Reklama

Niedziela Małopolska

Ks. dr Tarasiuk: W miłości ukrzyżowanej jest nasze zbawienie

W tym doświadczeniu, które przeżywamy, nie jesteśmy sami. Pan jest z nami. Chrystus jest z nami. Chrystus, który za nam umarł i zmartwychwstał. Nigdy nie zostajemy sami. Ta Eucharystia jest dla nas doświadczeniem, że Jezus przychodzi do nas, że możemy z Jego krzyżem, z Jego ofiarą, złączyć nasze życie – powiedział ks. dr Andrzej Tarasiuk. Rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej przewodniczył we wtorek porannej Mszy świętej transmitowanej przez Telewizję Polską.

Małgorzata Pabis

- „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, gdy poznacie, że Ja Jestem...”. Te słowa, które Jezus wypowiada w dzisiejszej Ewangelii są szczególnie charakterystyczne dla Ewangelii św. Jana. Słowo „wywyższyć” – w Ewangelii św. Jana oddaje dwa różne momenty: Męki i Zmartwychwstania Jezusa. Ewangelista Jan od początku spostrzega krzyż jako chwałę. Kiedy apostoł mówi o „wywyższeniu” wspomina również jeden z owoców, jakie on niesie ze sobą: dar życia wiecznego dla tego, kto wierzy w Syna objawiającego miłość Ojca. To poznanie Boga, którego imię brzmi: „Ja Jestem” i Jego intymnej więzi między Ojcem i Synem ofiarowanej każdemu człowiekowi – mówił ks. Tarasiuk.

Rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej zauważył, że na śmierć Jezusa można patrzeć pod różnymi aspektami. - Trzy z nich wyróżnia o. Silvano Fausti, jezuita, ceniony kaznodzieja i mistrz życia duchowego: Pierwszy to fakt, że Jezus przeżywa swoją śmierć, jako powrót Syna do Ojca. Kiedy ignorujemy nasze pochodzenie od Ojca i powrót do Niego, traktujemy śmierć jako stratę i pozbawienie „naszego” życia. Nie akceptując tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi i chcąc być źródłem dla nas samych, postrzegamy śmierć, jako kres wszystkiego, kim jesteśmy. Dlatego usiłując bezskutecznie uwolnić się od śmierci, jesteśmy jej niewolnikami przez całe życie. Strach przed zatratą zamyka nas samych w sobie. Wtedy każda nasza relacja nie już relacją miłości, komunii i daru, ale egoizmu, przemocy i zniszczenia. To jest właśnie „ów grzech”, który stoi u początku naszego zła i który Jezus rozbraja, przeżywając śmierć nie jako koniec wszystkiego, ale jako powrót do Ojca życia – zaznaczył.

Drugi aspekt to fakt, „że Jezus nie umiera, ale zostaje zabity w imię Boga, gdyż dał świadectwo Bogu innemu niż ten, którego sobie wyobrażaliśmy”. - Jest On Synem Bożym objawiającym nam prawdziwe oblicze Ojca, który jest miłością i służbą, przebaczeniem i zbawieniem dla każdego kto się zagubił. U podstaw Jego zabicia stoi ignorancja Boga jako Ojca i nas samych jako synów, innych braci i wreszcie samego Syna Bożego. Krzyż jest punktem dojścia „grzechu świata”, jest ostatecznym dopełnieniem zła, tak, że nie może być większego. Cóż bowiem można zrobić większego niż zabić Syna samego Boga? - mówił kapłan.

Reklama

Trzeci aspekt „stanowi fakt, że właśnie przez to zabicie przez ludzi, Syn objawia kim jest Bóg. Bóg, którego nikt nie widział, objawia nam Syn Jednorodzony, jest absolutną miłością, która bierze na siebie zło człowieka, którego miłuje, aż do uczynienia daru ze swego życia dla tych, którzy Mu je odbierają”. - Jedynie przez Krzyż rzeczywiście poznajemy Boga, który Jest i Jest Miłością nieskończoną i miłosierną! Krzyż objawia nam najgłębszą istotę Boga: bezwarunkową miłość, większą od wszelkiej przemocy i śmierci. Jezus w dyskusji z faryzeuszami wypowiada twarde słowa: „Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach waszych”. Grzeszyć w języku Biblii to zbankrutować, nie trafić do celu. „Grzech” w ścisłym tego słowa znaczeniu jest bałwochwalstwem: fałszywym obrazem Boga, który orientuje życie w kierunku przeciwnym do Niego. Można wyzwolić się z błędu i od śmieci jedynie wtedy, jeśli pozna się prawdziwe oblicze Boga i ukierunkuje się na Niego swoje życie – wyjaśniał ks. Tarasiuk i dodał, że Jezus wskazuje wiarę w Niego, jako Boga, jako warunek ratunku z drogi śmierci z powodów grzechów. - To wiara w Syna Bożego daje zbawienie! Uznaje w Jezusie Syna Bożego, którego posłał Ojciec. Odrzucenie Jezusa to zabicie siebie samych jako dzieci Boga i innych jako braci. Ostateczną konsekwencją odrzucenia jest krzyż. Ale właśnie na nim objawi się ten, który mówi o sobie „Ja Jestem” – Pan i zbawca wszystkich! - kontynuował kaznodzieja.

Rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej przytoczył słowa papieża Franciszka, jakie wypowiedział podczas przejmującej modlitwy w ubiegły piątek na Placu Świętego Piotra w Rzymie w medytacji wygłoszonej przed adoracją i błogosławieństwem Urbi et Orbi:

„Pan się budzi, aby rozbudzić i ożywić naszą wiarę paschalną. Mamy kotwicę: w Jego Krzyżu zostawiliśmy zbawieni. Mamy ster: w Jego Krzyżu zostaliśmy odkupieni. Mamy nadzieję: w Jego Krzyżu zostaliśmy uzdrowieni i ogarnięci, aby nic i nikt nas nie oddzielił od Jego odkupieńczej miłości. (…) On zmartwychwstał i żyje obok nas. Pan nas wzywa ze swego Krzyża do odkrycia na nowo życia, które nas oczekuje, do spojrzenia na tych, którzy nas potrzebują, aby umocnić, rozpoznać i pobudzić łaskę, która jest w nas. (…) W Jego Krzyżu zostaliśmy zbawieni, aby przyjąć nadzieję i pozwolić, aby to ona umocniła i wspierała wszystkie środki i możliwe drogi, które mogły by nam pomóc strzec siebie oraz strzec innych. Przyjąć Pana, aby przyjąć nadzieję. Oto moc wiary, która wyzwala ze strachu i daje nadzieję”.

Reklama

Kaznodzieja przywołał także słowa Pana Jezusa, które św. Siostra Faustyna zapisała w swoim „Dzienniczku” 7 lutego 1937 roku: „Dziś powiedział mi Pan: Żądam od Ciebie ofiary doskonałej i całopalnej – ofiary woli, z tą ofiarą nie może iść w porównanie żadna inna. Sam kieruje życiem twoim i wszystko tak urządzam, abyś była ustawiczną ofiarą, i czynić będziesz zawsze wolę moją, a dla dopełnienia tej ofiary łączyć się będziesz ze mną na krzyżu. […] Ale jest czas, że ja Pan, spełnię wszelkie życzenia Twoje, mam w Tobie upodobanie, jak w żywej hostii: niczym się nie przerażaj, Ja jestem z Tobą. [923].

Kończąc homilię kapłan zachęcał: - Dzisiaj na tym ołtarzu, kiedy kapłan podnosi Hostię na patenie, złącz swoje radości i smutki, lęki i obawy, całe swoje życie oddaj Jezusowi. Oddaj Mu to, co trudne, czego się lękasz i miej w sobie te ufność, że On jest zawsze z tobą. Jezu, ufam Tobie!

2020-03-31 09:16

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zmarł o. prof. Wacław Hryniewicz OMI

2020-05-26 10:40

[ TEMATY ]

śmierć

KUL

kyasarin/pixabay.com

W lublinieckim szpitalu po godzinie 8.00 odszedł do domu Ojca śp. o. Wacław Hryniewicz OMI, wybitny teolog, ekumenista, znawca teologii prawosławnej, współtwórca Instytutu Ekumenicznego KUL.

Ojciec Wacław Hryniewicz OMI urodził się 23 lipca 1936 roku w Łomazach (diecezja siedlecka). Pierwsze śluby zakonne w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej złożył 8 września 1953 roku w Markowicach, a święcenia prezbiteratu przyjął 26 czerwca 1960 roku w Obrze z rąk bp. Juliusza Bieńka – biskupa pomocniczego diecezji katowickiej.

Ojciec Wacław był wybitnym teologiem i ekumenistą, znawcą teologii prawosławnej. Przez wiele lat był związany z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim Jana Pawła II w Lublinie. Współtworzył Instytut Ekumeniczny KUL, będąc jego wieloletnim dyrektorem (do 2005 roku). Konsultor Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan w Watykanie (1979-1984), Międzynarodowej Komisji Mieszanej do Dialogu Teologicznego między Kościołem rzymskokatolickim i Kościołem prawosławnym (1980-2005) oraz członek Komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu (1980-2005). Autor wielu artykułów naukowych oraz książek teologicznych.

Był teologiem szukającym i odważnym, a przy tym wiernym Kościołowi. Otrzymał szereg nagród: im. księcia Konstantego Ostrogskiego (Białystok-Supraśl 1994), im. św. Brata Alberta (Warszawa 1994), im. Jana Długosza (Kraków 2004), im. Ks. Józefa Tischnera (Kraków 2005), a także odznaczeń: medal im. Anny Kamieńskiej (Gdańsk 1994), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (Warszawa 2004), medal 100-lecia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (Lublin 2018).

Ze względu na pogarszający się stan zdrowia, w 2018 roku opuścił ukochany Lublin, z którym był związany przez całe życie. Ostatnie lata spędził we wspólnocie oblackiej w Lublińcu.

CZYTAJ DALEJ

Lurka dla mam dzieci niepełnosprawnych

2020-05-26 13:33

pixabay

Opisana tutaj historia jest laurką na Dzień Matki. Bez kwiatów z bibuły i kolorowych wstążek. Jest laurką dla tych Mam, które w strachu i niemocy trwają przy łóżkach i wózkach swoich dzieci. Zmieniają pieluchy, podają lekarstwa, wstrzykują do rurek zmielony na papkę pokarm. Walczą. Przegrywają. Płaczą. Zaczynają od początku.

Ta historia jest laurką dla Mam od rdzeniowego zapalenia mięśni, mukowiscydozy, stwardnienia rozsianego, chłoniaka, białaczki i wielu, wielu innych chorób, które usłyszane po raz pierwszy – zawsze wywołują szok. Ta historia jest dla Was.

Fundament z Różańca

Wszystko zaczęło się w marcu 1914 r. w Rzymie. W promieniach zachodzącego słońca Maria Ravaglioli zobaczyła Michela Meo. To był początek historii ich niezwykłej miłości. Cztery lata później w Bazylice św. Jana na Lateranie wzięli ślub, a opiekę nad rodziną powierzyli Matce Bożej Pompejańskiej. W podróż poślubną wybrali się do Neapolu, mieli pragnienie odwiedzić sanktuarium w Pompejach. To tam Maria usłyszała słowa, do których wracała później wiele razy, gdy miłość domagała się od niej coraz większych ofiar. Spowiednik powiedział Marii: „Ci, którzy od pierwszego dnia małżeństwa odmawiają Różaniec, otworzyli drzwi swojego domu Matce Bożej. Ona weszła, a ich rodzina będzie błogosławiona”.

Giovanni

Oczekiwanie na pierwsze dziecko nie było łatwe. Michele bardzo chciał mieć dzieci, Maria nie była pewna. Gdy dowiedziała się o ciąży, płakała, czuła lęk i brak gotowości do macierzyństwa. Jednak gdy 29 listopada 1919 r. urodził się Giovanni, dom i serce Marii wypełniła niewypowiedziana radość. Zapragnęła teraz być matką kochającą, przynoszącą szczęście, czułą i dobrą. Przez wiele godzin siedziała przy chłopcu, patrząc, jak śpi w czerwonej kołysce.

Jednak Bóg miał inny plan. Niespełna dwuletni Giovanni nagle zachorował. Leczenie nie dało żadnych efektów i 23 lipca 1921 r. zmarł. Maria z trudem wspominała tamten poranek, gdy klęczała w pokoju przez obrazem Matki Bożej Pompejańskiej z uczuciem niewyobrażalnego jarzma, którego nie mogła udźwignąć. Nie była w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że w ogóle świeci słońce, że ludzie nadal zajmują się tyloma sprawami. Nie krzyczała. Zdobyła się na to, aby zamknąć oczy synka. Jej mąż stał przy oknie szarpany przez spazmatyczny płacz.

Margherita

Nadzieja na narodziny kolejnego dziecka pozwalała Marii nie zwariować i mieć odwagę żyć. Ciąża była jak światło, które wypełniało dzień po dniu ich ogarniętą ciemnością śmierci rodzinę. 27 marca 1922 r. urodziła się Margherita. Jej imię było hołdem oddanym św. Małgorzacie Marii Alacoque, w której kanonizacji Maria uczestniczyła. Dziewczynka rosła dobrze i zdrowo. Była bardzo spokojna i ufna. Już jako trzylatka zaczęła chodzić do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Wychowawczyni mówiła Marii: „Nigdy nie słyszałam jej głosu. Dziewczynka jest bardzo posłuszna”.

Carmela

Dwa lata po narodzinach Margherity rodzina Meo znów się powiększyła. 4 listopada 1924 r. urodziła się Carmela. Niemal od początku dziewczynka zapadała na różne choroby. Początkowo niegroźne, potem – coraz trudniejsze w leczeniu infekcje, wreszcie 22 grudnia 1926 r., po kilkudniowym odoskrzelowym zapaleniu płuc Carmela zmarła. Przez wiele dni przed śmiercią córki Maria nosiła ją na rękach. Dniem i nocą kołysała ją na zmianę z mężem, aby mogła zasnąć, spokojniej oddychać, mniej kaszleć. Teraz, gdy przyszło najgorsze, nie chciała jej oddać. Trzymała w ramionach dwuletni skarb, który nie należał już do niej. Wreszcie, gdy dziewczynkę ułożono na łóżku, uklękła obok i zamknęła jej oczy. Potem powtarzała, że żadna matka nie powinna nigdy czegoś takiego doświadczyć. „To najsmutniejsze Boże Narodzenie” – wyznała. Jeszcze przez kilka lat nie mogła spać. Gdy zasypiała, widziała Carmelę żywą i cierpiącą. Wtedy wydawało się, że jej cierpienie, jako matki, osiągnęło szczyt. Że nie uniesie więcej. Że więcej nie da się unieść. Że więcej nie może już nadejść.

Czas, który nie uleczył

Mijały lata, a Maria ciągle bała się mieć dzieci. Samo wspomnienie śmierci Giovanniego i Carmeli otwierało w jej sercu głębokie rany, które wywoływały ból tak wielki, jakby wciąż nie były zagojone. Była przekonana, że nigdy już nie będzie matką. Oddała potrzebującym wszystko, co było niezbędne przy wychowywaniu dzieci: kołyskę, ubranka, wanienkę. Jednak kilka miesięcy później okazało się, że jest w ciąży. Potrzebowała czasu, aby pogodzić się z wolą Bożą. Targał nią smutek, strach przenikał serce. Męczyła się z powodu silnych dolegliwości ciążowych. Wspominała, że wiele się wtedy modliła: za dziecko, by było święte, za siebie samą i Michela, by wreszcie przestali się bać. W trzecim miesiącu ciąży zachorowała na krztusiec, a spazm wywołany kaszlem był tak silny, że w czasie ataku spadła z łóżka. Dziecko znalazło się w niebezpieczeństwie. Maria usłyszała od lekarza, że nie będzie mogła donosić ciąży, jednak już wtedy była w niej taka wola walki o dziecko, że zdecydowała się leżeć i mieć nadzieję. W szpitalu jedna z pacjentek, zdziwiona jej postawą, mówiła: „Cierpieć aż tyle, żeby nie usunąć dziecka? W niektórych przypadkach aborcja jest przecież dopuszczalna!”. Maria odpowiedziała wtedy, że obowiązkiem każdej matki jest troszczyć się o życie dziecka bardziej niż o własne. Po latach wyznała, że mówiąc te słowa, bardzo się bała, bo przecież w teorii wszystko możemy zadeklarować, ale prawdziwa ofiara demaskuje ludzką naturę i może się okazać, że ból będzie tak wielki, iż zrobimy wszystko, aby tylko mniej cierpieć. Człowiek, gdy cierpi, jest zdolny do najgorszego. Bez Bożej pomocy doświadczenie bólu budzi w nas demona egoizmu i nie pozwalamy przybić się do krzyża.

Antonietta zwana Nennoliną

Ranek 15 grudnia 1930 r. był pochmurny. Maria poszła do kościoła i przyjęła Komunię św., potem wyprawiła Margheritę do sióstr i przygotowała obiad. Około godz. 14.30 promień słońca przeniknął chmury i właśnie wtedy urodziła się Antonietta. Była piękna. Lekarze zapewnili, że była zdrowa. W dzień Świętych Młodzianków w bazylice Świętego Krzyża przyjęła sakrament chrztu. W ciszy pozwoliła obmyć sobie główkę i z radością spróbowała szczypty soli, którą podano jej do ust. Od początku jej obecność wypełniała dom rodziny Meo w sposób szczególny. Antonietta pięknie się śmiała. Antonietta lubiła robić rączką znak krzyża. Antonietta lubiła ruch, wodę, bajki szeptane do ucha przed snem. Latem, ubrana w kostiumik z niebieskiej wełny i biały beret, wyposażona w łopatkę, wiaderko i taczki, spędzała całe dnie na plaży. Jeździła na trzykołowym rowerku, ściskając mocno czerwoną kierownicę i pedałując co sił w nogach. Wieczorem, kiedy kładła głowę na poduszkę, zostawiała zawsze trochę miejsca i mówiła: „To jest miejsce dla mojego Anioła. Prawda, mamo, że śpi obok mnie?”.

Szczęśliwa zwyczajność

Mijały lata i Maria wreszcie przestała się bać. Patrzyła na dwie córki, które rosły w zdrowiu i radości. Mieszkali w Rzymie. Dom wypełniały salwy śmiechu z powodu dziecięcych psot. Michele pracował w jednym z ministerstw, Maria zajmowała się domem i wychowaniem córek. Angażowała się w życie parafii, uczęszczała na spotkania Akcji Katolickiej. Znalazła wreszcie czas, aby spełnić swoje marzenie i zapisała się na kurs do szkoły kierowników Akcji. Zaangażowała się całkowicie i oddała tej formacji całym sercem. Wtedy jeszcze nawet nie podejrzewała, co stanie na przeszkodzie tej pasji.

Są tacy, którzy potrafią unieść więcej

W lutym 1936 r. Antonietta wróciła ze szkoły z płaczem. Okazało się, że przewróciła się w ogrodzie i uderzyła w kolano. Po dokładnych oględzinach okazało się, że na skórze nie ma żadnych śladów, a staw kolanowy prawidłowo się zgina. Po kilku dniach od zdarzenia dziewczynka wciąż skarżyła się na ból w lewej nodze. „Coś mnie kłuje” – mówiła. Od tamtych dni wydarzenia w rodzinie Meo nagle przyspieszyły. Pierwsze diagnozy nie zapowiadały niczego groźnego, ale każdy wynik kolejnych badań przybliżał Marię i jej bliskich do bolesnej prawdy: osteosarcoma, rak kości. „Trzeba ją jak najszybciej operować, bo będzie za późno” – tłumaczyła pielęgniarka. „Ale o jaką operację chodzi?” – dopytywała Maria. „Ucięcie nogi”. Maria wybiegła z sali. Wybuchnęła wielkim płaczem. Chodziła tam i z powrotem, nie znajdując ukojenia. Ból, który dotknął jej serca, był tak wielki, że nie miała siły wrócić do córki. Bo co miała jej powiedzieć? „Będziesz kaleką, amputujemy ci lewą nogę, już nigdy nie będziesz mogła jeździć na rowerze ani biegać”? Co miała powiedzieć ta, która przed laty zamykała zimne śmiertelnym chłodem powieki dwojga swoich dzieci?

Trudna wola Boża

To nie była równa walka. 25 kwietnia 1936 r. Antonietta straciła lewą nogę, ale amputacja nie zatrzymała choroby. Rok później nowotwór znów się obudził i zaatakował płuca, a potem głowę. Nie pomogła resekcja żeber, odsysanie ropnej wydzieliny z płuc. Antonietta umierała, dusząc się i niewyobrażalnie cierpiąc. Maria, której wydawało się, że więcej już nie zniesie, siedziała przy jej łóżku od świtu do nocy, wychodząc tylko po to, by nie płakać w obecności córki. Błagała Boga, aby pozwolił jej cierpieć ból, którego doświadczała Antonietta. „Dopiero wtedy zrozumiałam – mówiła po latach – jak bardzo musiała cierpieć Matka Boża”. 3 lipca 1937 r., szepcząc: „Boże, mamo, tato” – Antonietta zmarła. Maria Meo po raz trzeci położyła ręce na powiekach swojego dziecka i oddała je Temu, który uczynił ją matką.

Jestem na Kalwarii

Antonietta żyła niespełna siedem lat. W czasie śmiertelnej choroby odsłoniła przed swoimi bliskimi i wieloma osobami, które były świadkami jej cierpienia, łaskę niezwykłej wiary w Jezusa Chrystusa. Mimo swego wieku nie pytała: „Dlaczego, czemu ja?”. Trwała, ofiarując swój ból Temu, który cierpiał bardziej. W ostatnich tygodniach życia nie chciała, aby modlić się o jej wyzdrowienie. Chciała „zostać na Kalwarii” z Tym, którego kochała. Ostatni list do Jezusa (a podyktowała ich w sumie 162), brzmi tak:

Kochany Jezu Ukrzyżowany,

(...) dziękuję Ci, że mi zesłałeś tę chorobę, ponieważ jest środkiem dotarcia do raju. (...) Kochany Jezu, daj mi siłę, aby znieść bóle, które Ci ofiaruję za grzeszników. Kochany Jezu, powiedz Duchowi Świętemu, żeby mnie oświecił miłością i napełnił swoimi siedmioma darami. Kochany Jezu, powiedz Mamusi, że bardzo Ją kocham i chcę pozostawać z Nią na Kalwarii, ponieważ chcę być Twoją ofiarą miłości, kochany Jezu.

Kochany Jezu, polecam Ci mojego ojca duchowego i daj mu wszystkie potrzebne łaski. Kochany Jezu, polecam Ci moich rodziców i Margheritę. Kochany Jezu, wysyłam Ci moc pozdrowień i ucałowania – Antonietta od Jezusa.

Fundament z Różańca, dach w Niebie

105 listów sześcioletniej dziewczynki stało się przedmiotem badań teologów. Wydano je w postaci książek, a w 1981 r. watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekret o heroiczności cnót Antonietty. 3 maja 1999 r. doczesne szczątki Nennoliny wróciły do bazyliki Santa Croce. Jest służebnicą Bożą, pierwszą wśród dzieci, która nie zmarła śmiercią męczeńską. „Ci, którzy od pierwszego dnia małżeństwa odmawiają Różaniec, otworzyli drzwi swojego domu Matce Bożej. Ona weszła, a ich rodzina będzie błogosławiona” – mówił kapłan do Marii Meo na początku jej małżeństwa. Posłuchała go.


Korzystałam z książki: Maria Meo, „Nennolina, sześcioletnia mistyczka. Świadectwo matki”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję