowi oraz wspierającym go republikanom rzucanie fałszywych, niepopartych dowodami oskarżeń, które osłabiają wiarę w amerykańską demokrację. Tymczasem otoczenie prezydenta m.in. rzeczniczka prasowa Białego Domu Kayleigh McEnany, doradca kampanijny Corey Lewandowski, naczelni prawnicy Rudy Giuliani oraz Sidney Powell, a także sam zainteresowany, twierdzą zgodnie, że posiadają liczne dowody na masowe fałszerstwa wyborcze, które po przedstawieniu w amerykańskich sądach odwrócą wynik wyborów na korzyść prezydenta Donalda Trumpa.

Ameryka jest dzisiaj podzielona jak nigdy dotąd w swojej najnowszej historii. Jej dwa zwaśnione plemiona republikanów i demokratów wstrzymują oddech i czekają na rozwój wypadków. Dopiero przyszłość przyniesie nam ostateczne rozstrzygnięcie prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnych i nieprzewidywalnych wyborów prezydenckich we współczesnej historii tego kraju. Do tego czasu pozostaje nam jedynie powtarzać krótką, lecz niezwykle popularną w USA modlitwę - Boże, błogosław Ameryce!

Archiwum prywatne

Tomasz Winiarski

Tomasz Winiarski
CZYTAJ DALEJ

Symbole i zwyczaje Adwentu

Niedziela podlaska 49/2002

[ TEMATY ]

adwent

Bożena Sztajner

Bóg w swojej wielkiej miłości do człowieka dał swego Jednorodzonego Syna, który przyszedł na świat by dokonać dzieła odkupienia ludzi. Jednak tę łaskę każdy z nas musi osobiście przyjąć. Zadaniem Kościoła jest przygotowanie ludzi na godne przyjęcie Chrystusa. Kościół czyni to, między innymi, poprzez ustanowienie roku liturgicznego. Adwent rozpoczyna nowy rok kościelny. Jest on pełnym tęsknoty oczekiwaniem na Boże Narodzenie, na przyjście Chrystusa. Adwent to okres oczyszczenia naszych serc i pogłębienia miłości i wdzięczności względem Pana Boga i Matki Najświętszej.

Wieniec adwentowy

W niektórych regionach naszego kraju przyjął się zwyczaj święcenia wieńca adwentowego. Wykonywany on jest z gałązek iglastych, ze świerku lub sosny. Następnie umieszczone są w nim cztery świece, które przypominają cztery niedziele adwentowe. Świece zapalane są podczas wspólnej modlitwy, Adwentowych spotkań lub posiłków. W pierwszym tygodniu adwentu zapala się jedną świecę, w drugim dwie, w trzecim trzy, a w czwartym wszystkie cztery. Wieniec wyobraża jedność rodziny, która duchowo przygotowuje się na przeżycie świąt Bożego Narodzenia.

Świeca roratnia

Świeca jest symbolem chrześcijanina. Wosk wyobraża ciało, knot - duszę, a płomień - światło Ducha Świętego płonące w duszy człowieka.
Świeca roratnia jest dodatkową świecą, którą zapalamy podczas Rorat. Jest ona symbolem Najświętszej Maryi Panny, która niesie ludziom Chrystusa - Światłość prawdziwą. W kościołach umieszcza się ją na prezbiterium obok ołtarza lub przy ołtarzu Matki Bożej. Biała lub niebieska kokarda, którą jest przepasana roratka mówi o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Zielona gałązka przypomina proroctwo: "Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański..." (Iz 11, 1-2). Ta starotestamentalna przepowiednia mówi o Maryi, na którą zstąpił Duch Święty i ukształtował w Niej ciało Jezusa Chrystusa. Jesse był ojcem Dawida, a z tego rodu pochodziła Matka Boża.

Roraty

W Adwencie Kościół czci Maryję poprzez Mszę św. zwaną Roratami. Nazwa ta pochodzi od pierwszych słów pieśni na wejście: Rorate coeli, desuper... (Niebiosa spuśćcie rosę...). Rosa z nieba wyobraża łaskę, którą przyniósł Zbawiciel. Jak niemożliwe jest życie na ziemi bez wody, tak niemożliwe jest życie i rozwój duchowy bez łaski. Msza św. roratnia odprawiana jest przed świtem jako znak, że na świecie panowały ciemności grzechu, zanim przyszedł Chrystus - Światłość prawdziwa. Na Roraty niektórzy przychodzą ze świecami, dzieci robią specjalne lampiony, by zaświecić je podczas Mszy św. i wędrować z tym światłem do domów.
Według podania zwyczaj odprawiania Rorat wprowadziła św. Kinga, żona Bolesława Wstydliwego. Stały się one jednym z bardziej ulubionych nabożeństw Polaków. Stare kroniki mówią, że w Katedrze na Wawelu, a później w Warszawie przed rozpoczęciem Mszy św. do ołtarza podchodził król. Niósł on pięknie ozdobioną świecę i umieszczał ją na lichtarzu, który stał pośrodku ołtarza Matki Bożej. Po nim przynosili świece przedstawiciele wszystkich stanów i zapalając je mówili: "Gotów jestem na sąd Boży". W ten sposób wyrażali oni swoją gotowość i oczekiwanie na przyjście Pana.

Adwentowe zwyczaje

Z czasem Adwentu wiąże się szereg zwyczajów. W lubelskiem, na Mazowszu i Podlasiu praktykuje się po wsiach grę na ligawkach smętnych melodii przed wschodem słońca. Ten zwyczaj gry na ligawkach związany jest z Roratami. Gra przypomina ludziom koniec świata, obwieszcza rychłe przyjście Syna Bożego i głos trąby św. Michała na Sąd Pański. Zwyczaj gry na ligawkach jest dość rozpowszechniony na terenach nadbużańskim. W niektórych regionach grano na tym instrumencie przez cały Adwent, co też niektórzy nazywali "otrembywaniem Adwentu". Gdy instrument ten stawiano nad rzeką, stawem, lub przy studni, wówczas była najlepsza słyszalność.
Ponad dwudziestoletnią tradycję mają Konkursy Gry na Instrumentach Pasterskich (w tym także na ligawkach) organizowane w pierwszą niedzielę Adwentu w Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu. W tym roku miała miejsce już XXII edycja tego konkursu.

CZYTAJ DALEJ

Australia: Kard. Pell napisał pamiętniki, w których wspomina czas spędzony w więzieniu

2020-11-30 12:09

[ TEMATY ]

kard. Pell

Vatican News

Australijski kardynał George Pell, który został skazany za czyny pedofilskie i spędził ponad rok w więzieniu, zanim Sąd Najwyższy uchylił skazujący go wyrok, napisał pamiętniki opisujące czas, jaki spędził w izolacji. Wspomnienia te ukażą się 15 grudnia - informuje AP.

Wspomnienia dotyczą pierwszych pięciu miesięcy, jakie Pell spędził w więzieniu. Książka zawiera szczegółowy opis sprawy, w której sądzony był kardynał, daje również wgląd w wewnętrzne życie duchownego, refleksje nad upokorzeniem i cierpieniem, jakich doznał w więzieniu, a także uwagi na temat pontyfikatu papieża Franciszka - relacjonuje agencja Associated Press, która dotarła do egzemplarza nieopublikowanych jeszcze wspomnień.

Książka pod tytułem "Dziennik więzienny: kardynał składa apelację" ukaże się 15 grudnia nakładem amerykańskiego wydawnictwa katolickiego Ignatius Press i będzie pierwszym tomem wspomnień duchownego. Zysk ze sprzedaży ma pomóc Pellowi w spłacie pokaźnych rachunków za usługi prawne.

Pell, niegdyś jeden z najbardziej wpływowych kardynałów w Kościele katolickim, jest dzisiaj jednym z najbardziej dzielących go hierarchów - ocenia AP. Dla swoich zwolenników, a nawet części oponentów, jest ofiarą wielkiej nieprawidłowości systemu sądowego, dla krytyków - symbolem wypaczeń związanych z odpowiedzią Kościoła na zarzuty pod adresem duchownych o nadużycia seksualne - pisze agencja. Jak dodaje, wspomnienia Pella prawdopodobnie nie zmienią zdania osób z tych dwóch obozów, ale i tak stanowią "fascynującą lekturę".

"Kryzys związany z pedofilią pozostaje największym ciosem, z jakim spotkał się Kościół w Australii" - pisze Pell w dzienniku. "Jeżeli w połowie lat 90. ktokolwiek znał skalę problemu, nie powiedział mi o tym ani publicznie, ani prywatnie" - zapewnia. Kardynał był oskarżany o nieodpowiednią reakcję na sprawy nadużyć seksualnych wśród księży w czasach, gdy kierował archidiecezją Melbourne, a później Sydney, w szczególności stworzenie systemu wypłacania odszkodowań ofiarom, którego celem było chronienie majątku Kościoła i zniechęcanie ofiar do procesów sądowych - przypomina AP.

Australijski kardynał został skazany na początku marca 2019 r. przez sąd pierwszej instancji na sześć lat więzienia za przestępstwa seksualne wobec dwóch 13-letnich wówczas chórzystów w 1996 r. Zarzuty zostały podtrzymane w sądzie apelacyjnym, ale w kwietniu 2020 r. Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok i nakazał zwolnienie Pella z więzienia. Od początku procesu duchowny powtarzał, że jest niewinny.

Urodzony w 1941 r. Pell był biskupem pomocniczym, a od 2001 r. metropolitą Melbourne. W latach 2001-14 sprawował funkcję metropolity Sydney. Papież Franciszek mianował go w 2013 r. członkiem Rady Kardynałów, a rok później prefektem Sekretariatu ds. Ekonomii Stolicy Apostolskiej.

Pell był najwyższym dostojnikiem Kościoła skazanym w sprawie dotyczącej pedofilii. Po tym, gdy w 2017 r. zostały mu formalnie postawione zarzuty, papież urlopował go, a następnie zdymisjonował z pełnionej funkcji. Po wydaniu wyroku skazującego Franciszek zakazał kardynałowi publicznego pełnienia posługi i kontaktów z nieletnimi.(PAP)

adj/

arch.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję